Google+ Followers

czwartek, 28 maja 2015

Internetowa cela

XXIV
To wszystko było tak nierealne. Nie wiedziałam, jak się do tego ustosunkować. Ostatnie wieści z listu Wiktora sprawiły, że wszystko, co do tej pory wiedziałam było... Miałam chaos, leżałam w łóżku, kontemplowałam mój sufit, Robert od kilku godzin był w powietrzu. Za kilka kolejnych wyląduje. Jak powinnam postąpić? 
Nigdzie mi się nie śpieszyło, za oknem pogoda wprost zniechęcała do wstania z łóżka. Przeczytałam jego list jeszcze raz, a później ponownie. Był mi taki bliski i nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. No i był prawdopodobnie ojcem Roberta. Nie miałam jeszcze pewności, jednak skłaniałam się ku temu. 
Nie wiedziałam, co zrobić ze sobą przez te kilka dni. Zamierzałam przygotować się do spotkania z Holendrami. Dobrze się złożyło, że cały przyszły tydzień miałam być jeszcze na zwolnieniu lekarskim. Odpadała kwestia poszukiwania ewentualnego pretekstu dla którego miałam być nieobecna przez kilka godzin w firmie.

We wtorek miałam poznać ich tożsamość. Później lot do Krakowa i zapewne miło spędzona doba. Liczyłam na to, że nie mają zbyt wyszukanych fantazji, że nie każą mi przebierać się za pielęgniarkę, a może służącą w fartuszku. Swego czasu musiałam wyglądać jak uczennica w super krótkiej mini, z kucykami, szerokim dekoltem i bez bielizny. Ludzie mają czasami ostro pokręcone w głowach. Uświadomiłam sobie, że Kraków będzie moim ostatnim zleceniem, potem koniec. Przez blisko rok udało mi się uzbierać ładną sumkę, było z czego żyć, pomijając również wysoką pensję, jaką otrzymywałam w pracy. 
Czego pragnąć więcej? Chyba jedynie spokoju i szczęścia u boku Roberta...

Dzień mijał na totalnym lenistwie. Książka, muzyka, telewizja. Marta miała dziś nie wracać na noc, więc wieczór spędzałam samotnie. Czułam się super i nagle bańka prysła. Dotarła do mnie informacja podana przez jedną ze stacji radiowych, w którą nie potrafiłam uwierzyć, „Samolot rejsowy, AIR CANADA, lot nr 287, został zmuszony do awaryjnego lądowania w lesie pod Edmonton. Ewentualna liczba ofiar nie jest jeszcze znana. Cudem nie doszło do wybuchu...”
Z dużym opóźnieniem dotarł do mnie dźwięk roztrzaskującej się o podłogę porcelany. Osunęłam się na podłogę i rozpłakałam się. Nie wiem, jak długo trwałam w tym stanie, gdy zadzwonił telefon.
- Halo...
- Witaj! Co się stało? Dlaczego płaczesz Księżniczko?
- Robert to ty? Przecież twój samolot...
- Właśnie nim lecę. O co chodzi?
- Przecież podali informację, że twój samolot się rozbił. Lot nr 287...
- Spóźniłem się na ten lot. Hej, przepraszam. Rano zaspałem, później w tym całym zamieszaniu zapomniałem do ciebie zadzwonić. Lecę do Toronto, tam zamierzam coś znaleźć do Edmonton.
- Tak się przestraszyłam. Pamiętasz, mówiłam ci kiedyś. Miałam taki sen...
- Wybacz mi kochanie, że tak namieszałem. Uśmiechnij się do mnie. Już lepiej?
- Tak, już lepiej. Muszę ochłonąć, uważaj na siebie.
- Spróbuj zasnąć, jeszcze raz przepraszam. Kocham cię Księżniczko.
Ja też cię kocham Robercie. Życzę bezpiecznego lądowania. Pa!
- Spokojnej nocy.
Rozłączyliśmy się jednocześnie. Ponownie się rozpłakałam. Ostatnio zdarzało się to dosyć często, jednak w większości były to radosne powody do wzruszenia. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.