Google+ Followers

czwartek, 23 kwietnia 2015

Internetowa cela

XX
Wpadające przez okno promienie słońca drażniły bolące oczy. Nie potrafiłam uspokoić przyśpieszonego tętna, a żołądek podchodził do gardła. Bałam się tego, co dzisiejszej nocy widziałam, bałam się, że to, co mnie dotknęło, może zdarzyć się naprawdę. 
Co powinnam zrobić? Czy w ogóle powinnam coś robić? Przecież to był tylko sen, ale jeśli chodzi o mnie, zbyt często się sprawdzał. No i osoba Roberta, pewne obrazy, numer lotu. To wszystko było takie rzeczywiste. Czy jeśli mu o tym powiem, uwierzy mi? Zrozumie i przełoży lot a może uzna to za świetną historię i zbagatelizuje sprawę. 
Dziś miał mnie odwiedzić, obiecał opowiedzieć coś interesującego, może będzie okazja, aby mu wspomnieć, co mi się śniło. Tylko nie wiem, czy się odważę. Skoro jednak go kocham...? To słowo pierwszy raz pojawiło się w moim umyśle, w tym konkretnym odzwierciedleniu, jakim była osoba Roberta. Muszę się przyznać, że ta myśl mnie zaskoczyła, a jednocześnie bardzo uradowała. Gdzieś tam były pewne przebłyski uczucia, ale jak dotąd nie potrafiłam nazwać go po imieniu. 
Leżąc w łóżku już po smacznym śniadaniu ponownie czytałam korespondencję, jaka dotarła od Wiktora. Dopiero w szpitalu uświadomiłam sobie, jak bagatelizowałam wcześniej właściwe odżywianie. Od trzech dni były to pożywne posiłki o stałych porach. Przedtem śniadania prawie wcale nie jadłam, bo nie miałam na nie ochoty lub nie miałam już czasu. W pracy na śniadanie była kawa, później druga, jakaś bułka, może owoc. Czasami pojawiał się konkretny obiad, jednak w przewadze był „Chińczyk”, pizza, jedzenie z Maca i inne dziwolągi. Raz na jakiś czas właśnie ten konkretny obiad jadłam z Martą, gdyż bardzo lubiła coś smacznego dla nas ugotować, czasem też obiad z klientem. Były też obiady lub kolacje, na które zapraszał mnie ten lub inny amant, ale sytuacje te nie wpływały na całokształt. Postanowiłam gruntownie zadbać o siebie, albo pozwolić zrobić to komuś. Miałam nadzieję, że tym Kimś będzie Robert. To byłby najlepszy prezent pod choinkę. 
Ale wracając do Wiktora, to faktycznie trafiłam w dziesiątkę. Miał ponad pięćdziesiąt lat! Czy faktycznie znał moich rodziców? Przy najbliższej okazji zamierzałam to sprawdzić, teraz jednak nie wiedziałam, co dalej począć. Czy dać sobie spokój i zakończyć tę zabawę, która zasadniczo okazała się niewypałem, czy też pociągnąć to dalej i zobaczyć, jaki będzie finał? Lubiłam ryzyko, więc postanowiłam zagrać vabank. Miałam wrażenie, że chce się podzielić z kimś swoim życiem, może jest to pewna forma spowiedzi i oczekiwanie na naukę, rozgrzeszenie i pokutę. Mniej interesowało go chyba moje życie i moja osoba, choć prawdopodobnie odnalazł we mnie bratnią duszę. Jeśli tak, chętnie poznam twoją historię Wiktorze. 
I to Edmonton, co ukrywał? Co miał mi do powiedzenia? Moje rozmyślania przerwała znajoma głowa w drzwiach.
- Witaj Księżniczko!
- Jak mnie nazwałeś? Jakie piękne kwiaty! Dziękuję!
- Moją Księżniczką. Cała przyjemność po mojej stronie, twój uśmiech jest najlepszym podziękowaniem. Czy mogę tak się do ciebie zwracać? Dziś, gdy jechałem do ciebie wpadłem na to.
