Google+ Followers

piątek, 8 maja 2015

Internetowa cela

--@- @ -@-- 


Dzień za dniem mijał tak wolno. Pojawiła się „młoda zima”, jak to napisała Iwona, lecz ta zima za moim oknem nie była wcale taka młoda. Kilka stopni mrozu, mocny, porywisty wiatr, który przerzucał olbrzymie ilości śniegu, tworząc głębokie zaspy. Miałem nadzieję, że nie nadeszła jeszcze ta prawdziwa zima. W najbliższym czasie nie wybierałem się na narty, więc dla mnie mogła nie istnieć. Być może przestałem ją lubić, kiedy jako dziecko dotarłem bardzo zmęczony do Pustyszowa, gdy mało brakowało, a zasnąłbym na zawsze, gdzieś w polu lub w starym lesie. Ten lęk pozostał do dzisiaj. 
Właśnie w wieku siedmiu lat pierwszy raz spotkałem Klaryskę. O tym zamierzałem rankiem opowiedzieć Iwonie, o wielu spotkaniach z moją, przyszłą żoną. Poza tym bardzo ucieszył mnie fakt, że chciała poznać moją historię, chciała jej wysłuchać do końca. Czy chciałbym kiedyś usłyszeć jej głos? Nad tym nie musiałem zupełnie się zastanawiać, wiele bym dał, aby pojawiła się taka możliwość. Spotkanie twarzą w twarz to było marzenie, które chyba nie mogło się spełnić, jednak kto wie, kto zgadnie, co kielich ukrywa na dnie? Tak, tego nie mogłem być pewien, jednak brałem pod uwagę taką ewentualność, że oto pewnego dnia zastuka do mych drzwi. 
Kiedyś, dawno temu, gdy byłem jeszcze małym brzdącem, mama w takie właśnie długie, zimowe wieczory opowiadała mi bajki. Jedną zapamiętałem szczególnie i teraz, kiedy za moim małym oknem panowała ciemność, gdy wiatr hulał niemiłosiernie tnąc po twarzy kawałkami lodowych drobin, właśnie ta bajka, a może raczej pewna opowieść, powróciła do mnie jak bumerang. W pewien sposób była to historia mojego życia, jednak nie wiedziałem, jakie będzie jego zakończenie. Czy takie, jak w tej opowieści? Czy będzie mi kiedyś wybaczone? Czy jest to możliwe? 
Leżałem w tej małej samotni słysząc równy oddech mojego towarzysza z celi i płakałem. Dorosły człowiek, który czuł się tak nieporadny, jak mały brzdąc stawiający swoje pierwsze kroki... 

