Google+ Followers

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Internetowa cela

--@- @ -@-- 

Przyszła pora Iwono Droga, aby zakończyć mą opowieść. Jeśli nikt mi nie przeszkodzi zrobię to właśnie dzisiaj. Masz rację, Edmonton, to mój syn Robert. Jakiś czas temu pisałem właśnie o nim. Pomyślałem sobie wtedy, że będzie to sprytny wybieg, że jeśli nie będę pisał o sobie kłamstwa, to w ten sposób się uda. Jednak myliłem się, mimo wszystko, to i tak było kłamstwo, lecz bardzo wyszukane. Raz jeszcze przepraszam. 
On ukończył politechnikę, został inżynierem, ja poznawałem budownictwo od podstaw, jako zwykły robotnik. Światowe Centrum Finansów, kompleks wielu obiektów, łącznie z dwiema wieżami, które jak dobrze wiesz, zniknęły z powierzchni ziemi. Kilka innych budynków uległo również zniszczeniu lub zostanie rozebranych, gdyż zostały zbyt mocno uszkodzone. 
Przychodziłem rano do pracy, trafiłem do brygady jakiegoś Polaka, co dla mnie, obcego w tym mieście było zrządzeniem losu. On pomógł mi przetrwać pierwszy, trudny okres, znalazł dla mnie mały pokój w kamienicy, w której mieszkał. Miał żonę i trójkę dorastających dzieci. Roman Wyszomirski, świetny był z niego człowiek. Z czasem bardzo się polubiliśmy i traktował mnie prawie jak syna. Przychodziłem do nich na wieczorne posiłki, na niedzielne obiady. Odkrywał przede mną wspaniałe tajniki budownictwa. Pokazywał projekty, opowiadał o nich z wielką pasją, a jednocześnie z wielką znajomością zagadnienia. 
Opowiedziałem mu swoją historię, to, jak się tu znalazłem. Opowiedziałem, o zmarłym wujku Klaryski, o Niej i o moim małym synku. Tak bardzo za nimi tęskniłem, jednak pierwszy list wysłałem dopiero po miesiącu. Podróżował do Europy kolejne dwa. Później pisałem częściej, przynajmniej co dwa tygodnie. Nie wiedziałem, że nie docierały do mojej żony i rodziny. Dopiero któryś z kolei, bez cenzury, zupełnie przypadkiem trafił do Klaryski. Jakaż musiała być Jej radość! W odpowiedzi po kilku miesiącach dostałem pierwszy list od mojej kochanej żony wraz ze zdjęciem Roberta, który miał już prawie trzy lata. O telefonach nikt wtedy nie myślał, zresztą dodzwonienie się na białostocką wieś nie było wtedy możliwe. 
Właśnie z tego listu dowiedziałem się o sytuacji w kraju, o Poznaniu, Gdańsku, o problemach, jakie mogą być z Jej ewentualnym wyjazdem. Nie wiem, jak to się stało, że uniknął cenzury. Było w nim tak wiele odważnej treści. W tym czasie udało mi się zaoszczędzić sporą sumkę. Praktycznie na nic nie wydawałem, żyłem skromnie. Dzięki Romanowi bardzo powoli poznawałem różne zagadnienie, pracowałem w różnych miejscach. Szybko się uczyłem, kręciło mnie to wszystko.
Cały czas myślałem o tym, jak sprowadzić tutaj żonę i dziecko. Miałem świadomość, że potrwa to jeszcze jakiś czas, jednak robiłem wszystko, aby maksymalnie go skrócić. Choć mogłem liczyć na pomoc Ambasady, to sytuacja w kraju wszystko blokowała i utrudniała. 
Roman cały czas mnie wspierał, praktycznie byłem już członkiem jego rodziny. Bardzo dobrze porozumiewałem się z jego córkami, opowiadałem im o kraju, pomagałem w nauce. Miały we mnie praktycznie starszego brata. Gdzieś obok była grupa znajomych, Polaków, Amerykanów, Węgrów, Rumunów. Poznałem jazz i po drodze nauczyłem się grać na trąbce. Tak minęły trzy lata. Bardzo długie i bardzo samotne. Pisałem do Klaryski, ona do mnie, jednak z każdym listem topniała Jej nadzieja na podróż za ocean. Nie pisała o tym, wprost, ale czułem to czytając Jej słowa.
Te trzy lata sprawiły, że dzięki ciężkiej pracy, dużej inteligencji, wsparciu Romana zostałem kierownikiem dużej brygady. Miałem teraz pod sobą ponad stu ludzi, konkretną pensję. Miałem już własne mieszkanie i nawet zdążyłem dorobić się starego samochodu. Prawo jazdy zrobiłem dosyć szybko. Wszystko było super, lecz tylko pozornie. 
