Google+ Followers

czwartek, 2 lipca 2015

Internetowa cela

XXVII
Żyjąc z dala od Iwony, od mamy, od kochanej mamy i kochanej Iwony, z dala od kraju, prawie jak na wygnaniu, czasami miałem tego wszystkiego dosyć. Raz za razem mówiłem sobie, że to ostatnia budowa, ostatni raz tułam się po świecie. Owszem, były dobre strony takich wypraw. Żyłem jak marynarz. W każdym porcie czekała na mnie dziewczyna, teraz zasadniczo też. 
Pierwszy raz od czasu, jak poznałem Iwonę, pojawiły się wątpliwości. Przecież mogłem się zabawić, nikt przecież by się nie dowiedział. Czy faktycznie ją kochałem? Czy chciałbym się ustatkować i znaleźć ten właściwy port? Siedziałem w barze i rozmyślałem o tym wszystkim. Kumple pili jedno piwo za drugim, grali w bilard, namawiali mnie do złego. Naszym towarzystwem były wesołe dziewczyny, również moja „oaza samotności”, inaczej mówiąc Justyna. Lubiłem ją, była miła, nawet ładna. Siedziała tuż obok i od blisko dwóch godzin zapewne zastanawiała się, co się ze mną dzieje? 
Nikt nie poznał Roberta, który wrócił do Edmonton po miesiącu. Z jednej strony szczęśliwy, z drugiej jakiś inny, dziwny. Tak go postrzegano, a on miał dylemat. Chciał się upić, zabrać Justynę i zaszaleć. Jednak zdrowy rozsądek zwyciężył. 
Skończył się czas niepewności. Po trzech kolejkach wciąż był jeszcze dosyć trzeźwy, jednak nie zamierzał prowadzić. Do własnego lokum na czas pobytu było pół godziny spacerkiem, a jemu się przecież nigdzie nie śpieszyło. Pożegnał się ze wszystkim, z Justyną na zawsze, ubrał się ciepło i wyszedł. 
Mroźne, grudniowe powietrze owiało go w ciągu sekundy, ale tego właśnie potrzebował. Gdy pełen wątpliwości siedział jeszcze w barze, dobry duch podesłał mu kochaną, piękną, radosną twarz Iwony. Wtedy właśnie uświadomił sobie, że zbyt mocno ją kocha, by przez głupstwo Ją utracić. W tej samej sekundzie odrzucił wszystkie niepewności i rozterki. Pełen dobrych myśli oświadczył się Jej w duchu. 
Padał delikatny śnieg, ulice rozświetlały lampy, był środek nocy, chyba zbliżała się północ. Miasto spało snem sprawiedliwego. Kusił go świeży puch. Położył się na skrzyżowaniu dwóch arterii komunikacyjnych, które w ciągu dnia tętniły życiem. Teraz nie spodziewał się nikogo. Położył się na plecach i zrobił dla Iwonki Aniołka. Rozsunął nogi, pomachał wyprostowanymi rękami. – To dla Ciebie Księżniczko. – Powiedział gwiazdom i wiedział, że go słyszały. Wiedział też, że jego słowa dotarły do Warszawy. 
Leżał tak przez dłuższą chwilę, później wstał i poszedł w stronę hotelu. Był szczęśliwy, radosny, uśmiechnięty. Chciał wracać do kraju, chciał objąć Iwonę i poznać ponownie smak Jej wspaniałych ust, przypomnieć sobie delikatny zapach. Czekał na to wszystko i wszystko wskazywało na to, że wkrótce jego marzenie się spełni. 
W pokoju zdjął tylko kurtkę, bluzę i buty. W opakowaniu położył się na łóżku i sekunda wystarczyła, aby przeniósł się w dziwny stan świadomości. Powędrował do miasta, które nie tak dawno, tak bardzo ucierpiało... 

