Google+ Followers

piątek, 12 grudnia 2014

Internetowa cela

IV
Siedząc na podłodze w mym małym pokoju rozmyślałam o Necie, o słowach, które miałam napisać, ale także o pewnej historii, która ostatnio mi się śniła. Za oknem panowały już egipskie ciemności, tylko pojedyncze lampy na ulicach rzucały skromne snopy światła. Oglądałam siebie, ale jednocześnie zupełnie inną osobę... 

Nie wiem, dlaczego zgodziłam się z nimi pojechać. Namawiali mnie tak długo, więc wreszcie dla świętego spokoju powiedziałam „Tak”. Choć od dłuższego czasu odczuwałam potrzebę odpoczynku, pragnęłam wziąć zaległy urlop, to jednak perspektywa wyjazdu z Karolem i Agnieszką była ostatnią formą podróży, o jakiej mogłam marzyć. 
Nie żebym była wybredna, nic z tych rzeczy. Uwielbiam spontaniczne, szalone wyprawy, ale pierwszy raz się zawahałam. Kiedyś z Karolem mogliśmy zostać parą. Mówię „mogliśmy”, bo nigdy do tego nie doszło. On ciągle oglądał się za innymi, ja po roku miałam już tego dosyć. Przez blisko rok łudziłam się, że uda mi się go odmienić, że zacznę być dla niego tą Jedyną i Najważniejszą. Nawet się nie zorientował, kiedy odeszłam. Choć wciąż mnie pociągał i na jego widok drżały mi ręce, nie potrafiłabym ponownie się z nim związać. Choć nie byliśmy parą i nie zachowywaliśmy się jak para, tak jednak wtedy nas postrzegano. 
Agnieszka była jego nową „maskotką”. Młodsza o kilka lat, zapatrzona w niego jak w Boga, uległa i posłuszna. Bez niego była zupełnie inną dziewczyną, znałam ją z widzenia, jednak, kiedy tylko pojawiał się Karol znikała swoboda i lekki uśmiech. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego tak na nią wpływał. Próbowałam sobie wmówić, że ja też zachowywałam się podobnie, jednak w porę potrafiłam się wycofać. Jej chyba było z nim dobrze. Jednego tylko nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego nalegała, abym z nimi pojechała. Przecież dobrze wiedziała, że przez długi czas Karol poza mną świata nie widział. Nawet, kiedy się od niego odsunęłam, to prawie jakby umarł. Zamknął się w sobie i przez dłuższy czas nic go nie interesowało, zbywał zaproszenia, spławiał dziewczyny, wszczynał bójki z byle powodu. 
Od tamtych dziwnych dni minęły prawie trzy lata, kiedy praktycznie się nie kontaktowaliśmy, aż odebrałam telefon, później jeszcze kolejne, aż wreszcie uległam. Poddałam się, licząc, że mimo wszystko będzie to udany wyjazd. 

Wiedziałam, że gustuje w dziwnych samochodach, ale kiedy zadzwonił dzwonek i wyjrzałam przez okno, szczęka faktycznie opadła z wrażenia. Jakby na to nie patrzeć pod mój dom zajechał Czarny Mercedes. Kolor normalny, bo przecież może być czarny, marka, jak najbardziej w porządku, choć nie był to najnowszy Mercedes, ale zawsze to Mercedes. 
Z tym jednak było coś nie tak, wyglądał jak pogrzebowy karawan. Do pełni szczęścia brakowało szarych firanek w oknach i szarych liści laurowych pomalowanych na drzwiach, a może na bokach samochodu. 
W środku wyglądał jednak znacznie lepiej. Skórzane siedzenia, jak się później okazało również kilma, a to w środku lata, kiedy upał sprawiał, że pękały młode drzewa, było bardzo przydatne i w tym przypadku nie był to już snobizm, tylko względy praktyczne. 

Kiedy tylko mnie zobaczył, to prawie łza pojawiła się w jego oku ze wzruszenia, choć oczywiście zawsze udawał prawdziwego twardziela:
- Cześć Piękna (tak zawsze mnie nazywał)!
- Cześć Karol
- Agnieszkę chyba znasz?
- Witaj Agnieszko
- Cześć Iwona, miło Cię widzieć.
Nie wiem, dlaczego, ale odniosłam wrażenie, że mówi to szczerze, choć kiedy się pojawiłam dostrzegłam jej spojrzenie mówiące prawie błagalnie: „Nie zabieraj mi Karola, proszę”. Nie zamierzałam i odpowiedziałam spojrzeniem. 
Zrozumiała. 