Gdzieś wewnątrz zaczęła pojawiać się frustracja, bezsilność, brak wiary w możliwość sprowadzenia rodziny. Robiłem, co mogłem, pisałem listy, Ambasada była już mną znudzona i obiecywała wszelaką pomoc, jednak kochany kraj nie chciał wypuścić Klaryski i Roberta „za żelazną kurtynę”. Naród amerykański był wrogim narodem, kapitalizm był grzechem, przekleństwem, zarazą. 
Nie wiem, w którym momencie zacząłem zaglądać do kieliszka. Z początku nic nie zapowiadało późniejszej tragedii i nałogu w jaki wpadłem. Grałem na trąbce w jazzowej grupie, byłem gwiazdą, ludzie przychodzili, aby mnie słychać. Stawiali kolejki, ja piłem i nie wiem, kiedy zacząłem sam pić. Do dziś tego nie pojmuję, alkohol zaczął mi coraz częściej towarzyszyć. Jednak przez długi czas potrafiłem się kontrolować. 
Roman mnie obserwował i wiedział, że coś jest ze mną nie tak. Jednak o nic nie pytał. Jeśli chodzi o mnie, straciłem nadzieję, zaniedbałem pisanie listów, dolary zamieniały się w puste butelki, których tak dużo stało już w moim mieszkaniu. Pewnego dnia wpadł Roman, aby zabrać mnie na obiad i wtedy wszystko stało się dla niego jasne. Jego złe przeczucia na jego nieszczęście się sprawdziły. Choć robił, co mógł, aby wyciągnąć mnie z tego dołka, dla mnie było chyba zbyt późno. W ciągu kilku miesięcy stoczyłem się na dno. Piłem, rano brałem zimny prysznic i przez jakiś czas nikt o niczym nie wiedział. Maskowałem się bardzo dobrze. Miałem świadomość, że jeśli się nie pozbieram może dojść do tragedii. Tydzień później z powodu mojego zaniedbania, pojawienia się w pracy pod wpływem alkoholu, bez względu na to, ile go było, zginęło w katastrofie moich pięciu ludzi. 
Tych, którzy mnie cenili, podziwiali, szanowali. Dla nich byłem wzorem, jak swego czasu wzorem dla mnie był Roman. Byłem dobrym szefem, równym kumplem po pracy. Dwóch osierociło dzieci i żony, trzech było kawalerami. 
Rozprawa trwała tylko kilka dni. Przesłuchano świadków, ława przysięgłych nie miała trudnego zadania, gdyż wykazałem pełną skruchę. Już całkowicie trzeźwy i świadom swych słów przyznałem się do zaniedbania i spowodowania nierozważną decyzją tej strasznej tragedii. Zasądzony wyrok – czterdzieści siedem lat. 28 grudnia miną dwadzieścia dwa lata od czasu, gdy zostałem pensjonariuszem więzienia stanowego w Nowym Jorku. Przy dobrym sprawowaniu miałem szansę wyjść za jakieś dziesięć, może trochę wcześniej.
Z komputera w więziennej bibliotece piszę każde z tych słów. Jesteś pierwszą osobą, której opowiedziałem szczerze całą historię. I choć Cię nie znam, wiem, że wybrałem odpowiedniego słuchacza. Teraz wiesz o mnie praktycznie wszystko. Gdybyś kiedyś przypadkiem spotkała mojego syna, opowiedz mu o mnie, powiedź, że bardzo chciałbym go poznać. Żyję w tej internetowej celi już tak długo, a on jest już dorosłym człowiekiem. 5 stycznia będzie obchodził swoje trzydzieste piąte urodziny. 
Czy warto coś jeszcze dodać? Wkrótce Boże Narodzenie, nie wiem, czy w ciągu najbliższych dni zbliżę się do komputera, więc chciałbym już teraz złożyć Tobie najlepsze życzenia. Wiele radości, szczęścia, miłych, zdrowych świąt w gronie rodzinnym. Niech moc narodzonego Jezusa będzie z Tobą Iwono. Wybacz, ale wzruszyłem się i teraz się pożegnam.
Gdybyś chciała zadzwonić, wiem, że to niedorzeczne, ale może kiedyś skorzystasz z tego numeru... Swoim telefonem sprawisz mi wielką niespodziankę. 
Nie znikaj z mego życia, proszę. W.

--@--@- @ -@--@--

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.