Google+ Followers

wtorek, 10 lutego 2015

Remigiusz Grzela - Wybór Ireny

Jestem bliżej, niż dalej...
Wciąż jednak czytam, wciąż zgłębiam ten ze wszech miar wyjątkowy, trudny, skomplikowany życiorys. Kilka razy miałem ochotę rzucić ją w kąt, a jednak chęć dotykania i odkrywania losów Ireny brała górę nad świadomością, że to nie dla mnie, że trafiła pod zły adres, że…
Gdyż nie jest to powieść, którą w mgnieniu oka czyta się od deski do deski. Tutaj ze skrawków pamięci, nielicznych listów, wspomnień nielicznych żyjących świadków tamtych dni autor próbuje stworzyć obraz tej, która pragnęła, aby o niej zapomnieć. Aby przestała istnieć, aby wszystko to, co było odeszło wraz z nią.
Janusz Korczak, Władysław Szpilman, Marek Edelman – trzy symbole walki o przetrwanie narodu, który miał zostać zmieciony z powierzchni ziemi. Narodu, o którym pięknie opowiada Austeria Jerzego Kawalerowicza, a słowo dopełniło się w Pianiście, Korczaku, czy też Liście Schindlera.
Nie bez powodu jednak wspominam nazwiska trzech mężczyzn. Wszyscy trzej przeszli przez warszawskie getto, ale tylko jeden z nich miał styczność z nią. Z kobietą, o której życiu, działalności, istnieniu wie jakże niewielu. A jednak życiorys Ireny jest tak niezwykły, niesamowity, trudny i skomplikowany, że aż trudny do uwierzenia. A jednak…

Jestem bliżej, niż dalej...
Jestem prawie przy końcu i powoli zaczynam rozumieć sens postępowania Ireny, jej chęć zatrzaśnięcia za sobą koszmarnych drzwi przeszłości. Tego, co przeszła i czego doświadczyła w czasie wojny, to jak wiele osób w swojej świadomości musiała pochować za życia, to wszystko bez wątpienia musiało jej ciążyć. Wręcz przygniatać do ziemi.
Stąd nowe nazwisko Conti, nowy życiorys, nowy świat, nowi ludzie, jakby wszystko, co wydarzyło się wcześniej nigdy nie miał miejsca. A jednak zanim wyłoniła się, jak feniks z popiołów osmalonej czeluści piekieł warszawskiego getta Irena Waniewicz, by chwilę później stać się Ireną Conti w strukturach Żydowskiej Organizacji Bojowej walczyła, działała w brawurowy sposób ratując z opresji wielu ludzi Irena Gelblum.
Dawno nie zdarzyło mi się z takim przejęciem czytać losów ludzi, w tym tej jednej kobiety, którzy walczyli nie tyle o życie, ale znacznie częściej o godną śmierć. Marek Edelman tak wspominał Irenę:

(…) Doskonała łączniczka pojechała do Będzina, czyli do Reichu, pociągiem. Lubiła chwytać byka za rogi i zwykła podróżować w wagonie ‘Nur für Deutsche’. Elegancko ubrana usiadła obok niemieckiego oficera, a niepewna swojego niemieckiego i bez właściwych dokumentów, całą drogę ‘przespała’, jej głowa ‘niechcący’ opadła na jego ramię. Tak przejechała granicę, unikając i konwersacji, i kontroli dokumentów. Wysiadła w Będzinie jako jedyna pasażerka i przez nikogo nie zaczepiona dotarła zaraz do pralni. Przenocowała, a rano właściciel (pralni) wskazał jej drogę do obozu, do którego trafiły dziewczyny. Bramy pilnowali dwaj esesmani. Podeszła do nich i rozpoczęła rozmowę. Nie pamiętam już dokładnie, co im naopowiadała – miała szukać dwóch dziewczyn z Pappenheim, które z jakiegoś powodu były na terenie obozu, a ona miała im coś przekazać… Przecież umiała bajerować. Traf chciał, że w czasie tej rozmowy z obozy wyjeżdżał pociąg, więc tak się ustawiła, że wjechał między nią i jej rozmówców. Dzięki temu mogła wejść do obozu i szukać swoich pappenheimerek. Teren obozu stanowiło wąskie i długie pole, na którym pracowały setki kobiet. Tym razem pechowo, obie dziewczyny pracowały na samym jego końcu. Kiedy we trzy dotarły do bramy, posłużyły się tym samym trikiem, poczekały na wjazd pociągu i kryjąc się za nim niezauważone wyszły za bramę obozu. Żeby dziewczyny, oderwana od pracy w polu, nie zwracały na siebie uwagi brudnym ubraniem, towarzysząc wytwornej damie, dama dała jednej własną spódnicę, a drugiej bluzkę. Sama została w samej bieliźnie pod lekkim paletkiem, za to w kapeluszu z szerokim rondem. (…) Jakoś przejechały granicę i nad ranem wylądowały w Warszawie. Zaprowadziła je do Kozłowskiej, ich szkolnej koleżanki. Obydwie przeżyły wojnę. Takich przypadków były dziesiątki. 

Czytając o Irenie myślałem czasem o innej kobiecie, Krystynie Skarbek. Sama w konfrontacji ze światem, który w obliczu wojny miał tylko jedno, upiorne oblicze. Obie piękne, inteligentne, odważne, dokonujące rzeczy niemożliwych, obie lubiące mężczyzn i czerpiące przyjemność z obcowania z nimi.
Dwie wyjątkowe kobiety, dwie niesamowite osobowości, dwa wyjątkowe pod każdym względem życiorysy. Matka Krystyny Skarbek pomimo usilnych nalegań córki nie chciała opuścić okupowanej Warszawy i jako Żydówka została aresztowana i osadzona na Pawiaku. Później słuch po niej zaginął, nie ma żadnych świadectw, aby trafiła do któregoś z obozów koncentracyjnych.

Jestem bliżej, niż dalej…
Trzy kobiety. Trzy życia. Jedna twarz, słowa, które pojawiają się na okładce książki Wybór Ireny, słowa jakże trafne i cenne. Życiorys, o którym można pisać w nieskończoność, zebrany w całość ze wspomnień i listów z czasem tworzący obraz kobiety pięknej, choć chyba zagubionej. Rok 1968 przyniósł nieodwracalne zmiany i wiele biletów tylko w jedną stronę, również dla Ireny w wymownej puencie tego tekstu:

(…) Na pewno 1968 rok, wyrzucenie z pracy zrobiły swoje. Dramatycznie to przeżyła i postanowiła więcej nie być Żydówką. Trudno to nazwać, ale to się wzięło z dumy i odrazy. Kochała Polskę, ale musiała z niej uciekać. Musiała kochać ten kraj, skoro wracała. Mogła przecież być w Palestynie, a potem zostać we Włoszech, które tak kochała. Polska odmawiała jej prawa do bycia sobą. 

Cytowane fragmenty pochodzą z: Remigiusz Grzela, Wybór Ireny, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014

Więcej o książce na Lubimyczytac.pl