- Czy możesz? Cóż za pytanie, bardzo proszę. Pocałuj mnie Robercie, zapomniałam już smak twych ust.
Laptop powędrował na stolik, a on nie dość, że mnie pocałował, to położył się obok mnie i tak przez chwilę spleceni oddawaliśmy się słodkim pocałunkom, grze języków, słodkiej grze miłości. To było cudowne!
- Przepraszam Iwonko, nie powinienem.
- Nie ma za co przepraszać, cała przyjemność po mojej stronie. Proszę częściej mnie tak czule witać!
- W porządku. Jak się czujesz?
- Dobrze, coraz lepiej. Muszę się przyznać, że te kilka dni bardzo mi pomogły. Kolejne zapewne sprawią, że wrócę do formy i zacznę dbać o swoją szanowną osobę. Dopiero teraz zauważyłam, jak bagatelizowałam pewne sprawy, pobyt w szpitalu wyraźnie mi to uzmysłowił. A co u ciebie? Kiedy masz lot?
To pytanie zadałam z lekką nieśmiałością, nie akcentując moich obaw i strachu, jaki ogarniał mnie na samą myśl tego lotu. Może to będą inne linie, inny numer lotu. Może...
- Lecę w piątek do Edmonton liniami AIR CANADA. Numer lotu, chyba 287.
- A czy nie mógłbyś przełożyć lotu? Może jakiś następny? (Wielka żarówka zapaliła się w mojej głowie, jednak starałam się mówić spokojnie, mimo wszystko nie wspominając o śnie)
- Czy coś się stało? Jesteś zdenerwowana.
- Nie, wszystko w porządku, ale mam dziwne przeczucie, że coś się może stać. No wiesz, jakaś katastrofa...
- Chciałbym, ale jest pewne spotkanie, którego nie mogę przełożyć. Spotkanie, które finalizuje prawie całą inwestycję, w ten sposób być może będę mógł wrócić do ciebie na znacznie dłużej. Bardzo tego pragnę, spędzić te święta z tobą, jest oczywiście również mama, później Sylwester, a gdzieś po drodze chyba twoje urodziny? Więc sama widzisz, że od tego lotu tak wiele zależy.
- Tak, moje urodziny, nawet o tym nie myślę. Pamiętasz datę?
- 28 grudnia
- Zgadza się mój drogi Przyjacielu.
- Kocham cię Księżniczko – powiedział to spokojnie, ale dopiero po chwili dotarła do mnie sentencja tych słów.
- Ja też cię kocham, przyznam się, że dziś to sobie uzmysłowiłam. Mówiłeś o mamie, a co z twoim tatą? Przepraszam, nie powinnam pytać...
- W porządku, właśnie o tym chciałem ci dziś opowiedzieć zanim wyjadę. Mam wrażenie, że gdy podzielę się tym z tobą będzie mi lżej. Może razem uda się nam znaleźć rozwiązanie tej dziwnej sytuacji?
- Jeśli tylko będę potrafiła pomóc, wiesz, że możesz na mnie liczyć.
Widziałam skupienie na jego twarzy. Dopiero teraz zdjął kurtkę, nalał wody do wazonu i włożył kwiaty. Przez chwilę stał zamyślony i patrzył przez okno na młodą jeszcze zimę. Trochę śniegu, lekki mróz. Po chwili dotarły do mnie jego słowa. Przez jakiś czas mówił stojąc, później nie przerywając usiadł w fotelu wziął moje dłonie w swoje i tak patrząc mi w oczy kontynuował swą opowieść.
- Kiedyś Iwonko pytałaś, czy znam jakiegoś Wiktora? Pamiętasz? Wtedy odpowiedziałem jednoznacznie, jednak to nie była do końca prawda. W moim rodzinnym miasteczku stoi pewien kościół. Mały, drewniany, ale bardzo stary. Ciekawostką jest, że fundatorem dzwonu był król, którego nazwisko posiadam. Robert Sobieski. Jednak chyba nic mnie z nim nie wiąże, właśnie poza tym nazwiskiem. Ale wracając do tematu, Wiktor Sobieski był moim ojcem...
