Google+ Followers

wtorek, 7 lipca 2015

Książka z dedykacją

A w zasadzie dwie. Przyszły tego samego dnia. Z pięknymi dedykacjami prosto od autorów. Przyjemność jedyna w swoim rodzaju, a także świadomość, że to, co tworzę, jak opowiadam o książkach odbija się nie tylko miłym echem wśród wydawnictw, ale w dużej mierze u samych twórców. To miłe i wyjątkowo budujące.
Od czternastu lat sam noszę się z wydaniem mojej debiutanckiej powieści. Ale nie jest to takie proste, choć czasem wpadają w moje dłonie książki, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. A ja świadom doskonałej recenzji z pewnego wydawnictwa - Pana powieść jest lepsza od wielu wydanych przez nas. Jednak mamy bardzo złe doświadczenia w wydawaniu prozy pisanej przez mężczyzn. - które nie zdecydowało się na jej wydanie czekam na takie, które na nią postawi o dostrzeże potencjał w Internetowej celi. Chciałbym sam kiedyś czytać takie recenzje na jej temat, jakie czasem mam przyjemność pisać na temat książek innych autorów. Może kiedyś, jednak kończąc ten przydługi wstęp warto zauważyć, że pierwszą z nich nie tylko miałem okazję poznać dzieląc się krótkim spojrzeniem w formie Opinii 50 stron, ale myślę już o tym, jak pokazać ją w znacznie szerszym ujęciu.
Przyznam się, że zanim moje dłonie nie spoczęły po raz pierwszy na Stuleciu Winnych nie zdawałem sobie sprawy, że jest osoba, która umie tak pięknie i pasjonująco pisać. Trzy tomy później i całą masę wyjątkowych wzruszeń sięgnięcie po Coraz mniej olśnień było nie tylko koniecznością, ale też, a może przede wszystkim wielką przyjemnością, którą wciąż trudno opisać. Wciąż zbieram dobre myśli, aby stworzyć z nich jedną, spójną całość, aby słowa spłynęły ze mnie i z siłą wodospadu wdarły się do świadomości czytelników. Gdyż nie sztuką jest pisać przelewając puste słowa na papier, sztuką jest z pełną świadomością tworzenia przemieniać wodę w wino. Wtedy możemy czuć się spełnieni pisząc książki, ale też o nich samych.

Późny letni wieczór w mojej ulubionej od pewnego czasu całodobowej jadłodajni w samym centrum Katowic. Tutaj, gdy zapytałem o danie podawane z reguły w menu śniadaniowym pojawiła się odpowiedź - Dla pana, zawsze.:) To lubię. Tutaj często odkrywam coś dobrego dla ciała, ale też później przy dobrej kawce coś dla ducha.

Mrok i mgła, tutaj los postawiony w ciemno zwrócił się po tysiąckroć. Tutaj historia Soni w odniesieniu do wąsatego kochanego Słoneczka powaliła mnie na kolana. Piękny, urzekający, upokorzony, niepokonany Leningrad. Wiele lat wstecz odmalowany piórem Paulliny Simons, dosyć niedawno to samo miasto na progu rewolucji, jako carski Petersburd odkryty w cieniu Pałacu Zimowego i wojenny dramat miasta, który odmalował Stefan Türschmid. Autor podarował mi historię swojej rodziny, która jest swoistym zaproszeniem do wyjątkowej historycznej podróży. Tutaj nie mam jak dotąd przeczytanej jednej strony, co niewątpliwie wkrótce będzie miało miejsce, stąd w formie puenty opis książki zaczerpnięty ze strony Wydawnictwa ARCANA. Te cztery akapity, których dotykam dają już pogląd na to, jak wielkim literackim wyzwaniem będzie ta rodzinna historia:

Franz, pierwszy Türschmid osiadły w Polsce, przybył z Bawarii z grupą osadników niemieckich. Było to niedługo po pierwszym rozbiorze Polski, w roku 1786. Franz był moim praprapradziadkiem. Osadnicy byli wspomagani finansowo przez cesarza Józefa i mieli germanizować zasiedlone ziemie. Ale Türschmidowie polonizowali się. Syn Franza, Julian, był muzykiem, według przekazu rodzinnego - uczniem Beethovena. Ożenił się z Konstancją Jankowską, polską nauczycielką. Ich dzieci mówiły w domu po niemiecku i po polsku. Ich wnuk Feliks jako siedemnastoletni chłopiec uciekł do Powstania Styczniowego 1863 roku. Był niemal zupełnym samoukiem. Pisał piękne wiersze po niemiecku, po ukraińsku, nawet po francusku, ale przede wszystkim - po polsku. Pozostawił też wspomnienia. Są częścią tej książki.
Syn Feliksa, wybitny chirurg Wilhelm Türschmid za współpracę z AK został w 1940 roku aresztowany i trafił do Oświęcimia. Pracował w szpitalu obozowym i był kochany przez swoich pacjentów, nie tylko za to jak ich leczył, ale też, jak potrafił podtrzymywać ich na duchu. W ich wspomnieniach jest postacią zupełnie niezwykłą. Odmówił podpisania volkslisty, był torturowany przez obozowe gestapo i został w 1942 roku rozstrzelany pod ścianą śmierci bloku jedenastego. Pośmiertnie odznaczony Virtuti Militari.
Jego córka, Rysia jako siedemnastolatka walczyła w Powstaniu Warszawskim, była łączniczką na Żoliborzu. Za odwagę i poświęcenie została odznaczona Krzyżem Walecznych. Jako pierwsza w swoim plutonie.
Bratanek powstańca styczniowego Feliksa, inżynier Robert  Türschmid kilka dni po ataku Niemiec na ZSRR - narażając życie - przeprowadził ze Lwowa do Warszawy, swego ojczyma Żyda, kapitana Wojska Polskiego, doktora Wilhelma Stütza.  Odtąd doktor pod nazwiskiem Wincenty Lubaczewski mieszkał w podwarszawskim Zalesiu w domu rodziny Roberta. I przeżył okupację. (…). W 1947 roku Robert Türschmid został aresztowany przez UB i skazany za sabotaż przeciwko władzy ludowej. Przesiedział w więzieniu ponad rok. Był moim Ojcem. (fragment wstępu)