Google+ Followers

poniedziałek, 18 maja 2015

Internetowa cela

XXII
Oczekiwałam przyjazdu Roberta ubrana i gotowa do drogi.
- Widzę, że pani jest już gotowa. Dyliżans podjechał, bardzo proszę.
- Witaj kochanie, jakże miło cię widzieć. Już nie mogłam się doczekać. – Pocałowałam go czule.
- Ja również Iwonko, poproszę o jeszcze jeden, słodki pocałunek i może jeszcze jeden i jeszcze...
- Dobra, dobra, zostawmy sobie te zabawy na później. Jesteś już spakowany?
- Dużo tego nie było, ale tak. Jutro 8:30, ale chodźmy już.
Objął mnie ramieniem, w drugą dłoń wziął moją torbę. Wyszliśmy na chłodne powietrze tego grudniowego dnia, w zasadzie pierwszego dnia grudnia. Poczułam się taka lekka, jednocześnie chyba trochę zakręciło mi się w głowie.
- Dobrze się czujesz?
- Tak, w porządku, to tylko ten pierwszy oddech świeżym, zimowym powietrzem.
Objął mnie jeszcze mocniej, jakby bał się, że zniknę i zaprowadził do samochodu. Usiadłam, wzięłam od niego torbę, w której ukrywał się przede wszystkim mój kochany laptop.
- Powiem tylko, że kilka osób czeka już na ciebie.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę.
W mieszkaniu zostałam gorąco przyjęta, jakbym wróciła z kilkuletniej podróży, a nie po kilku dniach pobytu w klinice. To wszystko było takie miłe. Wiktoria i Piotr, Marta oraz Robert od pewnego czasu byli mi najbliżsi. Oczywiście była rodzina, ale tu, w stolicy to na nich mogłam zawsze liczyć. 

Popołudnie a także wczesny wieczór upłynęły nam na wesołych rozmowach, wielu opowieściach, kawałach i dowcipach. Strogonow z sałatą i ziemniakami był super, do tego czerwone wino, później deser, kawa, herbata, małe, wyborne ciasteczka. Tak to w skrócie wyglądało. 
Biorąc pod uwagę fakt, że Robert miał lot wcześnie rano, po wrześniowych wydarzeniach odprawy bardzo się przedłużały, doszliśmy do wniosku, że nie powinnam ryzykować nawet tej krótkiej wycieczki na lotnisko, a później sama wracać. Niby nic wielkiego, a jednak uległam jego prośbie. Na jakiś czas zaszyliśmy się w moim pokoju, by czule się pożegnać, poszeptać sobie do ucha, poprzytulać się, nacieszyć się sobą jeszcze trochę. Robert oczywiście obiecał zadzwonić, jak tylko wyląduje. Pozostała trójka tylko się wesoło uśmiechnęła, gdy wróciliśmy do stołu.
Pozostała trójka tylko się wesoło uśmiechnęła, gdy wróciliśmy do stołu. 
Później pomogłam Marcie ogarnąć ten mały chaos i po dniu pełnym wrażeń poczułam się bardzo zmęczona. Przed snem chciałam jednak sprawdzić jeszcze pocztę, a przede wszystkim zobaczyć, czy napisał do mnie Wiktor. Bardzo się ucieszyłam, gdy znalazłam od niego list, który przybliżył mi kolejne etapy jego pełnego doznań życia – tego przynajmniej teraz mogłam się tylko domyślać. 

