Google+ Followers

czwartek, 26 marca 2015

Internetowa cela

XVII
Świadomość powracała powoli, przedzierała się przez zakamarki szarych komórek, gdzieś tam zaczynały pojawiać się znajome zarysy obrazów. Coś rejestrował mózg, jednak oczy chyba nie były pewne tego, co dostrzegały. Panował chaos. Przez pewien czas nic nie było tak, jak dawniej. 

Za oknem padały pierwsze w tym roku płatki śniegu. Szary poranek, mgła wisząca w powietrzu, zapewne chłodno i niezbyt miło, tam, za szybą. Pokój szpitalny, (bo był to zapewne pokój szpitalny), skrywał jeszcze delikatny mrok. 
Gdzieś za mą głową jakieś monitory, do których zapewne byłam podłączona, na parapecie dwa kwiatki, pod oknem stał fotel, w którym słodko drzemał Robert. Wyglądał tak niewinnie, kiedy równomierny oddech unosił jego klatkę piersiową. Bałam się poruszyć, aby go nie zbudzić, jednocześnie jego widok tak bardzo mnie uradował. 
Głowa powędrowała dalej, odnajdując jedno krzesło, jeszcze jedno puste łóżko, stary telewizor, kilka książek na małej półce. Ściany w zielonym, szpitalnym kolorze. Jak na szpital wyglądał miło. Na moje szczęście znalazłam się tu pierwszy raz, choć nie wiedziałam, jak długo już leżę. Czy tylko jedną noc, może tydzień, lub dłużej? 
W umyśle powracały obrazy. Jakieś lampy, sufity, nieznane mi wcześnie twarze, wnętrze karetki... Dalej był już tylko ten pokój, dziś, o brzasku, kiedy wszystko wokół jeszcze spało...
- Jak się czujesz Iwonko?
- Cześć, wybacz, nie chciałam cię obudzić...
- Ja się teraz nie liczę, istotne jest tylko twoje zdrowie.
- Czuję się, jakbym spała wieki.
- W sumie to tylko bardzo długi sen, prawie dwadzieścia godzin. Bardzo się zaniepokoiliśmy, ale wstępne badania nic nie wykazały, na szczęście. Jednak zapewne spędzisz tu kilka dni – pocałował mnie delikatnie, później cicho zapłakał.
- Przepraszam, tak bardzo się bałem, że coś ci się stało...
- Jestem tu Robercie – jak małe dziecko schronił głowę w mych ramionach i cicho szlochał. Delikatnie głaskałam go po głowie równie mocno przejęta całą sytuacją. – Nie bój się płakać. To pomaga.
- Nie wiem, co bym zrobił, gdybym cię stracił, tak bardzo mi na tobie zależy. Tak bardzo pragnę twojej obecności – mówił do mnie siedząc już spokojnie w fotelu, trzymając moje dłonie w swoich. Tak dobrze było czuć jego obecność, jego ciepło, odbierać prawdziwie dziecięcą naturalność. – Wczoraj wróciłem z Białegostoku, zadzwoniłem do ciebie, jednak telefon odebrała Marta. Opowiedziała mi o wszystkim, kiedy przyjechałem do szpitala. Później ją odwiozłem do domu, gdyż była bardzo zmęczona i bardzo się o ciebie martwiła. Obiecałem zadzwonić, jak tylko się ockniesz. Wróciłem i z dużym trudem, ale udało mi się zostać z tobą przez całą noc. Te kilka dni w podróży bez ciebie uświadomiło mi, że tak wiele mam ci do powiedzenia, może nie w tej chwili, ale jak tylko poczujesz się lepiej.
- No już Robercie, głowa do góry, uśmiechnij się, jestem tuż obok i nie zamierzam znikać. To, co się wczoraj stało, może to przemęczenie, zbyt wiele pracy, stres, sama nie wiem. Może te kilka wolnych dni dobrze mi zrobi, choć niekoniecznie na szpitalnym łóżku. A teraz za telefon i dzwoń do Marty.
 
Krótka rozmowa z przyjaciółką bardzo podniosła ją na duchu, mi też dobrze zrobiła. Poczułam się tak, czy ja wiem, pełna życia, choć wczorajsza historia trochę mnie przeraziła. Kiedy Robert pożegnał się ze mną, pojawił się lekarz, dr Ziółkowski-Kwiatkowski. Bardzo wesołe nazwisko. Faktycznie chciał zatrzymać mnie jeszcze na kilka dni, bo choć wstępne badania nic nie wykazały, chciał zrobić jeszcze kilka dodatkowych, aby mieć pewność. 
Ja też chciałam mieć pewność, jednak świadomość, że może nagle okaże się, że to lub tamto, że może jestem chora, to wszystko wcale nie było wesołe. Chciałam być jednak dobrej myśli, co przykazał mi również lekarz, nazwany przeze mnie żartobliwie Ziółkiem. 
Nagłe uspokojenie mojego trybu życia tak bardzo mnie zaskoczyło. Leżałam w łóżku i w tym momencie nic nie było ważne, ani klienci, (choć kilku przysłało kwiaty, dzięki temu ten skromny pokój tak bardzo się ożywił), ani raporty, ani zestawienia. Wszystko poszło na bok. Zaczęłam czytać jakąś książkę, w zasadzie to był drugi tom „Potopu”, lecz to było nieistotne. Gdzieś po drodze dotarłam myślami również do mojego internetowego korespondenta. Bardzo mnie interesowało, co napisał Wiktor. Myśl ta stał się prawie obsesją, więc zadzwoniłam do Marty i poprosiłam, że jak będzie do mnie jechała, aby przywiozła mi laptopa. 
Telefonu w pokoju nie było, ale była komórka, więc nie będzie problemu z dostępem do Netu... Kilka minut później dotarł do mych uszu znajomy dźwięk, a wraz z nim te cudowne słowa – „Jesteś mą radością, nadzieją na nowy dzień, nagrodą w mych staraniach do bycia jeszcze lepszym człowiekiem, jesteś szczęściem, za które dziękuję Bogu...”. 
Te krótkie, ale jakże piękne słowa sprawiły, że nie wiedziałam, co powiedzieć, a co tym bardziej odpisać. Poczułam się tak bardzo wyróżniona, tak bardzo szczęśliwa.

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.