Google+ Followers

piątek, 17 kwietnia 2015

Internetowa cela

XIX
Pięć dni w szpitalu, później tydzień w domu. Taki był scenariusz na najbliższy okres. Czas konkretnego odpoczynku, nabrania sił, uspokojenia myśli. Pokój pełen kwiatów, odrobina prywatności w małej, przytulnej klinice. 
Nie wiedziałam, dlaczego się tu znalazłam, a nie w normalnym, polskim szpitalu. Zasadniczo nie miałam nic przeciwko pobytowi właśnie tutaj, wszystko było takie delikatne, zadbane, ściany pomalowane w ciepłe, jaskrawe kolory. Wszystko na swoim miejscu. Wcześniej musiałam mieć jakieś zwidy, gdyż dostrzegałam tylko dziwne obrazy, jakbym faktycznie przebywała w państwowym szpitalu. A może tak rzeczywiście było, tylko później mnie przewieziono. Czym ja się właściwie przejmuję? Zapewne firma pokrywała wszystkie wydatki i to ona znalazła to wspaniałe miejsce. Nawet miałam chyba specjalną kartę do przychodni w centrum miasta. 
Wszystkie przeprowadzone badania na moje szczęście nie wykazały żadnych odchyleń od normy. Ziółko okazał się bardzo miłym i dowcipnym facetem, a jednocześnie specjalistą najwyższej klasy w swoim fachu. Wiedział, co mówi, co chce powiedzieć, przy tym odnosił się do mnie bardzo życzliwe. Może to zmyłka, bo jestem zmysłową kobietą, może po prostu mnie podrywał? Jednak stawiałam na to pierwsze, poza tym na swój sposób działał na mnie kojąco. Tego potrzebowałam. 
Był już wieczór, mijał drugi dzień mojego pobytu w sanatorium pod klepsydrą. Wcześniej odwiedziły mnie dziewczyny, nawet nie wiem, kiedy minęły dwie godziny, które przegadałyśmy. Zarówno Marta, jak i Wiktoria bardzo się o mnie martwiły i byłam im za to bardzo wdzięczna. Były dla mnie jak siostry i ja też tak je traktowałam. Istniała pomiędzy nami szczególna więź, prawie jak dziecięce braterstwo krwi. 
Za oknem leżał śnieg, ten pierwszy, który jednak się utrzymał. W pokoju unosił się intensywny zapach kwiatów, oddział powoli przygotowywał się do nocy. Gdy pożegnałam się z dziewczynami zadzwonił Robert. Jakże miło było usłyszeć jego głos. Chciał wiedzieć, jak się czuję, czy czegoś nie potrzebuję. Podświadomie odczuwałam, że bardzo chce mi coś powiedzieć i faktycznie, usłyszałam takie słowa: - Iwonko droga, dziś już nie uda mi się do ciebie wpaść. Zrobię to jutro, wtedy też opowiem ci pewną historię, coś, czym od dawna chciałbym się z tobą podzielić. Za dwa dni lecę ponownie do Kanady. Jeśli wszystko ułoży się po mojej myśli to na dłuższy czas wrócę do kraju przed świętami. 
Choć wiedziałam, że jego wyjazd i lot jest nieunikniony to jednak odczuwałam pewien lęk. Po 11 września tak wiele było niewiadomych, samoloty zbyt często spadały z nieba. I jeszcze te moje sny. Czasem nie przywiązywałam do nich żadnej uwagi, jednak były takie, które się sprawdzały. Prorocze sny? Sama nie wiem, przerażała mnie ta myśl, że wyśnię coś sobie, a to się może stać. Pożary, wypadki, katastrofy kolejowe, lotnicze. Tego było tak wiele, że czasem chciałam zupełnie odsunąć te myśli od siebie, jednak nie było to możliwe. Zdarzały się takie chwile, że śniła mi się jakaś osoba, zupełnie mi nieznana. Później dowiadywałam się, że była to czyjaś ciocia, wujek, dziadek i każde z nich właśnie zmarło.
I co ja biedna miałam począć? Jak odnaleźć się w takiej sytuacji, czy ktoś potrafiłby mi uwierzyć? Zapewne mogła być to „Strefa 11” pewnego programu. Tam pojawiały się „dziwne” osoby, opowiadano o niesamowitych miejscach i zjawiskach. Może kiedyś spróbuję. Teraz jednak postanowiłam odpalić laptopa, by zobaczyć, co ukrywa się w poczcie i co być może napisał Wiktor. 
Wśród pakietu różnych wiadomości ukrywały się dwie od niego. Oto objawiał się przede mną zupełnie inny człowiek. Nie wiem, czy zaskoczyło mnie to, co znalazłam w liście od niego. Może trochę, a może byłam zupełnie zaskoczona. Mimo wszystko chciałam wiedzieć o nim więcej i jeszcze więcej. Miałam wrażenie, że pisanie sprawiało mu przyjemność. Widać to było w treści opowiadania, jak to się mówi, lekkie pióro. 
Niesamowita historia małego chłopca, miejsce, z którego pochodził, imię jego żony. To wszystko było tak ekscytujące, iż nie potrafiłam w to uwierzyć. Taka bliskość, nazwisko, które było mi znane. W mojej głowie pojawiły się dwa wielkie pytania. 
Po pierwsze, o co właściwie chodzi z tym Edmonton? I drugie, bardziej intrygujące pytanie, Gdybyś była moją córką chyba miałabyś brata...?. Jak mam to rozumieć, czy Wiktor ma lub miał syna? Jeszcze o tym nie pisał, więc pozostaje zaczekać albo zapytać wprost. Jednak to drugie zasadniczo nie wchodziło w rachubę. Przecież go nie znałam, więc nie potrafiłabym tak po prostu wystrzelić z grubej rury. Zresztą byłoby to nietaktowne. 
Chciałam się na niego wściec, napisać mu, co o nim myślę, lecz nie potrafiłam. Miałam wrażenie, że poza mną nie ma obecnie nikogo. Czy mogłam go spotkać? Czy był w zasięgu ręki? Jakim był człowiekiem? To wszystko było ponad moje siły, dziesiątki pytań i ani jednej, konkretnej odpowiedzi. Dokąd mnie to zaprowadzi? 
Dziś nie byłam w stanie trzeźwo myśleć, ani tym bardziej cokolwiek do niego napisać. Leżałam na plecach i patrzyłam w sufit. Na korytarzu już dawno wszystko ucichło, pogaszono światła. To intrygujące stwierdzenie, Gdybyś była moją córką chyba miałabyś brata..., cały czas błąkało się po mojej głowie. Ponownie dopadł mnie pewien sen, znów był Robert, tylko... Byłam przerażona... 