Czas w szczególny sposób układa tę dziwną historię, komponuje na liściach jesienną muzykę, sprawia, że ostatnio niebo ma inny kolor, a liście pod nogami szeleszcząc, sprawiają przyjemność. Zaiste dziwna to historia, bez początku i bez końca, bez dnia i bez nocy, bez zła, pełna jest jednak dobra, w poszukiwaniu którego obecnie wyruszam z tobą Wiktorze, w daleką drogę.
Za mym oknem dostrzegam księżyc rozświetlający mroki nocy, szukam dobrych słów, aby ją opisać. Wiem, że gdzieś tam w tej ciemności świecą zielone kocie oczy dostrzegające zupełnie inny świat. Nie bajka to lecz opowieść wędrowca, starca, który przez lata na swych nogach poznał wiele wsi i miast, dostrzegał ból i cierpienia, chłód, niedostatek, wiedziony instynktem przetrwania docierał do umysłów chorych ludzi niosąc im wsparcie, otuchę, dzieląc się kromką chleba, dzielił się też dobrym słowem. Żył w zgodzie z naturą, czerpał z niej energię, dostrzegał jej uzdrawiające właściwości, wiedział, że las daje siłę, pozwala przetrwać, dzieląc się swoimi darami. On to wiedział i tego uczył innych, także tego, jak łapać ryby, jak leczyć rany. Był jak znachor, a jednak nim nie był. W sile wieku podziwiał otaczające go piękno, unikał walki, nie bał się jej, lecz nie była ona w zgodzie z jego naturą. Starał się dobrem zjednywać sobie ludzi, jednocześnie przyjmując na siebie ciężar zła skierowany w ich stronę. Był jak dobry pasterz dbający o swoje owce. Kim był, gdzie żył, czy żyje jeszcze w naszych umysłach? 
Mówiąc te słowa staram się pobudzić cię do poszukiwań tego człowieka. Czy jesteś w stanie go odnaleźć? Czy kogoś ci on przypomina? Bezimienny, ale posiadający wiele imion, zwykły człowiek tchnięty przez życie szczególnym darem, a może tylko dobrym charakterem, stroniącym od wad i złego postępowania. 
Kiedyś spotkał pewną dziewczynę z biednej, pobliskiej wsi. Nie miała więcej niż dziesięć lat, ale posiadała już mądrość dorosłego, wykształconego człowieka. Znała swoje przeznaczenie, wiedziała, że Bóg wybrał ją w szczególnej misji. Nie wiedziała, jak się zakończy, chyba nie wiedziała, że aż tak tragicznie jednak natchniona przez Niego rozpoczęła również swoją, wielką misję. Człowiek ten czuł, że jej siła jest wielka, wiedział też, że spotka ją tragiczny los, ale nie mógł temu zapobiec...
Bezimienny wędrowiec, który zawsze potrafił pomóc, zawsze służył dobrą radą, zawsze pełen optymizmu i radości, tym razem był bezradny. Mimo, iż wiedział, jaki okropny los czeka dziewczynkę, jak bardzo będzie cierpieć, gdy dojrzeje i wkroczy w dorosłe życie, nie potrafił jej pomóc. Ta beznadziejna sytuacja miała jednak szansę zmiany. Gdyby owa szansa została wykorzystana, życie małej mogłoby całkowicie się odmienić. Starzec wiedział, co to za szansa i postanowił zrobić wszystko, aby zmienić przeznaczenie cudownej istotki, na której, nie wiedząc dlaczego, tak bardzo mu zależało. 
Czym była ta szansa, o której wiedział tylko starzec? Aby odpowiedzieć na to pytanie musimy poznać przeznaczenie dziewczynki, a dokładnie to, co sprawiło, że była tak wyjątkowa. Zapewne nie był to jej wygląd. Jako dziecko niczym nie różniła się od swoich rówieśników. Wyglądem przypominała małego aniołka. Cera blada jak płatki białej róży, wysuszona i wątła sylwetka. Jedynie wyróżniały ją w tłumie jej ogromne, krystaliczno błękitne oczy, w których można było utonąć. Pięknie wyróżniały się wśród niesfornych blond kosmyków opadających bezustannie na czoło. Dopiero, kiedy dorosła, jej postać całkowicie się zmieniła. Z brzydkiego kaczątka wyrosła piękna, subtelna, pełna wdzięku kobieta, której oczy nabrały jeszcze bardziej wyrazistego kształtu, przyciągając spojrzenia innych. Jednak nie to było najważniejsze, od dziecka wyróżniało ją dobre, pełne ciepła i oddania na krzywdę innych serce. Każdy, kto przebywał w jej towarzystwie, odbierał promieniujące od niej dobro, spokój, jej spojrzenie gasiło troski, pozwalało ulecieć cierpieniu. 
I oto nadszedł czas, kiedy będzie musiała zmierzyć się z własnym przeznaczeniem. Kochając wszystkich, nienawidziła tylko jednej osoby. Tej, która po śmierci matki oddała ją do klasztoru na wychowanie obiecując rychły powrót. Jednak lata mijały, a oczekiwany ojciec nie wrócił. Nie mogąc pogodzić się ze śmiercią ukochanej żony, tułał się po świecie bojąc się spojrzeć w oczy ukochanej córki, bojąc się, że nie znajdzie w nich przebaczenia. Jednak czuł, że jego dni są już policzone, a odchodząc do Pana chciał oczyścić własne sumienie, chciał prosić o przebaczenie. 
Wrócił teraz jako bezimienny wędrowiec. Pomimo całej swej dobroci jaką dawał innym zabrakło jej dla własnej, porzuconej córki. Szansą dla niej była bolesna prawda. 
Dziewczyna czuła, że wędrowiec jest jej w jakiś sposób bliski. Jeszcze nie wiedziała jak, ale miała świadomość, że jest coraz bliżej prawdy. Odnajdywała w jego spojrzeniu, w jego zmęczonych, starych oczach swoje własne. Te same błękitne oczy, w których można utonąć, te same rysy nosa, zarys twarzy. I dobroć, która biła z jego serca.
Miała świadomość, że chce jej coś powiedzieć, jednak brakowało mu słów, a może coś przed nią ukrywał. Może bał się, iż wypowiedziane słowa mogą ją zranić? Jaką straszną tajemnicę mógł ukrywać? Czy mógłby być to jej...? Nie, tego nawet nie chciała brać pod uwagę, jednak świadomość, że oto po wielu latach powrócił do niej ojciec, bardzo ją przestraszyła, ale chyba też, gdzieś tam głęboko wzruszyła. Choć mówiła sobie, że tak bardzo go nienawidzi, to jednak wciąż tak bardzo go kochała. 
Starzec wiedział, że jego córka już wie, kim jest. Dostrzegł to w jej spojrzeniu, w jej wzroku wpatrzonym w jego starą, przeoraną zmarszczkami twarz. Wiedział też, że teraz może spokojnie odejść do Pana.
Dziewczyna przytuliła do siebie ukochaną głowę ojca. Jego siwe włosy opadały mu na ramiona, serce biło miarowym, jednostajnym rytmem człowieka szczęśliwego. Gdy tak siedzieli spokojnie, w ciszy, której nie zakłócały żadne dźwięki poranka, patrząc na budzący się dzień, usłyszała wypowiadane cicho dwa proste słowa: - Wybacz mi... 
Delikatna łza popłynęła po jej policzku, a bijące spokojnie serce starca nagle zamarło, uderzyło jeszcze raz i już na zawsze się zatrzymało.

--@--@- @ -@--@--


Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.