Google+ Followers

piątek, 10 kwietnia 2015

Internetowa cela

 XVIII
Miałem się już pakować, bo wkrótce powinienem pojawić się jeszcze na jakiś czas w Kanadzie, jednak pobyt Iwony w szpitalu wszystko zmienił. Teraz nie mogłem jej zostawić. Udało mi się załatwić jeszcze kilka wolnych dni, aby poczekać aż wróci do domu. 
Była Marta, inne przyjaciółki, ale wiem, że potrzebowała również bardzo mojej obecności. A ja nie mogłem jej zawieść, zbyt mocno mi na niej zależało, aby coś zawalić. Kończący się rok przyniósł dwa aspekty, które diametralnie odmieniły moje życie. Bezapelacyjnie była to kochana osoba Iwony, a także pewna książka, która przez przypadek wpadła w moje ręce. 
Zanim ją przeczytałem zbyt mało było we mnie wrażliwości. Byłem zimny, może nie lodowaty, ale brakowało mi czułości, delikatności. Być może była to poza, aby nie pokazać po sobie słabości, aby nie uznano mnie za mięczaka. Taki przysłowiowy „maczo”. Kobiety przychodziły, odchodziły, a mnie specjalnie to nie interesowało. Było wesoło i to było ważne, dobra zabawa, imprezy w różnych miejscach. Czego pragnąć więcej? 
Podróżowałem z miejsca na miejsce, nowe hotele, nowe miasta, nowe znajomości. Każde z tych miejsc związane było z kontraktem firmy, w której pracowałem, z projektem realizowanym przez nasze biuro lub będąc tylko konsultantem w trakcie jakieś inwestycji. Bez względu na okoliczności robiłem w ciągu miesiąca tysiące kilometrów, samolot był prawie moim drugim domem. 
Podświadomie chyba bałem się z kimś związać, aby nie czuć się uzależnionym. Gdzieś tam istniała potrzeba, aby odnaleźć uczucie, aby się zakochać do szaleństwa, jednak nie dopuszczałem tych myśli do głosu. Lot przez Atlantyk, jak zawsze trwał zbyt długo. Tym razem było tylko kilku pasażerów, stewardesy nie miały więc zbyt wiele pracy. Był to jeden z tych marcowych, wczesnowiosennych wieczorów. Wystartowaliśmy zgodnie z planem z Chicago. Nie miałem ze sobą bagażu podręcznego, żadnej lektury, nawet gazety. Nie byłem specjalnie śpiący, więc przez chwilę oglądałem jakiś film. 
Po kilku minutach usiadłem wygodnie w fotelu, oparłem głowę o zagłówek i tak siedziałem jakiś czas. Dopiero po chwili zauważyłem książkę. Była wsunięta za fotel, widocznie ktoś zapomniał albo, gdy wstawał zsunęła się z kolan. Nie było to istotne. Twarda oprawa, nieznany mi wcześniej tytuł List w butelce. Na okładce dwie twarze, jak się później okazało była to Robin Wright Penn i Kevin Costner. Razem z Paulem Newmanem zagrali w filmowej adaptacji tej powieści. Te informacje znalazły się na okładce, jeszcze kadr z filmu. 
Zacząłem czytać, słowo po słowie. Zdania, akapity, kolejne strony. Z początku nie szczególnie mi się podobała, jednak po kilku minutach byłem już w innym świecie. Zapomniałem o samolocie, o podróży, o nocy. 
Bez pośpiechu przerzucałem kartki. Przeniosłem się nad brzeg morza, oczami bohaterki obserwowałem otaczający ją świat, widziałem jej zaskoczenie, kiedy na mokrym piasku znalazła zagrzebaną butelkę wraz z ukrytym w niej listem. Wraz z rozwojem wydarzeń coś zaczęło się ze mną dziać. Poczułem, jak topi się lód w mym sercu, jak drga delikatna struna duszy, jak nastrajam się pozytywnie do świata. To była szczególna, intelektualna podróż. Czułem się tak lekko i swobodnie, czułem wzruszenie, kiedy doszło do tragedii. Serce zabiło mocniej. Wcześniej nigdy nic takiego mi się nie przydarzyło.
Czytałem książki, chodziłem do kina, ale emocje były gdzieś z boku. Owszem potrafiłem docenić mistrzowską rękę reżysera lub lekkie pióro autora książki, jednak tylko tyle. Zero emocji. List w butelce mnie odmienił. Na długo przed lądowaniem w Warszawie doszedłem do końca książki szczęśliwy i wzruszony. Ręka opatrzności zesłała mi ten prezent. To była tylko książka, ale właśnie wtedy było to znacznie więcej. 
Jakiś czas później odnalazłem kasetę z tym filmem i zrobiłem sobie domowy seans. Film był równie dobry jak książka. Może inaczej był bardzo udaną adaptacją. Po raz kolejny popłynęły łzy. Kilka miesięcy później pojechałem nad polskie morze do Jastrzębiej Góry, aby tam odnaleźć osobiście swój list w butelce. Fakt, bardzo chciałem go znaleźć, wierząc, że oto przyniesie mi istotną wskazówkę, może jakąś informację. Choć listu oczywiście nie znalazłem, to jednak był to bardzo udany tydzień. 