Droga Iwono, 

Nawet nie wiesz, jak miło jest czytać Twoje słowa. Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej, a po małym kryzysie powróciłaś do pełni sił, czego z całego serca Ci życzę. Wnosisz do mego smutnego życia tak wiele radości, niesiesz pociechę, wsparcie na nowy, jeszcze lepszy dzień. 
Pytałaś, czy chciałbym usłyszeć Twój głos? Nad tym nie musiałem się zastanawiać, wiele bym dał, aby pojawiła się taka możliwość. Spotkanie twarzą w twarz, to było marzenie, które chyba nie mogło się spełnić, jednak, kto wie, kto zgadnie, co kielich ukrywa na dnie? Tak, tego nie mogłem być pewien, jednak brałem pod uwagę taką ewentualność, że oto pewnego dnia zastukasz delikatnie do mych drzwi, staniesz na progu i uśmiechniesz się do mnie. To było tylko słodkie marzenie, które zasadniczo mogłem odłożyć na bok. 
Za mym oknem równie młoda zima, jednak chyba trochę się różni od tej, którą masz w Warszawie. Zapewne nie wieje porywisty, mocny wiatr, który potężne masy śniegu przerzuca, jakby zdmuchiwał mąkę ze stołu. Do tego tak wiele drobinek lodu, które ranią Twoją twarz, gdy idziesz pod wiatr. Wszystko tu jest takie inne, niż w moim rodzinnym kraju. 
Pominę jeszcze przez jakiś czas opis miejsca, w którym żyję, otaczającego mnie krajobrazu. Mam nadzieję, że mi wybaczysz, jednocześnie dziękując za umożliwienie mi poprowadzenia tej opowieści swoim, naturalnym rytmem. Chciałbym jednak zapewnić, że Twoja cierpliwość Droga Iwono, zostanie wynagrodzona. 
Tym razem idąc z Tobą przez stary las, który okrywa nas swym cieniem w upalny, letni dzień chciałbym opowiedzieć, jak poznawałem Klaryskę, jak się do niej zbliżałem. Wreszcie dotrzeć do momentu, w którym została moją żoną. Jednocześnie prześledzimy moje życie od momentu, kiedy mało brakowało, abym zasnął gdzieś w polu lub lesie, gdy pewnego, zimowego dnia wracałem do Pustyszowa. Pamiętasz opowieść o siedmioletnim chłopcu? Tak, wtedy naprawdę było blisko do tragedii, a rodzice nie wiedzieli, co ze mną zrobić, gdy przerwałem w dramatyczny sposób seans filmowy w sali remizy strażackiej. Nie pamiętam, jak tam dotarłem, kto lub co sprawiło, że nie zabrakło mi sił, by brnąć dalej. 
Jakiś czas później powstało kino w Wiśniowcu. Ktoś wpadł na ten genialny pomysł, bo do tej pory takie objazdowe było jednak rzadkością w naszej okolicy. Na ogół raz w miesiącu, lecz i to nie było regułą. Twórcą kina w Wiśniowcu był człowiek pokroju Jana Englerta, który zagrał Mundka w serialu „Dom”. Pamiętasz jego rolę? Człowiek żądny sukcesu, animator srebrnego ekranu, dla niego nie było rzeczy niemożliwych. Kiedyś był moim kolegą z podwórka, Miciński. Wiesław Miciński, zwany potocznie Szpula. Zastanawiam się, czy dalej mieszka w Wiśniowcu, choć kina pewnie już nie ma? 
Ale wracając do Klaryski, to jej rodzinny Wiśniowiec był Mekką, tam najczęściej podążaliśmy. W pierwszej kolejności do cukierni, którą prowadzili Jej rodzice, gdzie można było znaleźć wprost nieziemskie kremówki i całą masę innych ciastek. Tam też krzyżowały się drogi z Pustyszowa, Cierpiętnik, Iwania, Kostrynia i wielu innych miejscowości. 
Kino było już szczytem szczęścia. Czegoś podobnego nikt nie mógł sobie wymarzyć i wtedy zacząłem częściej gościć w Wiśniowcu i częściej widywać Klaryskę. Jako kilkuletni chłopiec z początku nie zwracałem uwagi na moją rówieśniczkę. Bawiliśmy się często we wspólnym gronie, czasami na Jej prośbę dostawałem kremówkę extra, czasami przesyłała mi miły uśmiech i zasadniczo to było wszystko.
Tak upłynęło kilka lat. Pewnego, letniego dnia uświadomiłem sobie, że bardzo mi się podoba. Siedziałem, jak zawsze w cukierni z kolegami, jedliśmy ciastka popijając lemoniadą, gdy weszła dziewczyna, której wcześniej nie znałem. Prawie kobieca sylwetka z lekkimi krągłościami, które wścibskim chłopakom bardzo się podobały, sukienka w żółte kwiatki, białe pantofelki i bardzo fikuśne warkoczyki. Choć nadal pojawiały się kremówki extra, to jednak teraz musiałem zabiegać o Jej względy, gdyż na mej drodze stanął Grzesiek, z którym spędzała w sumie dużo czasu. Zacząłem być zazdrosny, a jednocześnie starałem się robić wszystko, aby zwróciła na mnie uwagę. 
