Google+ Followers

poniedziałek, 20 października 2014

Dalsze losy Stefana... by Karol

Płonąca Warszawa. 
Obserwował ten frustrujący obraz z dziwnym spokojem. Delikatnie i powoli rozłożył się na wysepce, która jeszcze kilka minut wcześniej była jego ostatnią nadzieją. Westchnął głęboko i spojrzał w niebo. Wszystko wydawało się nierealne, tylko gwiazdy pozostały takie same. Pozwolił sobie na przyjemność zamknięcia oczu. Czuł na swojej twarzy delikatne dłonie to matki, to Alicji. Pochylały się nad nim i szeptały subtelnymi głosami, które potem zaczęły zamieniać się w krzyk. Gwałtownie otworzył oczy i usiadł. Jego braciszek szarpał go mocno za ramię, krzycząc i oskarżając o opuszczenie rodziny. Stefan próbował odepchnąć tę zjawę, ale w głowie słyszał jedynie - nigdy mnie nie zostawiaj! Przysięgałeś!. Krzyknął z przerażenia. Niespokojnie rozejrzał się, ale wszyscy zniknęli.  Pozostał tylko on i ruiny. Wokół drobnej wysepki dostrzegł niezliczone ilości trupów. Oni nie mieli tyle „szczęścia”. Wstał. Znów słyszał głosy, oskarżenia i wyrzuty. Zaczął krzyczeć, przeraźliwie krzyczeć. Biegał bez celu, ześlizgiwał się do wody, a wokół niego świstały kule. Pragnąłby któraś trafiła w samo serce, ale każdy pocisk go omijał. Wciąż dręczyło go pytanie, dlaczego ja? Nie mogąc pohamować rozpaczy i gniewu, wszedł powoli do wody. Swobodnie unosił się na jej powierzchni i nieustannie towarzyszyły mu wyrzuty sumienia. 
I wtedy dostał. Jego krew zmieszała się z wodą, w sumie nie zmieniając swojej barwy - już od dawna była czerwona. I to ma być koniec? Nie potrafił siebie zrozumieć, ale wiedział już na pewno, że wcale nie chce umierać. Usłyszał nawoływanie z łodzi, a po chwili czyjeś ramiona wciągnęły go na pokład. Rana nie zagrażała życiu, ale mogła je znacznie utrudnić- dostał w prawe ramię. Dopłynęli do brzegu. Jakiś wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna wyciągnął Stefana na brzeg brutalnym szarpnięciem. Rosyjskie rozmowy trochę go zdziwiły. Tak właściwie, gdzie teraz był? Wszystko mu się myliło i nie umiał poukładać w głowie faktów. Zaprowadzono go na obdartą budę, która ruszyła w niejasnym kierunku. Razem z nim jechało kilkanaście tak samo zmęczonych walką młodzieńców.
Pojazd się zatrzymał. Wszystkim rozkazano wychodzić. Upadł twarzą w błoto. Szybko go podniesiono i popchnięto dalej. Szli tak i szli, nie wiadomo ile to trwało. Uciekać? - bił się z myślami. Z daleka usłyszał śpiewy, po chwili mógł również zobaczyć bardzo rozbawiony oddział. Wszyscy byli pijani. Może jest szansa?- ale zanim zdążył się namyślić, wymierzyli w niego. Usłyszał wystrzał i upadł na kolana. Poczuł dość bolesne ukłucie. Nigdy nie był aż tak blisko śmierci. Teraz patrzył w oczy swojego potencjalnego zabójcy i już wiedział, że to koniec. Chłopak stojący obok, również postrzelony, zdobył się na coś, co w jego uszach brzmiało jak donośny krzyk, a w rzeczywistości było ledwie słyszalnym szeptem: Polska się o nas upomni! 

I Polska nadal się upomina.

Praca finałowa biorąca udział w Konkursie literackim, Dalsze losy Stefana...