Tutaj przerwał, a w jego oczach pojawiły się dwie mały łzy, które powoli spłynęły po policzkach. W mojej głowie po raz kolejny zapaliła się wielka żarówka – Wiktor Sobieski? Czy mógł być to przypadek, czy też coś ich łączyło? Wiktor pisał o swoim, rodzinnym Wiśniowcu, jednak ja nigdy nie spotkałam tam Roberta. Ale może tak właśnie miało być, a może mieszkał w zupełnie innym miejscu. Gdybyś była moją córką chyba miałabyś brata...? To pytanie ponownie się pojawiło. O co tu chodzi? Ścisnęłam go mocniej za rękę.
- Jeśli nie możesz opowiadać, możemy to przełożyć?
- Chciałbym mieć to już za sobą. Ten ciężar od bardzo dawna mnie przygniata, być może, kiedy opowiem poczuję się lepiej. Chcesz się czegoś napić? Idę po Fantę do automatu.
- Może Sprite, dzięki.
Robert wyszedł na korytarz, a ja odetchnęłam z ulgą. Zbyt wiele wrażeń, zbyt wiele niewiadomych. Leżałam na łóżku, oddychałam spokojnie i patrzyłam na sufit. To pomagało, taka osobista forma medytacji.
- Sprite dla pani, bardzo proszę.
- Dzięki.
Przez chwilę milczał pijąc Fantę.
- Miałem dwa lata, kiedy zginął w wypadku, więc właściwie go nie znałem. Gdy byłem już dużym chłopcem powiedziała mi o tym mama. I choć przez wiele lat w to wierzyłem, jednak w którymś momencie uświadomiłem sobie, że coś jest nie tak. Nigdy nie odważyłem się zapytać, sądzę jednak, że on żyje. Podobno zginął gdzieś daleko, więc nie było jego grobu. Z całą pewnością nie na miejscowym cmentarzu. Mama nigdy go nie wspominała, jakby w ogóle nie istniał, a ja nie pytałem. Gdy przyjeżdżam do Wiśniowca zawsze czuję się dziwnie.
- Czy mówiłam ci Robercie, że ja też pochodzę z Wiśniowca?
- Nie, a to ci niespodzianka. Przy jakiej ulicy stoi twój dom?
- Przy Jasnej.
- A mój przy Brzozowej, lecz w Pustyszowie. To raptem pięć kilometrów, z Wiśniowca pochodzi moja mama.
Już miałam zapytać, jak ma na imię, lecz się powstrzymałam. Może później przyjedzie na to pora. Chyba nie chciałam go niepokoić swoimi przypuszczeniami, lecz coś tu zaczęło się układać w konkretną całość. Po chwili ciszy Robert kontynuował swoją opowieść.
- Być może porzucił nas, dlatego mama wymazała go ze swego życia. Sam nie wiem, jednak chciałbym poznać prawdę, choć nie wiem, czy odważę się zapytać. Może przypadkiem coś wypłynie, może kiedyś go odnajdę. Teraz, gdy opowiedziałem o tym będzie mi lżej. Już dawno chciałem się z kimś tym podzielić, jednak nigdy nie trafiłem na odpowiednią osobę.
- Będzie dobrze, tak myślę, tak czuję Robercie. – Być może byłam w stanie mu pomóc, jednak musiałam poznać całą historię Wiktora, aby mieć pewność.
Przez chwilę oddawaliśmy się słodkim pocałunkom, posiedział ze mną jeszcze jakiś czas i wyszedł. Jutro miał odebrać mnie ze szpitala i zawieść do mojego mieszkania, pojutrze o 8:30 miał lot do Kanady. 
Pozostawała kwestia odpisania do Wiktora, który zapewne czekał już na moje wieści. Zamierzałam być stanowcza i nawrzucać mu za zwodzenie mnie, jednak nie potrafiłam się na niego gniewać. 

