Google+ Followers

środa, 25 czerwca 2014

Podróż w czasie

(…) Istnieje w Ameryce zawzięta podejrzliwość wobec wszystkiego, co literackie, nie mówiąc już o coraz większej niechęci wielu młodych ludzi do czytania czegokolwiek, nawet napisów w filmach obcej produkcji i na okładkach płyt, co częściowo tłumaczy rosnący popyt na książki zawierające niewiele słów, za to dużo zdjęć. [s. 84] 

Zatrzymałem się w poszukiwaniu odpowiednich słów, ale i właściwych obrazów, fotograficzna świadomość nabiera stopniowo określonego kształtu. Podróż w czasie zaprowadziła mnie do miejsca, w którym blisko dwie dekady wstecz uświadomiłem sobie, że to, co szczególnie inspiruje mnie w fotografii, to kobiece spojrzenie. Robiąc różne zdjęcia już wtedy poszukiwałem tych szczególnych kadrów, które jakże dalekie były od popularnego obecnie modelingu. Zatrzymałem się też w obrębie kilku stron książki, która stała się już wykładnią tego, o czym staram się pisać, czego staram się dotykać, wreszcie jest tym, co mnie od dawna interesuje i pasjonuje.
Słowa, których użyłem, jako rozwinięcie tego tekstu napisano w latach siedemdziesiątych XX wieku. Czy to, co pojawiło się wtedy w Ameryce rozwinęło się z czasem na inne kontynenty? Staliśmy się społeczeństwem obrazkowym, które powoli i stopniowo zapomina, jak składać literki w sensowną całość. Wolimy wysłać zdjęcie zrobione telefonem, niż pokusić się o kupno kartki pocztowej i napisanie kilku, mniej lub bardziej mądrych słów. Staliśmy się społeczeństwem leniwym, które produkując tysiące, dziesiątki tysięcy obrazów nie ma nic godnego do powiedzenia i przekazania światu słowem pisanym.
Choć czymś pomiędzy, co łączy zdjęcie i kartkę pocztową stały się od pewnego czasu popularne Demotywatory, a za nimi, jak grzyby po deszczu wysypały się portale internetowe propagujące twórczą kreatywność. Laur uznania tym, którzy z pełną świadomością tworzą coś całkowicie autorskiego, a nie powielają czyjeś myśli z wykorzystaniem obszernego bogactwa, jakie daje obecnie Internet. W dążeniu do doskonałości czasem staramy się iść na skróty, a to nie zawsze daje dobry efekt. Oryginalność i kreatywność mają w tym względzie wiele do powiedzenia. Choć to jedynie mała dygresja, a może myśl, która ma ścisły związek z tematem przewodnim.
Co sprawia, że robimy zdjęcia? Ilu z nas może podnieść rękę, przyznając się do tego, że z pełną zaangażowania pasją stara się tworzyć nową, artystyczną rzeczywistość. Dużą grupę stanowią zapewne również ci, którzy w wizjerze aparatu dostrzegli swoje światełko w tunelu, jakim jest wizja łatwych zarobków. Przecież to nic trudnego, aby zrobić kilka zdjęć, poddać je określonej obróbce i sięgnąć po cash. A jednak od zrobienia kilku zdjęć do sięgnięcia po pokaźną gotówkę jest jakże długa i kręta droga, która tylko dla niewielu z jakże wielu staje się drogą do przebycia sięgając w trakcie rozwoju po kolejne laury.

(…) Dziesięć lat po wprowadzeniu przez Foksa Talbota techniki negatywowo-pozytywowej, która zastąpiła dagerotyp (pierwszą łatwą do powszechnego zastosowania technikę wykonywania fotografii), w połowie lat czterdziestych dziewiętnastego wieku pewien niemiecki fotograf wymyślił sposób retuszowania negatywu. Dwie wersje tego samego portretu – jedna retuszowana, druga nie – jakie przedstawił na Exposition Universelle w Paryżu w 1855 roku (druga tego rodzaju wystawa w historii, pierwsza pokazująca fotografię), zdumiały tłumy. Wiadomość o tym, że aparat fotograficzny może kłamać, uczyniła zwyczaj chodzenia do fotografa bardziej popularnym. [s. 95] 