Przestałem włóczyć się z chłopakami, jeśli tylko mogłem pomagałem w kinie, gdzie lubiła przychodzić, pomagałem Jej tacie w cukierni, zamiatałem teren, grabiłem liście, a nawet podkładałem zbierane ukradkiem na łące kwiaty. Robiłem wszystko i już miałem dać za wygraną, gdy pewnego dnia zapytała, czy nie chciałbym wybrać się z nią na wycieczkę rowerem. Nie wiedziałem, że tydzień wcześniej Grzesiek wraz z rodzicami przeprowadził się do Białegostoku. 
Warto również dodać, że w związku z Klaryską znacznie więcej czasu spędzałem w Wiśniowcu niż w rodzinnym Pustyszowie. Szkołę ukończyłem z wyróżnieniem, o dalszej nauce chwilowo nie mogło być mowy, więc rodzice przymykali oko. A ja korzystałem z wolności do woli pedałując codziennie z wiatrem w uszach do Pustyszowa na pożyczanym rowerze. Swego czasu Klaryska dostała nowy rower od taty na urodziny, więc wycieczka mogła się odbyć. 
W sobotni poranek pojechaliśmy przed siebie bez określonej trasy. Tak, jak nas prowadziły drogi i dróżki, polne dukty i leśne przecinki. Była piękna pogoda, wiał delikatny wiatr, było tak cudownie, jak nigdy dotąd. Z początku mało rozmawialiśmy, gdyż oboje byliśmy skrępowani obecnością drugiej osoby, jednak po południu byliśmy sobie bardzo bliscy. Dosyć szybko udało się przełamać lody, rozmowa zaczęła się kleić. Pojedyncze wyrazy, zdania, a nawet dłuższe wypowiedzi. Tak wiele nas łączyło. Na obiad dotarliśmy do Jej cioci, która przyjęła nas gorąco. Przez godzinę leżeliśmy w sadzie, na zielonej trawie i oglądaliśmy piękne niebo, a także wspaniałe figury, jakie potrafiły utworzyć chmury. Wtedy po raz pierwszy, jeszcze dosyć nieporadnie, pocałowałem dziewczynę. 
Powrót do domu był troszkę męczący, gdyż do cioci mieliśmy spory kawałek, a jeszcze pozostawała droga w drugą stronę. Mimo wszystko zadowoleni dotarliśmy do Wiśniowca, na pożegnanie Klaryska poprosiła, abym raz jeszcze Ją pocałował. 
Do domu wracałem jak na skrzydłach. Zakochałem się! 
W wieku czternastu lat świadomość tego słowa jeszcze tak mocno do mnie nie docierała, jednak potrafiłem nazwać pewien szczególny stan, w jakim się znalazłem. Od tego dnia zaczęliśmy się już systematycznie widywać. Chodzić do kina, na wycieczki, nawet udało się nam wybrać do Białegostoku. Każde z nas czuło się z drugą osobą bardzo szczęśliwe. Dostrzegało to również otoczenie, nasi rodzice. Gdzieś w tym wszystkim była praca w polu, wspomaganie rodziny i rodzeństwa, jazda na ciągniku wuja i pomoc na innych polach. Byłem pełen werwy, pełen pozytywnych emocji, jednocześnie byłem człowiekiem wierzącym. Chodziłem na msze, przez jakiś czas byłem również ministrantem. Nikt nie mógł powiedzieć o mnie złego słowa, byłem przykładem uczynnego, zaradnego, młodego człowieka.
Czas mijał, nic szczególnego się nie działo. W pewien wrześniowy wieczór odkryliśmy magię naszych ciał. Było to doznanie dziwne, a jednocześnie bardzo szczególne. Wtedy pierwszy raz poszliśmy, jak się to mówi potocznie, „na całość”. Wtedy mieliśmy już po dwadzieścia wiosen. Szukaliśmy ustronnych miejsc, znikaliśmy w stodołach, na łąkach zaszywaliśmy się w wysokiej trawie. Kochałem Klarysę, teraz już piękną, młodą kobietę, Ona kochała mnie. Dzień po moich 21 urodzinach wzięliśmy ślub, a Wiśniowiec nigdy nie przeżywał tak hucznej uroczystości. Wiejskie wesele trwało prawie trzy dni. Byliśmy tak bardzo szczęśliwi. Zamieszkaliśmy w małym pokoju w Pustyszowie, choć istniała możliwość, abyśmy zamieszkali z rodzicami Klarysy. 
Postanowiliśmy jednak z marszu się usamodzielnić i nam się to udało. Byliśmy bardzo szczęśliwym małżeństwem a 5 stycznia 1967 roku urodził się nasz syn Robert. 
Dwa lata później wyjechałem do Stanów, ale o tym opowiem już przy następnej okazji. Teraz muszę się z Tobą pożegnać, życząc jak zawsze wszystkiego, co najlepsze. 
Uważaj na Siebie, a jeśli jeździsz samochodem, uważaj na zakrętach. 


Wiktor” 


Jeśli potrafiłam coś jeszcze powiedzieć po przeczytaniu tego wyjątkowego listu, to odebrało mi mowę. Wiktor był kolegą mojego taty z dzieciństwa! 
Zasnęłam modląc się o szczęśliwą podróż Roberta, który być może wkrótce odnajdzie ojca.

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.