             „Witaj Wiktorze, 

Dziękuję serdecznie za tak wielką ilość interesującej treści. Muszę się przyznać, że przez chwilę nie wiedziałam, co myśleć. Powinnam być zła na Ciebie, wściekła, obrażona za zwodzenie mnie, jednak jestem daleka od tych myśli. 
Dziękuję za ciepłe słowo, życzenia zdrowia, które ostatnio troszkę mnie zawiodło. Jednak to przez moje zaniedbanie pewnych, oczywistych spraw, typu właściwe odżywianie się. Krótki pobyt w eleganckiej klinice pozwolił mi nabrać sił, odetchnąć od problemów i stresu, jakie niosła ze sobą w zasadzie bardzo interesująca praca. Jutro wracam do domu i czeka mnie jeszcze kilka dni zwolnienia lekarskiego. 
Choć zżera mnie ciekawość i chciałabym zapytać o wiele spraw pozwolę Ci jednak kontynuować Twoją opowieść wedle Twojego uznania. Bardzo dobrze czyta mi się Twoje słowa, mam nadzieję, że z czasem cała ta skomplikowana układanka zostanie ułożona. Mam wrażenie, że jestem pierwszą osobą, której chciałbyś to wszystko opowiedzieć. Muszę się przyznać, że czuję się wyróżniona. Nie traktuję Twojej opowieści, jak spowiedzi, raczej jak zwierzenia przyjaciela, które potrzebuje wsparcia i ewentualnej pomocy.” 

Tutaj ciszę panującą w pokoju zakłócił znajomy dźwięk. Tym razem napisała do mnie Marta, Kochana przyjaciółko, bardzo za Tobą tęsknię, bez Ciebie to mieszkanie jest takie puste. Czekam na Twój wesoły uśmiech i dobre słowo, a jutro z dobrym obiadem. Marta. Takie słowa potrafiły wlać do serca tak wiele pozytywnych uczuć. Miło było wiedzieć, że ktoś na tym świecie za mną tęskni. Rodziców o tym zdarzeniu nie powiadomiłam, bo nie chciałam ich niepokoić. Oto poprosiłam również swoich znajomych, aby broń Boże komuś się nie wyrwało, że Iwona trafiła do szpitala. Wszystko było OK, więc przemilczmy ten temat. Powróciłam do listu, jaki pisałam do Wiktora. 

„Za moim oknem młoda zima, leży trochę śniegu, kilka stopni mrozu. Kończy się listopad, już czuć święta, już widać je w sklepach i na wystawach. Tak wiele świateł, choinki, girlandy, Mikołaje i cała ta piękna otoczka. Pisząc o Wiśniowcu sprawiłeś mi wielką niespodziankę. Również Pustyszów jest mi znany. To miłe uczucie korespondować z kimś, kto mieszkał i wychował się w tej samej okolicy. 
Czekam na kolejne Twoje słowa, mów o tym, czego nie piszesz, pisz o tym, czego nie mówisz. My oczywiście nie rozmawiamy, ale może kiedyś do tego dojdzie. Chciałbyś usłyszeć mój głos? Mam nadzieję, że w jakiś sposób będę mogła Ci pomóc. Wierzę w to Wiktorze. 
Uważaj na Siebie. 

                                                                                                      Iwona”

Jako że jutro nie będzie go w pracy, wieczorem wpadł Ziółko, aby się pożegnać. Zrobił to z taką gracją, że aż się uśmiechnęłam, przyniósł też kwiaty. Oczywiście prosił, gdyby coś się działo, dzwonić jak w dym. Zawsze znajdzie dla mnie czas. To było bardzo miłe. Podziękowałam za wszystko. 
Nadchodzący sen tym razem nie przyniósł żadnych niespodzianek. Spałam jak dziecko nieskażone dziwnymi myślami, które zbyt często męczyły umysł. Równy oddech, spałam snem sprawiedliwego tę ostatnią noc w tym obcym miejscu.

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.