Spacerowałam skrajem lasu, byłam uśmiechnięta, spokojna, promienie słońca drażniły oczy, wiatr rozwiewał czarne włosy. Szłam sama w wygodnych adidasach, jasnej kurtce, dżinsach. Można powiedzieć, że był to spacer po smacznym obiedzie. Beztroskie dni letniego urlopu spędzane nad ulubionym jeziorem. Nic nie zakłócało tej wspaniałej harmonii, lecz do czasu...
 
W pewnym momencie w tę leśną ciszę wdarł się przeraźliwy świst. Musiałam zasłonić uszy, aby pod natężeniem decybeli nie ogłuchnąć. Przez moment wielki cień przesłonił słońce, a chwilę później zza moich pleców wyłonił się ogromny, stalowy, jęczący ptak. Blacha ze zgrzytem zaczęła pękać. Do mojej świadomości wdzierała się cała masa pojedynczych dźwięków. Lewe skrzydło nagle, jakby było wykonane z papieru a nie ze stali łączonej tysiącami nitów, z potwornym hukiem odpadło. Kilka sekund później bezwładne, jednak nad ludzkim wysiłkiem kierowane, ogromne cielsko samolotu zaryło dziobem głęboko w ziemię. Miałam wrażenie, jakby pilot do ostatniej chwili próbował wylądować awaryjnie. Widziałam go oczyma duszy próbującego ostatkiem sił utrzymać jak najdłużej w powietrzu to wielkie monstrum szukającego zmęczonym wzrokiem dogodnego miejsca, aby choć spróbować posadzić maszynę, aby nie rozbić się w pobliskim miasteczku przynosząc śmierć nieświadomym ludziom. Dostrzegałam napięcie malujące się na jego spoconej i zdenerwowanej twarzy, gdzieś w tle drugiego pilota... Dopiero po dłuższej chwili uświadomiłam sobie, że dzięki przemyślanemu lądowaniu nie doszło do wybuchu. Chociaż nie miałam pewności, to jednak wiedziałam, że właśnie tak było. 
Siła uderzenia przygniotła mnie do ziemi. W powietrzu zawirowały tumany kurzu, a maszyna, co dopiero po dłuższej chwili mogłam zobaczyć, kiedy obolała stanęłam na własnych nogach, jak konserwa, została rozpruta na pół. To, co jeszcze przed chwilą było pustym polem przypominało teraz olbrzymie rumowisko, jakie przynosi ze sobą trąba powietrzna. Zmasakrowane ciała, rozrzucone na wiele metrów fotele, blachy, bagaże, różne ubrania, pojedyncze przedmioty, wielka ilość listów, które już nigdy nie dotrą do swoich adresatów. Zniszczone walizki i torby podróżne. I gdzieś w tym wielkim, tragicznym rumowisku na zniszczonym fotelu dostrzegłam piękną lalkę. 
Kucnęłam i przez chwilę się jej przyglądałam. Przypominała Barbie, jedną z takich, które ostatnio były w modzie. Przebój sezonu, ubrana w jaskrawy, zielony kombinezon, na nogach buty do nart. W spiętych włosach ukrywały się małe, delikatne, kolorowe gogle. Uśmiechnięta, taka żywa, a jednak nigdy nie biło jej serduszko. Choć jeszcze przed chwilą spoczywała na małych, drobnych kolanach pięcioletniej dziewczynki, wiedziałam, że już nigdy nie weźmie jej w swe małe dłonie, już nigdy nie będzie czesała jej włosów, już nigdy nie przygotuje przyjęcia dla jej przyjaciół. To małe, żywe serduszko zgasło na zawsze. W tym momencie świadomość tragedii dotarła do mego wnętrza i wywołała łzy wzruszenia. Nie płaczu, ale oczy nagle stały się takie mokre i ciężkie od łez. 
Ocierając je, ruszyłam przed siebie potykając się o różne rzeczy z nadzieją, że może właśnie dziś będę mogła kogoś uratować. W pewnym momencie dostrzegłam nazwę linii lotniczych - AIR CANADA. I coś zaczęło świtać w moje głowie, zaczęłam iść coraz szybciej. Uświadomiłam sobie dzień, godzinę. Czy mogła być to prawda? Czy tym samolotem właśnie dziś leciał jej...? 

Nagle przebudziłam się, serce galopowało jak stado pędzących koni, mokre włosy przykleiły się do poduszki, oddech, za którym nie mogłam nadążyć. Nic, poza szelestem nagich konarów za oknem, nie zakłócało ciszy nocy. I tylko ja w tym ciemnym pokoju z całą masą pytań, na które nikt nie mógł odpowiedzieć...


Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.