Teraz zdjęcia bez retuszu nie mają racji bytu. Ingerencja w fotografię stała się tak duża, iż droga od oryginału do wersji końcowej zdjęcia niejednokrotnie sprawia, że są to dwa diametralnie różne zdjęcia. Wszystko jest wygładzone, wymuskane, odchudzone, upiększone, tak doskonałe, iż czasem nie wiemy, co o tym myśleć. Ja sam tworząc staram się dbać o naturalność przekazu, dążąc do tego, aby był to przekaz, który bliższy jest sztuce, niż czemuś, co nie tylko nią nie jest, ale stawia też czasem jednoznaczne pytanie o sens tworzenia, kiedy gołym okiem widać, że jest to zabijanie sztuki już w zarodku.
Sztuką jest, którą cenię i podziwiam, z prostego kadru stworzyć coś niezwykłego, coś, co nie tylko przyciąga spojrzenia, ale sprawia, że tak, jak w XIX wieku fotografia staje się bardzo bliska malarstwu. Tworzymy nową, wyjątkową w swym kształcie rzeczywistość dzięki określonym środkom graficznym, gdzie finalnie zadbać jedynie o elegancką ramę, nawet nie antyramę i powiesić taki obraz na ścianie. I tutaj, choć mógłbym napisać to własnymi słowami ponownie pozwolę, aby zrobiła to za mnie Susan Sontag:

(…) Zapał fotografa do tematu nie łączy się w żaden istotny sposób z jego wartością ani treścią, a zatem tym, co pozwala go jakoś zaklasyfikować. Zrobienie zdjęcia to przede wszystkim potwierdzenie, że obiekt znalazł się w odpowiednim miejscu, był odpowiedni (człowiek miał właściwy wyraz twarzy, zestaw przedmiotów był należycie zaaranżowany), co równa się autentyczności w pojęciu kolekcjonera, oraz osobliwy – bez względu na to, jakie cechy składają się na tę osobliwość. Świadome, chciwe spojrzenie zawodowego fotografa nie tylko stawia opór tradycyjnej klasyfikacji i ocenie przedmiotów, ale nieustannie odrzuca ją i podważa. Z tego powodu jego podejście jest o wiele mniej przypadkowe, niż się zazwyczaj twierdzi. 

Istnieje we mnie określona siła i chęć odkrywania tego, co dotąd nie zostało odkryte, dotykanie tego, czego nikt, jak dotąd nie dotknął, czy wreszcie smakowania tego, czego nikt wcześniej nie brał do ust. Przejście od byle jakości do doskonałości, ciągłe poszukiwanie utraconych kadrów, a jednak nie robiąc zdjęć nie dotrze się do momentu, w którym w jakiś sposób będzie można stwierdzić, że wyższy poziom zadowolenia jest już nam pisany. Stąd być może jak dotąd przez cały pierwszy kwartał nie skalałem się żadnym dobrym zdjęciem i to nie dlatego, że nie chcę, ale brakuje odpowiedniego twórczego nastawienia. Jest coś, co może się podobać, ale to coś, to wciąż stanowczo zbyt mało, aby być świadomym i zadowolonym z własnych poczynań twórczych.
Coś się dzieje, jest wielka potrzeba tworzenia, ale szczerymi chęciami jest piekło wybrukowane, jak to czasem mówią. Czekam na dobrą aurę, równie dobre światło, nie kuszą mnie lampy i wszelkie inne dodatki. Przynajmniej na razie studio nie jest tym, co mnie kusi i pociąga, ale kto wie, może i to się odmieni. Potrzeba mi twarzy, które mnie zainspirują, sprawią, że aparat sam będzie robił zdjęcia. Rzecz jasna to jedynie pobożne życzenie, bo aparat nawet najlepszy sam nie będzie za mnie ich robił, a jeśli chodzi o aparat pojawiło się określone ukierunkowanie na pewien model, któremu od pewnego czasu bacznie się przyglądam.
Jednak to nie aparat czyni fotografa mistrzem chwili, jest on narzędziem do zatrzymywania tej chwili w określonym miejscu i czasie, aby dzięki temu nie tylko uwiecznić ją dla potomnych, ale dodać też od siebie cegiełkę do artystycznej wizji otaczającego nas świata. Przybyliśmy, zrobiliśmy, jesteśmy szczęśliwi z odniesionego efektu. Tylko dzięki temu określona podróż czasie nie będzie straconą bezpowrotnie materią czasu, aby nie wyrzucać później sobie, że mogliśmy, a zrobiliśmy coś zupełnie innego. Bez względu na to, czy jest to pasja, czy kreatywna, komercyjna wizja kreowania otaczającej nas rzeczywistości.

Cytowane fragmenty pochodzą z: Susan Sontag, O fotografii, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2009


Zdjęcie – Karolina Pierończyk

Pierwszy  tekst z cyklu – O fotografii
Drugi tekst z cyklu – Fotograficzna świadomość 

Czwarty tekst z cyklu - Działać na wyobraźnię