Google+ Followers

czwartek, 21 maja 2015

Internetowa cela

XXIII
Była od niego starsza. Może nie było wyraźnej różnicy, jednak było to odczuwalne. A może inaczej, było to dostrzegalne. Nikt z obserwujących tę parę z boku nie mógł powiedzieć, że są rówieśnikami. Co nie oznacza, że dzieliła ich przepaść. Raptem kilka lat różnicy. Dorosły mężczyzna i dorosła kobieta, wytworna dama w kwiecie wieku. 
Dostrzegł ją w galerii, gdy okiem znawcy podziwiała artystyczne pociągnięcia pędzla flamandzkich mistrzów. Widział zachwyt na jej twarzy, radość, podziw dla wspaniałej barwy. Choć jako pracownik galerii miał okazję obserwować już różnych ludzi, wiele pięknych kobiet, staruszków z czułością ściskających się za zniszczone wiekiem dłonie, to ten widok dotknął go szczególnie. Coś tam, głęboko w nim zadrgało, przez kilka sekund serce zabiło szybciej. Taki dziwny stan. Nie czuł się podniecony, nigdy przecież nie pociągały go starsze kobiety, a jednak coś się z nim działo. Nie potrafił nazwać tego stanu. Czuł, że wszyscy wokół nagle zaczęli go obserwować. Już nie ważne były wiszące płótna, wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę. Nagle zrobił się mokry, pot płynął mu po czole, przez te kilka sekund czuł się bardzo dziwnie. 
- Dobrze się pan czuje? Wszystko w porządku? 
Gdzieś z zaświatów dotarło do niego pytanie. Nikt się mu nie przyglądał, wszystko wokół było tak jak wcześniej, poza jednym faktem. To właśnie Ona patrzyła w jego niebieskie oczy. Już wszystko było w porządku, jednak nogi uginały się pod nim z wrażenia. 
- Tak, bardzo dziękuję. To chyba z wrażenia. Jeszcze raz dziękuję. 
Kobieta spojrzała na niego przez sekundę swoim wymownym spojrzeniem, skinęła głową i odeszła. Chciał zatrzymać to spojrzenie na dłużej, jednak nie mógł już nic zrobić. 


Zatrzymał się przed drzwiami kamienicy, w której mieszkał. Ciepły, październikowy dzień powoli się kończył. Promienie zachodzącego słońca muskały delikatnie jego twarz. Lubił to uczucie. Ruch był niewielki, cicho i spokojnie. Idąc wolnym krokiem w stronę domu i spoglądając na mijanych ludzi myślał o tym, co stało się w galerii. Na jego szczęście nikt z pracowników nie dostrzegł tego zdarzenia. Z jednej strony czuł się dziwnie ogarnięty paniką, z drugiej te kilka słów skierowanych w jego stronę było czymś niezwykłym. Nie brakowało kobiet w jego towarzystwie, jednak takiej eleganckiej i z klasą, jeszcze nie spotkał. Czy istniała szansa, że jeszcze kiedyś w tym wielkim mieście ponownie spojrzy w jej oczy? Może kiedyś przypadkiem odwiedzi jeszcze galerię. Może tak się zdarzy. 
Niebo przybrało złoty odcień, panowała szczególna cisza. Liści nie drażnił nawet najmniejszy podmuch wiatru. Czy w tym momencie coś mogło go jeszcze zaskoczyć? Myśląc o tym, co się stało dziś w pracy, o filmie, na który zamierzał się wybrać skierował się w stronę drzwi. Zamierzał włożyć klucz do zamka, gdy te się otworzyły. W drzwiach stanęła kobieta, o której jeszcze przed chwilą myślał...

Jasny gwint! Zaspałem! Nie słyszałem budzika, który przecież tak głośno dzwoni. Spojrzałem na zegarek, 7:35. Nie zdążę, cholera! Szybka toaleta poranna, śniadanie musiałem już sobie darować. Na moje szczęście byłem już spakowany, dokumenty i podręczne rzeczy leżały przygotowane na stole. Zanim skierowałem się do łazienki zadzwoniłem po taksówkę. Teraz nie miałem czasu, aby myśleć o tym, co mi się śniło, jednak było w tym śnie coś znajomego.
7:47, z bagażami byłem już na dole, paskudnie głodny i chyba lekko zamroczony po wczorajszym wieczorku u Iwony. Tu już czekała taksówka, pomogłem wrzucić bagaże.
- Szefie, proszę na lotnisko, tylko jakby mógł się pan sprężyć, byłoby super.
- No wie pan, szaleć nie mogę, ale zobaczymy. Tylko może być problem, bo dziś przyleciało do Warszawy kilka delegacji i na mieście jest obłęd.
- Niech pan działa, będzie coś extra.

Jednak mimo wszystko panował obłęd. Po woli traciłem nadzieję, że mój lot jest jeszcze w zasięgu ręki. Trasa Łazienkowska, Żwirki i Wigury, ulice dojazdowe, wszystko stało w miejscu, samochody z kogutami w pewnych miejscach jeździły pod prąd, po drodze zarejestrowałem jeszcze kilka stłuczek. Koszmar.
- Gdybym miał skrzydła, może byłaby jakaś szansa. Tak, sam pan widzi. O której ma pan ten lot?
- 8:30.
- Za największe pieniądze jest to chyba niewykonalne.

Spojrzałem na zegarek, 8:19. Czy to jest to, o czym mówiła kiedyś Iwona, że nie powinienem lecieć tym samolotem? Może miała rację, może ktoś nade mną czuwa. Mimo wszystko ważniejsze było życie niż nawet dziesięć ważnych spotkań. 
Myślałem też o tym, co mi się śniło. Historia, która kilka lat temu zasadniczo miała miejsce w moim życiu. Nigdy nie poznałem jej imienia, kiedy przypadkiem spotkałem ją w galerii w Toronto. Jednak o takiej kobiecie można śnić co noc. 
Taksówka to ruszała, to stawała, czasami dwójka, ale zasadniczo był to tylko pierwszy bieg. 8:43. Dotarliśmy pod salę odlotów. Bez zbytniego pośpiechu zabrałem bagaże. Samolot AIR CANADA, lot nr 287 odleciał z lekkim opóźnieniem, o 8:40. Pozostawało zjeść śniadanie, jednak wcześniej poszukać jakieś alternatywy. 
9:30, przez Berlin do Toronto. Jedyna rozsądna możliwość, późniejszy lot do Kanady był dopiero o 15:10, a to zbyt późno. Kupiłem bilet i poszedłem zjeść śniadanie. 
W całym tym zamieszaniu zapomniałem zadzwonić do Iwony.

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.