Google+ Followers

poniedziałek, 5 października 2015

Beck Weathers, Stephen G. Michaud - Everest. Na pewną śmierć

Umrzeć i zmartwychwstać...

Gdy znajdziemy się w Strefie Śmierci, powyżej ośmiu tysięcy metrów nad poziomem morza, myśl o jedzeniu zwykle wywołuje u nas obrzydzenie. Nawet, jeśli zmusimy się do przełknięcia jakiegoś pokarmu, nasz żołądek i tak go nie strawi. Jednocześnie spalamy około dwunastu tysięcy kalorii dziennie, co oznacza, że aby utrzymać się przy życiu, organizm musi pożerać własną tkankę - ponad kilogram mięśni dziennie.

Na kilkadziesiąt stron przed końcem lektury w nieplanowany zupełnie sposób miałem okazję poznać filmową wersję książki, Everest. Na pewną śmierć. Teraz już wiem, że jest to jeden z niewielu przypadków, gdzie film i książka stanowią integralną całość wzajemnie się uzupełniając.
10 maja 1996 roku okazał się najtragiczniejszym dniem w historii wypraw na najwyższą górę świata. Tego dnia również chętnych do zdobycia szczytu było wyjątkowo dużo, co może brzmieć dziwnie, na wysokości 8 000 metrów n.p.m. trzeba było czekać godzinami, aby wspiąć się do góry wykorzystując pogodowe okno. W miejscu, gdzie grę odgrywały minuty i cząstki godziny, czekanie kolejnych godzin na zrobienie kroku do przodu wydawało się absurdem.
Beck Weathers wychował się w rodzinie wojskowej, a to sprawiło, że przenosił się co jakiś czas z jednego miejsca na drugie. Z jednej bazy amerykańskich sił powietrznych do kolejnej. Brakowało czasu na przyjaźnie, koleżeństwo, dłuższe znajomości. Stąd tak naprawdę długo nie potrafił zająć się czymś, w czym czułby się swobodnie. W konsekwencji ukończone studia medyczne, szczęśliwa rodzina, stabilizacja życiowa. Tak Beck Weathers mógł się prezentować na pierwszy rzut oka. Ale od zawsze była w nim jakaś emocjonalna zadra. Depresja rosła i nawarstwiała się w nim każdego dnia.
Ucieczką od rosnących napięć mogły być praca, liczne pasje, dziesiątki przebiegniętych kilometrów. To wszystko nie pozwalało jednak uciec od tego, z czego Beck zaczął zdawać sobie sprawę i czym dzielił się z żoną, a co w żaden sposób nie wpływało na budowanie ich związku - coraz częściej pojawiały się myśli samobójcze.
Widać to w zachowaniu Becka w filmie. Widać jego zacięcie, pozorne tylko wyluzowanie, jakże odmienne zachowanie od innych uczestników wyprawy. Widać, że coś jest z nim nie tak. Książka jednak odkrywa i pokazuje znacznie szersze spektrum. Everest. Na pewną śmierć stanowi żywy reporterski  zapis życia, śmierci i zmartwychwstania człowieka i jego tak naprawdę drugiej szansy, jaką dostał od Najwyższego. Zanim zmierzył się z Górą Gór i dotarł prawie na sam szczyt był bliski sięgnięcia po swoje ulubione magnum:

Chyba najgorszy moment, gdy przestraszyłem się samego siebie, nadszedł pewnej nocy: siedziałem na sofie, trzymałem w ręce moje magnum .357 i myślałem, że to dobra pora, żeby pożegnać się ze światem. Miałem wtedy w sobie pewność, że to, co w głębi duszy myślę o samobójstwie, w końcu zamieni się w czyn. Czułem, że tak naprawdę nie ma innego rozwiązania, innej drogi ucieczki niż góry.

Nie bez powodu pojawia się określony fragment na początku tekstu. W filmie widać doskonale jak szybko znikała z człowieka energia, jak wiele wysiłku musiał włożyć w to, aby dotrzeć do określonego pułapu. Co gorsze i o czym wspominałem, kumulacja czterech ekip, które w tym samym czasie zamierzały atakować Everest nikomu się nie przysłużyła, a jedynie doprowadziła do tragedii.
Beck pomimo zdobycia ośmiu innych wysokich gór był amatorem porywając się na Górę Gór. Zyskał określone doświadczenie, każda wyprawa go czegoś nauczyła, ale nie był himalaistą i w żaden sposób nie był przygotowany na to, co wkrótce miało go spotkać. A jednak zainwestował w wyprawę duże pieniądze i postanowił zdobyć Everest.
Jego książka jest doskonałym świadectwem tego, jak wiele trzeba przejść, aby nagle odkryć samego siebie. Żyć bez odmrożonych dłoni, nosa, przejść kilkanaście skomplikowanych operacji, ale jednak żyć. Liczne relacje żony autora Peach, jego dzieci i znajomych, uczestników wyprawy dodatkowo podkreślają nie tylko kim był Beck Weathers przed tym zanim umarł, ale też kim się stał, gdy po 12 godzinach zszedł samodzielnie z góry odmrożony, ślepy (problemy ze wzrokiem miał już znacznie wcześniej, a przeprowadzona operacja rogówki odbiła się negatywnie w trakcie wyprawy), wciąż jakby odrobinę martwy, ale jednak żywy. Najbliżej Najwyższego, jak to tylko możliwe dokonało się coś, w co nikt nie potrafił przez chwilę uwierzyć.
Książka dopowiada, podkreśla, omawia i podsumowuje wszystko to, czego film w swych 120 minutach, choć w genialny sposób, nie jest w stanie przekazać. I w formie puenty pewna myśl, która pojawiła się na długo przed tym zanim autor postanowił się zmierzyć ze szczytem marzeń:

Z wyprawy na Popocatépetl (wulkan w Meksyku na wysokości 5425 m n.p.m.) przywiozłem też kilka innych wniosków: zrozumiałem, jak wszystko musi się doskonale układać i zazębiać, by wspinaczka zakończyła się sukcesem; jak wiele zależy od przypadku; jak łatwo wszystkie plany mogą wziąć w łeb; jak coś, co na poziomie morza wydaje się drobną niedogodnością, na dużej wysokości rozrasta się do przerażających rozmiarów.

Jak oczekiwanie na Roba pod szczytem przez kilka godzin, kiedy ten miał nigdy z niego nie zejść...

Cyt. frag. pochodzą z: Beck Weathers, Stephen G. Michaud, Everest. Na pewną śmierć, Wydawnictwo AGORA SA, Warszawa 2015
Everest, reż. Baltasar Kormákur, dystrybucja UIP

Artur G. Kamiński 
Więcej o książce na Lubimyczytac.pl