Google+ Followers

sobota, 20 czerwca 2015

Internetowa cela

XXVI
Bracia van Horn, Marc i Max. Moi holenderscy klienci. Bliźniacy, 35 lat. Marc umysł ścisły, Max humanista. Od dłuższego czasu prowadzą interesy w całej Europie. W czołowej piątce ich przedsięwzięć są tulipany, browary, a raczej ich sieć, metale szlachetne, przemysł stoczniowy i transport. 
W ciągu ostatnich dwóch lat ich obroty wzrosły o ponad 600 milionów dolarów. Max przygotowywał wszystkie umowy, Marc, absolwent prawa, sprawdzał je i opiniował. Choć zatrudniali ponad pięćset osób, tym zajmowali się zawsze osobiście, od samego początku. Od pierwszych tulipanów sprzedawanych na bazarach, przeprowadzkach z ulicy na ulicę, wożeniu węgla i mebli. 
Obecnie, od czasu, kiedy zainwestowali pierwsze guldeny, ich konta były tak dobrze uposażone, że mogli z nawiązką spłacić długi wielu małych państw. Teraz zrozumiałam, że te sześć tysięcy nic dla nich nie znaczyły, choć miałam wrażenie czytając ich portfolio, że każdego dolara, guldena, markę inwestują bez zbytniego ryzyka. Z szacunkiem dla ciężko zarobionego pieniądza.
Znaczna część funduszy szła na potrzeby licznych fundacji, domów dziecka w Holandii, wspieranie oświaty i służb socjalnych. Szczególne miejsce miały właśnie dla nich domy dziecka, gdyż w jednym z nich się wychowali. W wieku czterech lat stracili rodziców w katastrofie kolejowej, a że nie miał kto się nimi zaopiekować trafili, na piętnaście lat do zaniedbanego, zniszczonego pensjonatu. Właśnie wtedy przyrzekli sobie, że kiedyś zadbają, o to, aby inne dzieci mogły żyć w znacznie lepszych warunkach niż oni przez ten czas. Ich wiara była częścią odniesionego później sukcesu. 

Lubili dobrą zabawę, dyskoteki, kluby taneczne. Obecnie w Holandii mieli sieć dwunastu takich megaklubów. Nie mieli wyszukanych preferencji seksualnych, dzielili się zawsze partnerkami. Gdy jeden zaczynał zabawę, drugi ją kończył. Lubili zmysłowy, namiętny seks, lubili się nim bawić. Fotografie przedstawiały dwóch przystojnych mężczyzn podobnych do siebie, jak przysłowiowe krople wody. Szare oczy, ciemne włosy, przenikające na wylot spojrzenie, a także blisko 190 cm wzrostu. 
Czułam się tak, jakbym znała ich od dawna. Spotkanie miało się odbyć w moim ulubionym hotelu. W kopercie znalazły się również instrukcje dla mnie. Miałam czekać na nich w pokoju, po kąpieli, ciało miałam mieć lśniące od oliwki. Na łóżku powinien się znaleźć dla mnie zestaw specjalnej garderoby. Po ubraniu miałam stanąć w kącie przy kominku twarzą zwrócona ku ścianie. Mrok miał rozjaśniać przynajmniej na początku palący się tam ogień... 
To wszystko wydawało się takie intrygujące, a jednocześnie dosyć oryginalne. Nigdy nie wiedziałam do końca, czego się spodziewać, ale ryzyko musiałam zawsze wliczyć w ten szczególny interes. Jak dotąd szczęście mi dopisywało, liczyłam, że i tym razem mnie nie opuści, szczególnie, że miało to być moje pożegnanie. 
Moje rozmyślania przerwał telefon. Słysząc już dźwięk dzwonka wiedziałam, kto do mnie dzwoni. Brakowało mi jego głosu, ciepłego i delikatnego, brakowało mi jego subtelnego dotyku, brakowało mi..., cholera, tak bardzo chciałam, aby był tuż obok.
To była pierwsza nasza rozmowa od kilku dni. Jednak w międzyczasie dostawałam od niego wesołe, gorące, zmysłowe wieści w formie krótkiej treści. SMS dawał tak wiele radości.
- Witaj kochanie!
- Cześć Księżniczko! Jak się miewa radość mego życia?
- Radość twego życia tęskni za tobą, nawet nie wiesz, jak bardzo.
- Chyba ci nie wierzę? Żartuję, ja też za tobą bardzo tęsknię. Roboty tyle, że nie wiem, w co ręce włożyć i na czym się skoncentrować. Wszyscy tu myślą o tym, aby przed świętami skończyć i rozjechać się do domów. Jest też druga alternatywa, dotrzeć do pewnego punktu i ewentualnie po Nowym Roku skończyć. Jednak, jak się zapewne domyślasz, każdy myśli tylko i wyłącznie o planie „A”. A co u ciebie? Jak się czujesz?
- Czuję się super, ale troszkę mi nudno. W sumie mogłabym jutro iść do pracy, ale przez te trzy dni firma się beze mnie nie zawali. Biorę na wszelki wypadek jakiś antybiotyk, dużo czytam, trochę piszę. Mam nadzieję, że jakoś przetrwam, choć bez ciebie jest to trudne. Nikt tak wspaniale nie masuje przecież karku.
- Tak, dziękuję, cała przyjemność po mojej stronie. Jak wrócę wymasuję nie tylko twój kark, ale też...
- O proszę, o czym to się myśli. Masz rację, ja też na to czekam. Jaką macie pogodę? Zima w pełni?
- W zasadzie to tak lekka, troszkę śniegu, lekki mróz. Jeśli chodzi o mnie przez jakiś czas może jeszcze taka być. W najbliższym czasie nie wybieram się na narty, a jak się chodzi po budowie przez ładnych kilka godzin, to i w najlepszej kurtce robi się zimno. Na szczęście wszystkie prace prowadzone są już w ogrzewanych, zamkniętych pomieszczeniach.
- U nas podobnie, choć przez te kilka dni tylko raz odważyłam się na krótki spacer (po informacje o Holendrach, ale tego oczywiście nie powiedziałam Robertowi). Jednak muszę ci się przyznać, że lenistwo ma pewne granice, już zaczyna mi dokuczać. Gdybym tak miała siedzieć miesiąc czy dwa to chyba bym zwariowała. Człowiek inaczej funkcjonuje jak pracuje.
- Masz rację. Wybacz, ale muszę powoli kończyć, obowiązki wzywają. Wstaję wcześnie rano, a wieczorem jestem tak zmęczony, że praktycznie z marszu trafiam do łóżka, stąd brak czasu, aby do ciebie zadzwonić. Mam jednak nadzieję, że SMS rekompensuje choć trochę moje zaniedbania.
- Wszystko w porządku Robercie, rozumiem, świetnie mi się czyta twoje wieści. Niektóre są naprawdę gorące! To wszystko chciałbyś ze mną zrobić?
- To i wiele innych rzeczy Księżniczko. Całuję cię gorąco w nosek, czółko i słodki pocałunek w twoje piękne usta. Pa! Uważaj na siebie.
- Ty również Robercie, do usłyszenia.
Taka rozmowa potrafiła z marszu dodać człowiekowi otuchy. Poczułam się znacznie lepiej. Choć był tak daleko, przez chwilę miałam wrażenie, jakby był tuż obok.



Sięgnij po Wprowadzenie do lektury. 

----- Rozdział XXV -----