Google+ Followers

środa, 8 lipca 2015

Internetowa cela

--@- @ -@-- 

Dochodzimy prawie do kresu mojej drogi, choć wbrew pozorom podróż ta trwa nadal. Kiedy się zakończy? Tego chyba nikt nie wie. Dziękuję Ci serdecznie za każde ciepłe słowo, za wsparcie, życzliwość, również za to, że poświęcasz mi Swój cenny czas. Moja wdzięczność nie ma granic. 
Miałem zamiar zakończyć mą opowieść w tym liście, jednak uzmysłowiłem sobie, że jeszcze tak wiele mam Ci do powiedzenia, więc chyba jeszcze się później odezwę. Jeśli wydaje Ci się, że jest mi smutno, to masz rację. W istocie, ostatnimi czasy nie mogę się uskarżać na nadmiar humoru. Nie czuję klimatu zbliżających się Świąt, w moim, szczególnym położeniu jakby przestały się liczyć. Choć może dzięki Tobie pierwszy raz od wielu lat moc narodzonego Jezusa wleje w moje serce odrobinę radości i ukojenia. Kiedy poznasz ostatni wyraz, jaki przyjedzie mi napisać, zrozumiesz mój stan. Mimo wszystko jeszcze tu jestem i jakoś się trzymam. 
Za oceanem zima zagościła na dobre, śmiało sobie poczyna. Odśnieżanie, a jest co odśnieżać, jest najlepszym lekarstwem na wszelkie smutki, problemy i strapienia. Z szuflą w rękach totalnie się odprężam, relaksuję, mógłbym powiedzieć, że jest to swoista forma medytacji. Zasadniczo kobiety nie zajmują się tego typu rozrywką, ale gdybyś chciała spróbować przekonasz się, że można od razu poczuć się znaczniej lepiej. Gdzieś tam, ze zmęczeniem, mrozem, wiatrem ulatują wszelkie troski i kłopoty. Jutro miną trzy miesiące... 
Jeszcze rok wcześniej był to tylko 11 września. Teraz, trzy miesiące później data ta na zawsze wyryła się smakiem łez i bólem serc w granicie pamięci narodów, szczególnie tego jednego, z którym moje życie związało się chyba na zawsze. Tego dnia tysiące ton stali i betonu pogrzebało blisko pięć tysięcy ofiar, matek, ojców, wujków, dziadków, ukochanych, którzy w ten „czarny wtorek” nie wrócili już z pracy do swoich domów. 
Atak na Światowe Centrum Finansów dotknął również mnie i przez pewien czas nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy. Tam rozpoczęła się moja kariera, może nie aż tak wspaniała, jakby można było sobie ją wymarzyć, jednak miałem uznanie i szacunek wielu ludzi. Tam też nastąpił mój wielki upadek, choć nie był to skok z trzydziestego piętra, to jednak skutki były identyczne. Praktycznie byłem martwy, lecz wciąż jeszcze żywy. Gdybym mógł, zapewne cofnąłbym tę jedną, straszną chwilę. 
Teraz jednak zajmijmy się czymś miłym. Kochany Sienkiewicz pozwala mi na wiele podróży ku miastom i wsiom, które dawno temu wiatr historii zmiótł z powierzchni ziemi. Na kartach jego książek wciąż na nowo odkrywam miejsca, których wcześniej nie dostrzegałem, osoby, które zbyt szybko przemykały mi między oczami. Teraz dostrzegłem ich piękno, ich wspaniały intelekt, mądrość, odnajduję cudowną miłość. Jakiś czas temu wśród książek, które dotarły do biblioteki, znalazłem pewien tekst bezimiennego autora. Luźna kartka, która zapewne przez przypadek wpadła do pudełka z książkami, a może została zapomniana pomiędzy kartkami. Chciałbym podzielić się z Tobą tym tekstem, gdyż bardzo mi się spodobał. 

„Ogniem i mieczem i coś jeszcze...” 

