Google+ Followers

sobota, 7 marca 2015

Internetowa cela

XV
Godziny mijały tak wolno. Teraz, kiedy pojawił się Robert, czas zyskał zupełnie inny wymiar. Był blisko, zapewne jutro przyjedzie, może pojutrze, a już nie mogłam się doczekać. Muszę się przyznać, że bardzo tęskniłam. 
Listopadowe dni były podobne do tych z czerwca, lipca i sierpnia, ale właśnie w tych dniach tak wiele się wydarzyło. Dwóch mężczyzn jednocześnie pojawiło się na mojej drodze. Ten cielesny, namacalny, piękny, z ciepłym, spokojnym spojrzeniem i ten drugi, wirtualny, tajemniczy, intrygujący. I jak na złość obaj gdzieś przepadli. Wiem, Robert odwiedzał mamę, a Wiktor zamilkł. Minęło kilka dni, lecz jak dotąd nie pojawiła się nowa korespondencja od niego. Może spasował, może nie miał czasu, może był zajęty, może zbyt dobrze się bawił, aby odpuścić, może... Co z tego, że ja się przejmuję? Czy kogoś to obchodzi? Czy kogoś obchodzi mój los? 
Miałam wrażenie, taka kobieca intuicja, że istnieje pewna więź, która łączy obu panów. Kiedy zapytałam Roberta, czy zna jakiegoś Wiktora, odpowiedział twierdząco, jednak odebrałam w jego głosie moment zawahania, może zastanowienia? Nie miałam powodu, aby mu nie wierzyć, jednak ta sytuacja dała mi do myślenia. No i to, Edmonton. Co ukrywał Wiktor? Kim właściwie był? Dlaczego mnie zwodzi? 
Siedziałam w pracy wpatrzona w monitor i zasadniczo nie miałam na nic ochoty. Czułam apatię, może ból głowy. Wiedziałam, że muszę się zająć pracą, jednak myślami byłam zupełnie w innym miejscu.
- Wszystko w porządku Iwona? – To pytanie doleciało do mnie, jakby gdzieś z daleka, z kosmosu. Po chwili uświadomiłam sobie, że to Marta mi się przygląda.
- Dobrze się czujesz? Jesteś blada.
- Dzięki Marto, przez chwilę zakręciło mi się w głowie. To chyba to ciśnienie, a przy okazji...
- Rozumiem, nie musisz mówić nic więcej. Może pójdziesz do domu, te papiery mogą poczekać.
- Nie, wszystko w porządku.
- Na pewno?
- Tak... – Przez chwilę nic się nie działo, jednak po kilku sekundach zrobiło mi się ciemno przed oczami i poczułam, jak osuwam się na podłogę...
- Iwona!! Dziewczyny dzwońcie po pogotowie!
Nie mogłam otworzyć oczu, źrenice raniły mocne snopy światła. Każda kolejna próba sprawiała, że czułam się coraz bardziej zmęczona. Po chwili jednak się udało. Powróciłam do żywych! Czułam, że moja głowa opiera się o czyjeś kolano, zaczynałam dostrzegać niewyraźne zarysy twarzy koleżanek, a także delikatne promienie słońca wpadające przez okno do biura. 
Miałam świadomość, że ktoś mnie bada, mierzy ciśnienie, bo po chwili położyć na noszach. Widziałam lampy, sufity, schodziliśmy piętro niżej po schodach, przestronny hol biurowca, otwarte drzwi, świeży podmuch zbawczego powietrza. Czułam uścisk ręki koleżanki. Później moje oczy zarejestrowały wnętrze karetki i ponownie odpłynęłam...

Dryfowałam w świecie snu nieświadoma zamieszania, jakie wywołało moje nagłe zasłabnięcie. Jeden za drugim różne obrazy przychodziły i odchodziły, gdzieś na bok uleciała sesja fotograficzna, w której miałam wziąć udział, pisanie pracy dyplomowej też przez chwilę przestało być ważne. Dostrzegałam... 

Nad polami i łąkami unosił się brzask. Strzępki mgły wisiały w powietrzu, osiadały na drzewach, na licznych krzakach i zaroślach. I chociaż był to jeden z letnich poranków, było bardzo chłodno. Dowodem na to była para wydostająca się z ust oddychającej szybko kobiety, a także unosząca się w sąsiedztwie kilku chudych krów, które prowadziła. 
Za linią łąk zaczynał się las, a także bagna i moczary. Idąc boso odczuwała pod stopami wilgotny, a czasami mokry grunt i choć było jej zimno, nie drżała, a skóry nie pokrywała gęsia skórka. Nierówny oddech, wpatrzone w odległą przestrzeń chłodne, szare oczy, smutne i bez wyrazu, drobny nos nadawały twarzy kobiety dziwny wyraz. 
Dosyć szczupła sylwetka ukryta pod cienką, białą sukienką. Chłód poranka wyraźnie podkreślał sutki jej drobnych piersi. Długie blond włosy, związane w koński ogon, przykrywał biały, cienki pas płótna. 
Choć sprawiała wrażenie spokojnej, sercem targał wielki niepokój. Nie potrafiła nazwać tego zjawiska, nie potrafiła odnaleźć jego źródła. Gdzieś w umyśle bardzo wyraźnie dostrzegała twarz ukochanego, a wraz z nim świadomość, że zostanie zdradzona. (Czy właśnie, dlatego od dłuższego czasu dręczyły ją koszmary?) Nie wiedziała, czy będzie w stanie żyć dalej, jeśli dotknie ją zdrada... 

Szła powoli podpierając się kijem, jakby w ciele dwudziestoletniej kobiety ukryła się wiekowa staruszka. Każdy kolejny krok sprawiał coraz większy wysiłek. Nie zwracała już uwagi na krowy, zresztą, gdy minęła pierwsze drzewa już ich nie było. Być może były tylko cieniami, a może towarzyszkami jej krótkiej wędrówki. 
Teraz musiała już sama wyjść naprzeciw swemu przeznaczeniu. Mijała pojedyncze, drobne brzozy. Szła w gęstym, wilgotnym mchu, a pierwsze, słoneczne promienie bardzo onieśmielone przedzierały się przez liczne chmury. Słyszała szum wody, rechot żab, plusk ryb. Poza tym było bardzo cicho. 
Stanęła nad stawem nie wiedząc, co powinna teraz zrobić. Po chwili uklękła i zamknęła oczy. Trwała przez chwilę w takim skupieniu, by po spojrzeniu przed siebie ujrzeć Jego postać. 
Stał w białej szacie, gęste, długie włosy opadały mu na ramiona, a Jego boska twarz była taka znajoma. Nagle zaczął iść w jej stronę po wodzie. Świadomość tego zjawiska jeszcze bardziej utwierdziła ją w przekonaniu, że oto idzie w jej stronę, ktoś, kto wyleczy ją ze wszystkich smutków. 
Gdy położył Swą dłoń na jej głowie zamknęła oczy. Poczuła się taka lekka, swobodna, daleka od trosk i problemów, daleka od świadomości, że może dotknąć ją zdrada. Dusza i serce zostały oczyszczone. 
Otworzywszy oczy widziała przed sobą tylko spokojną taflę leśnego stawu, jednak świadomość, że dane było jej oglądać boską twarz Chrystusa pozostała w niej na zawsze.

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.