Google+ Followers

sobota, 28 marca 2015

Pusty dom (2004)

Po raz pierwszy od dłuższego czasu pojawia się obraz, który jest inny, niż wszystkie pozostałe. Taki, w którym pada minimalna liczba słów, a i te są dawkowane odpowiednio. Zabieg ten jedynie uatrakcyjnia to proste w formie, ale jakże bogate w treści dzieło.
Zbyt często nadmiar słów wprowadza jedynie zamieszanie i niepokój. A jak powiedział Kim Ki-Duk – Woody Allen może używać masy dialogów, ja jestem jego przeciwieństwem. I słusznie, gdyż takie kino jest nam coraz częściej potrzebne. Może nie nieme tak do końca, ale szanujące słowo w jego każdej postaci. Właśnie dlatego Pusty dom między słowami wypada tak rewelacyjnie, dzięki zastosowanemu przez reżysera rozwiązaniu.
Pomysł na film pojawił się nagle. W tempie błyskawicznym, poprzez napisany scenariusz, produkcję i montaż został wcielony w życie. Wszystkie te zabiegi miały na celu zgłoszenie filmu na ubiegłoroczny festiwal w Wenecji, gdzie wzbudził furorę, a Kim Ki-Duk odebrał nagrodę za reżyserię. Drugie wyróżnienie w 2004 roku również za reżyserię spotkało go na festiwalu w Berlinie, za inny jego film, Samaritian Girl.
Na czym polega ta innowacja w jego poczynaniach? Zaskoczyć może nas fakt, iż główni bohaterowie, dobry, serdeczny, uśmiechnięty i pogodny Tae-suk i napotkana w pewnym domu kobieta, przez cały film nic nie mówią. Owszem, wokół nich wiele się dzieje, wszyscy inni mają swoje kwestie, lecz nie oni.
Dla nich przygotowane jest specjalne zadanie. Spojrzeniem, gestem, miną, ruchem rąk, czy nóg przekazać siebie i wszystko to, co chciałoby się powiedzieć. Zapewniam Was, iż nie jest to proste, ale jednocześnie bardzo widowiskowe, zaskakujące i jakże ekscytujące, w różnych aspektach rozgrywających się wydarzeń.
Oto Tae-suk. Nie ma domu, dlatego wykonując pewną pracę za dnia, wieczorem wraca w określone miejsca, by spędzić noc w tym lub innym domu. Chodzi w rzeczach domowników, kąpie się, podjada z lodówki, ale robi to w sposób kulturalny. Jednocześnie w formie rewanżu naprawia wszystko, co daje się naprawić, pierze, czasem coś poprawi, ale wszystko dzieje się tak, jakby go tam nigdy nie było.
W jednym z kolejnych domów pojawia się kobieta... To jest punkt zwrotny w jego poczynaniach, a także niesamowita możliwość podglądania, jak rodzi się, ewaluuje i rozwija uczucie między nimi. Są spojrzenia, gesty, czasem jest dotyk, lecz nikt nic nie mówi. Byłem i jestem pod wrażeniem. Dawno nie oglądałem tak uroczego, pogodnego, żywego, pełnego ekspresji filmu. Teraz też bardzo chętnie odszukam i sięgnę po inny film Kim Ki-Duka, którego wcześniej nie widziałem. I mam wrażenie, iż spotka mnie równie wielka uczta emocjonalna. Myślę tu o filmie Wiosna, lato, jesień, zima.. i znowu wiosna.
Film, który śmiało mogę polecić wszystkim tym, którzy lubią ambitne kino, którzy lubią coś w sercu bądź duszy z niego wynieść, spodoba się też tym wszystkim, którzy odważnie do niego podejdą nie bojąc się zaryzykować. Z pełną świadomością poznać całość, nie rozbierając go w trakcie oglądania na klatki i pojedyncze obrazy. Nie myśleć, jedynie obserwować, przyglądać się i kontemplować tą urzekającą historię.
Jeden z ciekawszych filmów, które ostatnio widziałem. Warto wziąć pod uwagę fakt, iż nie wszystko to, co dobre musi mieć na metce made in USA. Gorąco polecam. 


Zajrzyj do Grupy Ruchome obrazy... :)