Google+ Followers

środa, 6 maja 2015

Skyfall (2012)

Wstrząśnięte. Niemieszane. 

Wytrawne od pierwszej do ostatniej sceny, Bond, w którym coś się zaczyna i również coś się kończy. I choć swego czasu Daniel Craig zupełnie nie leżał mi w tej roli, to teraz nie wyobrażam sobie Bonda bez niego i jego, jako Bonda.
Poznanie filmu było tylko kwestią czasu, jednak, zanim do tego doszło mogłem poznawać znacznie wcześniej, niż jest to normalnie możliwe ścieżkę dźwiękową do filmu, której autorem jest Thomas Newman. Nazwisko na ogół dobrze znane, jednak, jeśli mamy problem z przypisaniem go do określonych produkcji filmowych, niech za przykład posłuży American Beauty. Bo tam, gdzie pojawia się Sam Mendes, tam za oprawę muzyczną odpowiada właśnie Thomas Newman.
I co również ważne widać w tym filmie rękę wrażliwego twórcy, bo Sam Mendes to również Droga do szczęścia, ale i Droga do zatracenia. Odnoszę wrażenie, że po raz pierwszy Agent Jej Królewskiej Mości ma duszę, nie jest tylko i wyłącznie maszyną do zabijania. I dobrze, bo dzięki temu jest to naprawdę dobre i zaskakujące kino, momentami może nawet odrobinę ckliwe, ale tak, jak wspomniałem powyżej, coś się kończy, coś się zaczyna. Powrót do korzeni, sięganie do źródeł, poszukiwanie rozwiązań, które czasem zaskoczyć mogą swoją mocą. A jednocześnie dać wynik, jakiego byśmy się nie spodziewali.
Tak, muzyka to bardzo ważny element, taki, który na przestrzeni lat kreuje coraz bardziej obraz i dzięki temu kino nabiera jeszcze lepszego smaku. Doskonałe wejście z pięknym utworem Adele daje tylko przedsmak tego, co będzie się działo, a dzieje się wiele. Urzekają zwroty akcji, kompozycja obrazu, dynamika, zdjęcia, urzeka piękna dziewczyna Bonda, która paradoksalnie chyba po raz pierwszy jest na drugim, a może nawet na trzecim planie.
Na pół wieku od pierwszej opowieści o Bondzie stanowisko M zostaje zagrożone, ktoś wyprzedza ją o krok, ktoś penetruje jej skrzętnie skrywaną przeszłość. Dzieje się coś, z czego ona sama zupełnie nie jest zadowolona. A tytułowy Skyfall, nigdy bym nie wpadł, że właśnie oto chodzi. I chyba po raz pierwszy Bond nie filtruje… z kobietami, przynajmniej przesadnie i na wyrost, co też dodaje smaku. W dwóch interesujących, męskich rola: Ralph Fiennes po stronie dobra i doskonały Javier Bardem po ciemnej stronie mocy. W roli dziewczyny Bonda, której zbyt długo nie dano się cieszyć, tym zaszczytem… zjawiskowa Bérénice Marlohe.
Finalnie coś, co mąci ten wyborny smak – film jest za długi… 10, 15 minut mniej i byłoby idealnie, są momenty, że robi się tak ckliwie i momentami nudnawo, że to aż nie przystoi takiej produkcji. Bo tak naprawdę 23 Bond jest prawie bliski ideału. Za krążek z niesamowitą muzyką Thomasa Newmana odpowiada Sony Classical. Warto po nią sięgnąć, przed, a może po filmie. 

Zajrzyj do Grupy Ruchome obrazy... :)