Stałem w porcie, w tej części, która od kilku lat była już zamknięta. Zaniedbane magazyny, długi pas nadbrzeża, mnóstwo śmieci, złomu, palet do przewożenia ładunków. W wielu oknach brakowało szyb stłuczonych przez dzieci, które zamiast do szkół chodziły na wagary do portu. 
W ostatnim okresie zjawisko to stało się, jeśli nie modne, to bardzo nagminne. Były takie dni, że klasy świeciły prawie pustkami i ani rodzice, ani nauczyciele, ani też policja nie mogli nic na to zaradzić. Dzieci w wieku dziesięciu, dwunastu lat już dawno przestały słuchać rodziców. Kręciły ich samochody, różne podejrzane używki. Noc była dla nich dniem, dzień spędzali w swoich kryjówkach lecząc się po szaleństwach nocy, a także nadrabiając senne zaległości. Nikt jak dotąd nie wymyślił skutecznego lekarstwa na ominięcie snu. Najmocniejsi, ci, co trenowali potrafili omijać sen nawet przez cztery doby, jednak takich było niewielu. 
Ja byłem od nich starszy, miałem już piętnaście lat i teraz drobny deszcz padał mi na głowę. Jakiś czas temu udało mi się wyrwać z tego nałogu zwanego potocznie „omijaniem snu”. Trwało to jednak bardzo długo. Znałem te tereny bardzo dobrze, mieszkałem w pobliżu i tu też dorastałem. 
Kilka lat temu miasto dotknęła straszna tragedia, kiedy na zawsze pożegnaliśmy nasze ukochane „wieże”, a każdy następny dzień był już zupełnie inny. Chociaż staliśmy się mocniejsi i bardzo zbliżyliśmy się do siebie, to jednak zapanowała dziwna psychoza. Chęć zemsty, zawładnęła całym państwem. W tamtym okresie cały świat nam współczuł, przesyłał kondolencje, cieszył się z nami z każdej odnalezionej żywej osoby. Choć takich szczęśliwców było tylko kilku. 
Odbudowaliśmy nasze „wieże” i choć nie były już tak wysokie, jak wtedy, to jednak robiły wrażenie. Wkrótce przylgnęła do nich nazwa „Mauzoleum”, a na wielkim placu, na wielkich marmurowych płytach, tak, jak nastąpiło to po wielkiej wojnie ojczyźnianej, wyryto nazwiska tych, którzy w ten „czarny wtorek” nie wrócili już z pracy do swoich domów. 
Tysiące agentów, dziesiątki tysięcy żołnierzy prowadziło śledztwo, później zakrojoną na wielką skalę akcję odwetową. Świat ogarnęła panika, wszyscy żyli w transie, zrzucane bomby, wystrzeliwane rakiety zabiły tysiące ludzi, a jednak łaknęliśmy krwi, wciąż było nam mało. My bombardowaliśmy, oni zastawiali pułapki, wysadzali budynki, zostawiali na ulicach samochody pełne materiałów wybuchowych. Krew lała się strumieniami, a Antychryst nadal się ukrywał, nikt go nie widział, a wszyscy go słuchali. Przybierał różne maski, różne twarze, nawet najnowsza technologia nie mogła nam pomóc. 
Świat podzielił się na dwie części. Trwała „święta wojna”. 

Sierpniowa noc była wyjątkowo chłodna i deszcz z każdą chwilą coraz mocniejszy. Schowałem się w jednym magazynie i postanowiłem przeczekać. Po krótkiej chwili dostrzegłem ludzi. Choć jeszcze dobrze ich nie widziałem, byłem prawie pewien powodu dla którego się tam zebrali. Tego typu rozrywki stały się bardzo popularne. Ludzie zmęczeni przemocą, krwią płynącą po ulicach, zapragnęli czegoś więcej. Chcieli odpoczywać, raczyć swe oczy czymś pięknym. 
Choć oficjalnie zabroniony „seks na żywo”, był dostępny w kilku różnych miejscach miasta. Policja przymykała na to oko, gdyż w pewien sposób rozrywka ta wpływała na zmniejszenie wysokiego wskaźnika przestępczości. Ludzie przychodzili właśnie w takie miejsca – stare magazyny, zamknięte stacje metra, hale przemysłowe.
Stali w milczeniu tworząc wielki krąg i tylko jego środek był oświetlony. Scenariusze były różne – kobieta i mężczyzna, dwie kobiety, dwóch mężczyzn, trójkąty i inne, bardziej wyszukane opcje. Organizator przyprowadzał jednego uczestnika, znaną „gwiazdę”. Każdy z oglądających płacił duże pieniądze, ale wiedział, czego może się spodziewać. Później zgodnie z niepisaną zasadą, której nikt nie mógł się przeciwstawić, „gwiazda” wybierała z tłumu, z widzów w zależności od upodobania, kobietę, mężczyznę, jedną lub dwie osoby. I w ten sposób wybrani stawali się aktorami widowiska. Wiem, że kilku wybranych z czasem zostało „gwiazdami”, poczuli to, polubili to. 
Nikt nie zwracał na mnie uwagi, wszyscy w skupieniu, jakby w transie oglądali widowisko, więc już po chwili udało mi się przecisnąć do pierwszego rzędu. Te kilkadziesiąt minut pozwalało im zapomnieć o dziwnym świecie, którego byli elementami. 