O plemię dzikie, nieskalane, kto dziś 
wam bratem, a kto wam panem,
komu dziś pokłon swój oddajecie, 
z kim w jednej chacie dzisiaj siedzicie, 
przy jednym stole chlebem się dzieląc, 
jak okiem sięgniesz stepy wokoło, 
sokoły w górze na dole zaś kolor 
czerwony zabarwia pola, szable twe, 
włócznie krwią są skalane gdzieś tam 
na dzikiej Ukrainie, hordy tatarskie 
i armia chana przeciw polskiemu 
                                         stoją orężu, 
w dziwnych to czas się urodziłeś, 
ty mały chłopcze, nie wiesz jeszcze 
co to miłość, ta prosta, ziemska, 
gdy serce twoje wzruszeń doznaje, 
pod drzewem siedzisz, tam daleko 
za wielką wodą, górą wielką, w tym 
dzikim kraju, tam na zesłaniu, tam na 
wygnaniu, przyszło ci w dziwnych czasach 
dorastać, na kartach książki przygód bez liku, 
to Mały Rycerz i jego wierna kompanija, 
jest też Skrzetuski, piękna Helena, 
jest dziki Bohun, szalony Kmicic, 
z daleka od kraju, a jednak aż tak blisko, 
poznajesz szlachtę, ich to zwyczaje, miłość 
poznajesz, szaloną, piękną ... 

jeśli uśmiechem mnie zniewolisz, dłonią 
swą czułe dotkniesz miejsce, gdy skroń 
przy skroni, my, wy, oni ruszymy dzisiaj 
w step o brzasku to tętent koni nas 
zniewoli, by w ciszy, jaką ranek niesie 
odnaleźć spokój, choć krew szumi 
do walki garną się z orężem, gęste czupryny 
krótkie brody, lecz z długim wąsem tuż pod 
nosem i oto szable w górę wzniesion 
do szarży gotuj się kozackiej, choć walczyć 
z nią nie musisz ni brać ją szturmem 
                                         czy orężem 
to twierdza dziwna, dumna, wielka mury 
jej stoją dziś otworem, bramy przed tobą 
też otwarto, w środku zbyt pusto i dziwnie 
cicho, w kurzu dziedziniec jest spowity 
samotnie studnia tam w centrum stoi, 
a obok pręgierz nie wysechł jeszcze 
od krwi ciepłej, gdzieś ponad basztami 
słońca blask razi, jak żółtko, co z jajka 
się wylało i w błękicie nieba pozostało 
nie jedną przejdziesz dzisiaj drogę 
i w niepogodę i pogodę czy sroga zima, 
czy też wiosna zielenią przyozdobi pola, 
gdy przyjdzie lato i wszędzie zboża 
wyrosną na zielonych polach, by również 
mogła przyjść też jesień i sadom owoc 
dać dorodny, lata przeminą różne pory 
tysiące wiorst na dzikiej Ukrainie z nią 
w sercu szedł i walczył będziesz, 
z nią w noc zasypiał i słońce witał 

               (99.04.29) 