Podobno mieli dla mnie niespodziankę, wiedziałam tylko, że jedziemy nad morze, więcej nie chcieli powiedzieć. Chciałam się zbuntować, jednak uświadomiłam sobie, że postaram się zachowywać bezkonfliktowo, aby te kilka dni upłynęło w miłej atmosferze. Tyle przynajmniej mogłam zrobić. 
W czasie podróży usiadłam z tyłu, aby czuć się swobodnie, aby obserwować. Do przejechania mieliśmy znaczny odcinek drogi, w sumie kilka godzin podróży, która dzięki klimatyzacji nie była aż tak męcząca. Karol prowadził pewnie, w jego towarzystwie, przynajmniej w samochodzie można było czuć się bezpiecznie. Jeździł szybko, ale zakręty brał płynnie, nie szarżował, nie ryzykował. 
Po pewnym czasie poczułam znużenie i miałam świadomość, że zapadam w drzemkę. Dodatkową kołysanką była również dziwna muzyka, która w zasadzie podobała mi się, jednak nie potrafiłam rozszyfrować wykonawcy. Przed zaśnięciem zdążyłam zaobserwować złączone dłonie zakochanych na dźwigni skrzyni biegów, a także spoczywające prawie cały czas na mojej osobie spojrzenie Karola we wstecznym lusterku. Nie potrafiłam odczytać, co starały się powiedzieć mi jego oczy, a może się tego bałam? 

Gdy się ocknęłam byliśmy prawie na miejscu. Droga wznosiła się po bardzo wysokim wzniesieniu, z którego pokonaniem nasz pojazd miał pewne problemy. Za kolejnym zakrętem naszym oczom ukazał się dziwny widok. 
Po prawej stronie stały dwa stare, zniszczone, drewniane domy. Wokół sporo zieleni, ogólnie ładny widok. Kilkanaście metrów dalej była już tylko głęboka przepaść. Jednak wcale nie słyszałam szumu morza, a miejsce, w którym się znaleźliśmy, było mi zupełnie nieznane. 
To właśnie między tymi dwoma domami, w bardzo dziwnym miejscu Karol postanowił zaparkować. Mógł zatrzymać się na drodze, bo i tak nikt tędy nie jeździł, jednak nie zrobił tego. Kiedy wysiedliśmy odczułam pod stopami bardzo dziwny grunt, jakbym stała na bardzo wielkim pumeksie albo na zboczu wulkanu. 
Poczułam się zła i oszukana. Nie byliśmy nad morzem, zostałam wywieziona w bardzo dziwne miejsce, praktycznie chciałam wracać do domu. Mój wybuch złości uprzedziły spokojne słowa Karola:
- Wybacz, że nastąpiła chwilowo zmiana planów, ale nadrobiliśmy trochę kilometrów, aby pokazać tobie to wspaniałe miejsce.
Wzięli mnie za ręce i poprowadzili na skraj przepaści. Czy mieli zamiar mnie zrzucić? Nikt przecież by się nie dowiedział. Jednak odłożyłam na bok te myśli, gdyż oczom mym ukazał się fascynujący widok.
Wielka, mająca chyba kilka kilometrów średnicy dziura, głęboka na kilkanaście metrów. Trudno było mi cokolwiek przeliczać, bo widok ten odebrał mi mowę, sprawił, że poczułam się taka mała.
- Kiedyś spadł tu potężny meteoryt – usłyszałam słowa Agnieszki albo tak mi się zdawało.
Stojąc tak nie poczułam, kiedy przestali trzymać mnie za dłonie, kiedy się wycofali bez słowa i zawróciwszy samochód odjechali beze mnie... 

Kubek z mlekiem balansował w mej dłoni. Do tej historii nie przywiązywałam większej wagi, jednak był to chyba jakiś sygnał dla mnie, tylko, co miał oznaczać? Jak powinnam go zinterpretować? Dosyć tajemniczy, intrygujący, metafizyczny sen. Czułam się tak, jakbym oglądała wtedy kolejny odcinek Z Archiwum X, tylko zabrakło kosmitów, ale to nie było najważniejsze. Codziennie widziałam ich zbyt wielu na ulicach, w ludzkich wcieleniach. 
W tym rozmyślaniu tkwiła zasadnicza odpowiedź na treść anonsu, na sposób, w jaki powinnam się przedstawić. Z pewnym wahaniem wpisałam już dobrze znany mi adres, odczekałam chwilę, aż pojawi się strona. Zestaw dodatkowych informacji, rejestracja, cała masa zbędnych formalności, które jednak musiałam zaliczyć. 
I gdzieś po drodze miejsce na mój anons - Jeśli idąc ulicą twój wzrok dostrzega tajemniczą, zmysłową osobę, to prawdopodobnie właśnie mi się przyglądasz. Gdybyś chciał poznać mnie bliżej, prawie na dotyk, postaram się odpowiedzieć na twoje zainteresowanie – Klarysa.

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.