Google+ Followers

niedziela, 15 marca 2015

Internetowa cela

XVI
- Witaj!
- Z kim mam przyjemność?
- Czy to numer...?
- Tak, to telefon Iwony. Jestem jej koleżanką.
- O co tu chodzi? Gdzie ona jest? Przepraszam, mam na imię Robert, ostatnio się poznaliśmy. Czy coś się stało?
- Iwona jest w szpitalu. Zasłabła w pracy, później zapadła w śpiączkę, w której niestety jest nadal.
- O cholera! Wybacz, jestem w szoku. Nie płacz. Jak masz na imię?
- Marta, przepraszam, przejęłam się. Lekarze mówią, że wszystko będzie w porządku. Minęło jednak już kilka godzin i nic. Ostatnio o tobie mówiła i była taka szczęśliwa...
- Czy jesteś może w szpitalu? Gdzie ona leży? Właśnie przyjechałem z Białegostoku.
- Jest taka klinika przy Derdowskiego, wiesz gdzie to jest?
- Znajdę, będę za pół godziny. Możesz poczekać, opowiesz mi, jak to się stało, później cię odwiozę.
- W porządku, pokój numer osiem.
- Do zobaczenia.
- Cześć.
Nie słyszałam tej rozmowy, nie widziałam Marty stojącej na korytarzu i płaczącej. Znałam ją praktycznie od zawsze. Gdy mój pociąg z Białegostoku wjeżdżał na Centralny, jej wtaczał się z Koszalina na ten sam peron, gdzie przez przypadek się zderzyłyśmy. 
Później była wspólna kawa, krótka rozmowa i z marszu bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Była młodsza o trzy lata i przez cały ten czas traktowała mnie, jak starszą siostrę. Później to ja pomogłam jej znaleźć pracę i w efekcie została moją asystentką. Była taka słodka, miła i pogodna. Przy niej czułam się bardzo rześko, działała na mnie w szczególny sposób. 
Teraz stała tam i płakała. Ja natomiast po kilku godzinach nieważkości i podróżowania we śnie miałam zamiar wrócić na ziemię. Chyba dostałam przyzwolenie, a jednocześnie jakąś wskazówkę. Zarejestrowałam jeszcze jeden miły obraz, gdzie przeobraziłam się w młodego chłopaka, który do złudzenia przypominał Roberta i powróciłam do żywych... 

Nie wiem, w którym miejscu zaczęła się ta podróż. Wiem natomiast, że w upalny, letni dzień jechałem pociągiem podmiejskim w stronę Warszawy w bliżej nieokreślonym celu. Z uśmiechem na ustach podziwiałem mijane krajobrazy skąpane w słońcu, delikatnie zraszane wiejącym wiatrem. Dzień, jak wiele innych, jednak miał w sobie coś tajemniczego. 
Widziałem dużą grupkę niesfornych, roześmianych dzieci, kilku żołnierzy, staruszka uważnie pilnującego paczki tektury związanej zgrzebnym sznurkiem. Wokół mnie roznosił się gwar rozmów, koła rytmicznie uderzały o szyny, czasami można było odczuć gwałtowne hamowanie. A ja wśród tych ludzi czułem się spokojnie, byłem odprężony, zadowolony, szczęśliwy. Świadomość wieku nie istniała. Równie dobrze mogłem mieć lat siedem, siedemnaście, a może byłem siedemdziesięcioletnim staruszkiem z siwą brodą. Miałem wrażenie, że w każdej chwili mogę być każdym z nich. Teraz jednak najbliżej było mi do młodzieńca, który szczęśliwie zakochany jedzie do swej dziewczyny.
Pociąg zatrzymał się na kolejnej stacji, wysiadłem, dzieci i kilka innych osób również. Dwa perony, wokół pola skąpane w słońcu, suche trawy i masy kurzu wzbijane przez wiejący wiatr. Chociaż nie były to mocne podmuchy, to jednak czasami trzeba było się zasłaniać, aby drobny piasek nie dostał się do oczu. 
Zostawiwszy pustą stację za sobą, szliśmy polną drogą. Po obu stronach dojrzałe zboża czekały już na żniwiarzy, którzy w odpowiedni sposób się nimi zajmą, w powietrzu unosił się aromat polnych kwiatów i ziół. Dzieci idąc śpiewały piosenki. Jeden z chłopców trzymał w dłoni mały głośnik, by ktoś inny trzymając mikrofon mógł być lepiej słyszany. Dziwnie to wyglądało, gromadka niewielka i to nagłośnienie. Ale aż miło się słuchało, droga prowadziła nas do przodu, a gdzieś na horyzoncie dostrzec można było już dobrze widoczne zarysy budynków. 
W pewnej chwili droga, po której szliśmy zamienił się w żwirową aleję. Szeroki dukt z obu stron zamknięty krawężnikiem, wysypany drobnym, wapiennym kamieniem lub czymś, co przypomniało podsypkę pod podkłady kolejowe. Ważne, że teraz lepiej się szło i nie wzbijaliśmy już za sobą tumanów kurzu. Bo przecież razem ze mną i dziećmi szło do miasta jeszcze kilkadziesiąt innych osób. Każdy szczęśliwy, uśmiechnięty, zadowolony, wolny od trosk i kłopotów. 
Dzień, jak każdy inny, ale właśnie dziś dochodząc do pewnego punktu mogliśmy dokonać swoistego, jedynego w swoim rodzaju wyboru. W czarodziejski sposób mogliśmy zadecydować o własnym losie wybierając jedną z dróg, do których wkrótce mieliśmy dotrzeć. 
Tego jednak jeszcze nikt nie wiedział. To był prawdziwa magia, a że widzieliśmy to na własne oczy, więc nikt nie mógł zaprzeczyć, że obrazy te nie były rzeczywiste. Dotarliśmy do pierwszego budynku, który był swoistą rogatką miasta. Duży, posępny, szary monument zwieńczony tablicą „Warszawa - 60 lat”. Przez moment nikt nie rozumiał, o co chodzi, jednak po chwili wszystko było już jasne. 
Do wyboru były tylko dwie drogi. Idąc prosto wchodziliśmy do miasta, które żyło swoim życiem sprzed sześćdziesięciu lat. Na dalszym planie widoczne były szare zabudowania, zniszczony chodnik, wozy konne, ludzie w szarych kurtkach, zniszczonych butach. Ulice bez oświetlenia, brudne i zaniedbane. Dzieci ubrane w łachmany bawiące się na ulicy w starej, dziurawej beczce. Miasto „szklanych domów”, ale szczęśliwych ludzi. 
Kierując się w prawo wchodziliśmy w świat przyszłości, do miasta za sześćdziesiąt lat pełnego światła, szklanych domów, złotych i srebrnych, monumentalnych wieżowców, pełnych przepychu i bogactwa. Zadbane ulice, czysto, trochę zieleni, ale to, co rzucało się w oczy, to tylko pojedyncze osoby przemykające ulicami. Miasto, w którym w modzie było pracować, biorąc krótki, kilkudniowy urlop raz na kilkanaście lat. Miasto, w którym nasza firma, była naszym domem, dając wszystko, zabierała jeszcze więcej. 
Wybór był trudny, jednak tylko taki, za nami nie było już nic, nie było pól, łanów zboża, tylko pustka...

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.