Moje oczy ujrzały trzy nagie osoby. Dziś „gwiazdą” była Pamela. Przybrała imię po pewnej modelce, która obecnie mieszkała w małym miasteczku, zapomniana przez ludzi, ale szczęśliwa. Podobno wychowywała trójkę miłych dzieci. 
Pamela była wysoką, szczupłą blondynką z dużym, pięknym biustem i co ciekawe, nie musiała uciekać się do pomocy chirurgów. Piękne, średniej długości włosy, szyję i plecy zdobił przyciągający spojrzenia tatuaż w kształcie węża, jędrne pośladki, włosy łonowe w złotym kolorze, delikatnie przycięte, zadbane. Jej fryzjer, Cesar, umiał sprawiać cuda, brał dużo, ale też Pamela była jego najważniejszą klientką. Przed każdym występem przygotowywał fryzurę, równie starannie zajmował się jej ciałem robiąc delikatny masaż, w trakcie którego wcierał zapachowe olejki. 
Znałem Pamelę również z jej prawdziwego imienia. I chyba tylko ja wiedziałem, że jest to jej drugie życie. Normalnie, w ciągu dnia, była uznanym w świecie wielkich finansów i biznesu doradcą, z którego usług korzystały różne firmy. 
Jednym z mężczyzn, którzy teraz na naszych oczach wirowali z nią w tym zawrotnym, ognistym, erotycznym tańcu był Maciek. Całował się z Pamelą, ich języki tańczyły, splatały się, jego usta wędrowały po szyi, policzkach, dłonie nieustannie pieściły piersi, natomiast drugi uczestnik tej szalonej zabawy brał ją właśnie od tyłu. Wolnymi, równymi ruchami wchodził coraz głębiej powodując wspaniały jęk rozkoszy. 
To właśnie z Maćkiem często się spotykała. Niby przypadkiem lubiła czasami wybierać jego ze stojących wokół widzów, czasami jeszcze kogoś, czasami nie. Jeśli „grali” tylko razem była to ich gra, tak wspaniała i zmysłowa, jaką można sobie tylko wymarzyć. 

I choć wszystkie oczy skupiły się na wspaniałej trójce, która wirowała w oświetlonym kręgu, mój wzrok przykuła zupełnie inna osoba. Moje oczy odkryły jej piękno, gdy codziennie mijałem ją w drodze do szkoły. Z początku z pewnym skrępowaniem spoglądałem na jej delikatną twarz i radosne oczy. Z czasem jednak były to spojrzenia odważne, ale pełne szacunku i zachwytu. Jej osoba zawsze wyróżniała się w tłumie, jakby unosiła się nad nią aureola, jakby była Księżniczką z bajkowej krainy, a jej cudowny zapach do dziś jest moim towarzyszem. 
Obie kobiety pracowały w jednej firmie, jednak Iwona była niekwestionowanym mistrzem w swoim zawodzie. Zajmowała się świadczeniem usług outsourcingowych nie tylko z zakresu księgowości, ale również przygotowywała tysiące raportów z zakresu zarządzania, a także przeprowadzała audyty na zlecenia. I to właśnie Iwona, jako jedyna w biurze opiekowała się trzema wielkimi firmami, dlatego nigdy nie mogła uskarżać się na brak pracy, bardzo ją lubiła. Również z tego powodu czuła się bardzo szczęśliwa, a swoim uśmiechem potrafiła rozpędzić nawet najgorsze chmury i zarazić każdego nutką optymizmu. 
Te właśnie firmy płaciły bardzo wysokie stawki za jej cenny czas, a jednocześnie za bardzo trafne i dobre porady. Od nich często zależała ich przyszłość, od tego, jak zalecenia Iwony zostaną wprowadzone w życie. 
Jedno z moich spojrzeń zostało przechwycone i oto przez krótką chwilę przyglądaliśmy się sobie, widziałem, jak się do mnie uśmiecha. Miałem tą świadomość, a może tylko mi się zdawało, może podobało się jej to, co akurat wtedy rejestrował jej wzrok. 
Jednak nigdy nie miałem okazji, aby ją oto zapytać... 

Obudziłem się o 16:00 następnego dnia. Za każdym razem, kiedy pojawiał się nowy dzień, zupełnie nic nie pamiętałem, również mojej wyprawy z baru do hotelu. Jednak świadomość, że w myślach oświadczyłem się, wciąż we mnie tkwiła...

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury. 

----- Rozdział XXVI -----