Taki prosty, a jest w nim coś szczególnego. Jednak chyba najwyższa pora, abym dotknął tematu, od którego próbuję uciec. Kiedy przez blisko rok przygotowywałem się do wyjazdu za ocean zapewne nie zdawałem sobie sprawy, co ze sobą przyniesie? Tyle trudów i wyrzeczeń, tak moich, jak też rodziny i znajomych. Każdy w miarę możliwości starał się pomóc. Dokumenty, paszport, pieniądze, łapówki, chodzenie od jednego biura do każdego następnego. Pieczątki, podpisy. 
Gdzieś rok po urodzeniu się Roberta, w trakcie luźnej rozmowy z żoną doszliśmy do wniosku, że mógłbym wyjechać do Stanów. W tamtym okresie nawet myślenie o tym nie było wskazane, a cóż dopiero planowanie wyjazdu. Klaryska miała tam jakiegoś wuja, który przynajmniej na jakiś czas miał mnie przygarnąć. W kraju panowała bieda, półki dosłownie były puste. Stał na nich tylko ocet, a najeść się mieliśmy plakatami, które wisiały w każdym sklepie. Hasła typu „Masy robotnicze dadzą ci jeść” doprowadzały mnie do szewskiej pasji. 
Choć istniały PGR-y, czyli Polskie Gniazda Rewolucji lub Polski Gang Rolników, a także cała masa równie mądrych tłumaczeń tego skrótu, polskie rolnictwo istniało tylko na papierze. Owszem były wielkie zbiory, którymi się szczycono, Władza Ludowa nagradzała przodowników pracy i roli, to jednak tym nikt się nie mógł pożywić. Wtedy jedyną alternatywą wydawał się wyjazd z kraju. Nie było możliwości, abyśmy wyjechali całą rodziną, więc miałem pojechać, jakoś się urządzić i najpóźniej w ciągu roku, może dwóch ściągnąć kochaną Klaryskę z moim kochanym synkiem do Nowego Jorku. 
Gdy ma się dwadzieścia cztery lata człowiek ma wrażenie, że jest w stanie zrobić praktycznie wszystko. Nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, niewykonalnych. Jest młody, pozytywnie nastawiony do życia, choć życie zasadniczo nie nastawiało się pozytywnie do niego. Kocha i jest kochany, jest szczęśliwym ojcem i mężem. Choć miałem skrupuły i nie chciałem wyjeżdżać, wiedziałem, że robię to dla nich. To było najważniejsze. 
Nasze pożegnanie było bardzo wzruszające, z tej okazji była również impreza w remizie strażackiej, gdyż oto pierwszy mieszkaniec Trójkąta Bermudzkiego wyrwał się z jego objęć. Pierwszy śmiałek miał przekroczyć ocean i zagościć w Stanach, Krainie Wolności z równie słynną Statuą. 
Starym, dobrym „Batorym” popłynąłem z Gdyni w bardzo długi rejs. Później się dowiedziałem, że w dwa lata po mojej podróży został pocięty na żyletki. Pominę wrażenia z wyprawy przez Atlantyk, gdyż nie chciałbym Cię zanudzać zbyt długą opowieścią. Choć kilka miłych akcentów jednak miała. 
Spotkałem wielu interesujących ludzi, czytałem książki, poznałem każdy z siedmiu pokładów, pracowałem w maszynowni, kuchni, byłem kelnerem. Grałem w pokera z bogatymi panami, byłem dobrym duchem tego rejsu. Bezimienny w Gdyni, równie bezimienny w Nowym Jorku, jednak tu, kiedy schodziłem po trapie tak wiele głów mi się kłaniało, tak wiele rąk uścisnąłem na pożegnanie. Witając to radosne miasto nie wiedziałem, że jestem sam. Wujek Klaryski zmarł miesiąc wcześniej, a ja oczywiście przez cały czas żyłem w błogiej nieświadomości. Nie zostawił listu, mieszkanie zostało przez kogoś zajęte, nie zostawił nic. 
Przez kilka dni błąkałem się po mieście szukając właściwego rozwiązania. Byłem sam, do kraju nie dzwoniłem, gdyż zasadniczo nie chciałem nikogo niepokoić. Gra w karty jednak się na coś przydała, bo pomijając pewną, okrągłą sumkę, jaką udało mi się wygrać, zapamiętałem kilka istotnych informacji. Dzięki jednej z nich znalazłem pracę na budowie, gdzieś w tym okresie zaczynało powstawać Światowe Centrum Finansów. 
Teraz na chwilę znikam, wkrótce mam nadzieję przyjdzie odpowiedni moment, aby kontynuować i być może zakończyć już mą opowieść. Już wkrótce poznasz jej finał. 
Uważaj na Siebie Iwono, W.

--@--@- @ -@--@--

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.