W drodze powrotnej uprawiałem swoją ulubioną grę, a warunki na trasie akurat temu sprzyjały. Korek przed Zegrzem był i tym razem, więc przez kilkanaście kilometrów mogłem we wstecznym lusterku, czasami również w bocznym, obserwować kierowcę jadącego za mną samochodu. Zielony Peugot, za kierownicą kobieta. To było miłe, przyglądać się jej. Czasami nasze spojrzenia się stykały. Jeśli wyobrazicie sobie Kasię Skrzynecką, to wiecie, o czym mówię. Była bardzo podobna. Zamyślona, zmęczona, zmartwiona. O czym mogła myśleć samotna kobieta za kółkiem? Sama w samochodzie, ale czy samotna? Bardzo chciałbym to wiedzieć. Na moje szczęście tylko na krótko jakiś cwaniaczek wjechał między nasze samochody. W Nieporęcie rozstałem się z samotną panią, choć jechaliśmy w jedną stronę. Ja przyspieszyłem, jej natomiast chyba się nie śpieszyło, bo inne samochody zaczęły ją wyprzedzać. 
Chciałem przed podróżą do Kanady opowiedzieć Iwonie o sobie, chciałem podzielić się, tym, co tak bardzo mi ciąży. Chciałem zrzucić olbrzymi ciężar, który dźwigam już tak bardzo długo. Wierzę, że pomoże odnaleźć mi właściwe rozwiązanie, może rozwieje moje wątpliwości, może wysłucha i nic nie powie. Nie, nie Iwona, to nie w jej stylu. Cóż mogłem wiedzieć o jej nastawieniu do mnie? W końcu tak krótko ją znałem, miałem jednak świadomość, że bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Bałem się do tego przyznać, nawet przed samym sobą, ale czułem, że gdzieś na mej drodze, w jej kochanej osobie pojawiła się Miłość. To magiczne słowo na literę „M”.
Nie jestem pewien. Czego? Czy właśnie ona to sprawiła, że kula na pół się rozpadła i ze środka mała istotka wyszła na ten dziwny świat szukać szczęścia, które gdzieś tam wciąż na ciebie czeka, jest w tym kamyku, jest w twojej dłoni, kształt znajomy, powiesz, co to, co dziś sprawia, że jestem szczęśliwa, uśmiechnięta, promień słońca na tej twarzy, kropla deszczu, rosy kropla, nad brzeg morza wyjdź znajomy, wiatr we włosach niech zaszumi, niech poniesie pieśń twą w dal, dłoniom swoim podaj chmury, usta niech poczują morza smak, słonej wody smak..? To taka wolna nuta strofy dziś te układa, gdy myśl ta wolno błądzi, gdy pod strzechy zabłądzi, gdy o brzasku zmęczeni upadniemy spleceni w uścisku miłości to wtedy powiesz, to ona, ta kobieta znajoma, dobrze nam kiedyś mówiła, że będzie taka miłość, która sercu twemu odwagi doda, przełamie wszystkie troski, świat stanie się radosny, uśmiech na twych pięknych ustach zagości i pozostanie na wieki... Jeśli bym chciał znaleźć taki świat, gdzie nie istnieją troski, gdzie świat jest radosny, gdzie dzieci są, jak dorośli, a oni, jak dzieci, gdzie szczęście na drzewach rośnie, gdzie miłość zakwita na wiosnę... Zaćmiło Słońce myśli nasze, są dziwne teraz i inaczej postrzegasz to, co obok ciebie dziś się dzieje, za oknem noc, tuż za nim ciemność, dalekie światła na twym osiedlu przypominają, że obok ciebie mieszkają, ci, co czekają na spełnienie ich marzeń, pragnień, ich intencji, tuż obok ciebie, lecz daleko są dzisiaj oni i już będą rywalami twoimi u tego, co w twardej trzyma dłoni świat zmieniony, świat rozpędzony, który zatracił wszystkie wartości, nie wie, co może, nie wie, co musi, co sprawia radość, co zaś ból przynosi i choćby przyszło dziś uciekać, to nie masz miejsca, gdzie uciekać możesz. Znajdę oazę dziś dla ciebie, byś schronić mogła się i przetrwać burze gradowe i zawieje. Siądź pod tą brzozą, a odpocznij sobie, nie dojdzie cię tu słońce ni krople deszczowe... 
Miłość, czułość i wierność. Czy jeden z tych czynników wystarczy, aby stworzyć udany związek? Dwa, może jednak wszystkie trzy. I czy w takiej kolejności? Sądzę, że musiałbym popracować nad jednym z wymienionych aspektów. Dwa już istnieją albo inaczej, już dziś mogę je ofiarować.

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.