Google+ Followers

piątek, 2 października 2015

Internetowa cela

XXXIII
Nie lubiłem świąt! Nie lubiłem świąt, gdy musiałem właśnie wtedy znaleźć się na lotnisku. To, co się wtedy działo, przyprawiało mnie o szok. Tak naprawdę zawsze czekałem na te święta, ale kiedy przychodziło do odlotu w Wigilię i wokół ciebie kręciło się mrowie ludzi, kiedy giną bagaże, kiedy nawet na lotnisko trudno się dostać, właśnie wtedy człowiek na dobre tracił dobry humor. 

Samoloty odlatywały z dużym opóźnieniem, gdyż właśnie wczoraj zdążyła przełamać się pogoda i na zewnątrz panowały egipskie ciemności. Sypał śnieg, bardzo mocno wiało, do tego kilkustopniowy mróz. Nie miałem pewności, kiedy odlecę, kiedy wyląduję w Warszawie. Komórki jak na złość nie działały, przy automatach telefonicznych działy się dantejskie sceny. Musiałem jeszcze trochę odczekać z telefonem do Iwony, musiałem wyczuć odpowiedni moment, gdy to mrowie ludzi znacznie się przerzedzi. 
Siedziałem tak smutny i bezsilny. Obok mnie przycupnął na chwilę dziadek z wnuczkiem. Mały, drobny, może siedmioletni chłopiec. Aby czymś go zająć zaczął opowiadać historię o takim właśnie chłopcu, jak jego wnuczek. Spodobała mi się ta historia. Na chwilę we trzech zniknęliśmy z tego przykrego miejsca.

Siedmioletni chłopiec nie wiedział, gdzie się znajduje. Miejsce wydawało się znajome, jednak jeszcze nie rozróżniał kształtów ani kolorów. Coś docierało do jego świadomości. Nie był sam! Ktoś jeszcze był tuż obok? Czuł jego oddech na swoich włosach, przynajmniej tak myślał. Oczy bardzo powoli zaczęły przyzwyczajać się do ciemności. Zaczynały wyłaniać się z tej smolistej czerni pewne kształty. Obcych było więcej! 
Ostatnim faktem, jaki do niego docierał, była bardzo dziwna podróż w dół. Jakby w otchłań, tam, gdzie nigdy nie dotarł żaden promień słońca...

Wyszedł na spacer. Miała to być letnia, krótka wycieczka. Ścieżki, które zaczął dopiero poznawać. Od niedawna przestał bać się lasu. Z pozoru zwykły chłopiec, taki, jak jego koledzy, wesoły, radosny, uśmiechnięty, a jednak trochę inny. Kiedyś, gdy był mniejszy, śnił mu się las. Wielki, stary i ciemny. Coś w nim go przeraziło. Szedł, szedł, później zaczął biec, drzewa zaczęły go łapać. Upadł i jeszcze raz, kolejny upadek. Konary dotykały jego jasnej główki, nogi już tak bardzo bolały. Ze stłuczonych kolan leciała krew, ale nie czuł tego. Musiał zapomnieć o bólu, musiał uciekać przed głosem. Zimnym, skrzeczącym i takim strasznym. Próbował uświadomić sobie, że to tylko sen, że zaraz się obudzi, jednak nie był w stanie. Nawet wmawiał sobie, że jest dorosły. Może, gdyby właśnie był dorosły, być może wtedy poradziłby sobie z tym strachem, jednak był mały. Był chłopcem, którego sparaliżował strach. Nie był w stanie przekonać samego siebie, nie potrafił.

W tym śnie uciekał każdej nocy. Zawsze gonił go ten dziwny i straszny głos. Przez miesiące, noc w noc. Wciąż to samo. Wreszcie sam, nie prosząc rodziców o pomoc, znalazł lekarstwo na straszny sen. Musiał iść do lasu.

Już wiedział, gdzie jest, miał tę świadomość pomimo strachu, jaki go ogarniał. Dostrzegł oczy, poczuł oddech, dostrzegł drugą parę oczu przypatrujących mu się życzliwie. Zielone i świecące. Nagle przestał się bać, zafascynowały go. Nie mógł się jednak ruszyć. Noga utkwiła między korzeniami. Jego wysiłki nie przynosiły żadnego rezultatu. Ktoś jednak zauważył jego próby wydostania się. Oczy się zbliżały...

Bał się lasu, ale lubił go. W dzień taki dostojny, bezpieczny, taki duży, taki ogromny. Nie potrafił tego ogarnąć. Lubił jego ciszę, lubił się mu przypatrywać, obserwować. Słuchać ptaków, dzięcioła, tego samego, którego czasami widział. Tę jego białą łątkę na główce. Mały, siedmioletni chłopiec lubił ten wielki las. Wysokie, olbrzymie drzewa fascynowały go. Wysokie do samego nieba. Często przechylał głowę i próbował liczyć. Próbował liczyć takich chłopców jak on, jeden na drugim i jeszcze jeden i jeszcze. Był już duży, nie używał paluszków do liczenia, jednak zawsze w pewnym momencie nie wiedział, co powinno być później. Szedł przed siebie, w swych białych, sportowych butach, w jasnych ogrodniczkach z szelkami na ciemnej koszulce. Na wszelki wypadek miał przy sobie w kieszeni kanapkę, gdyby coś się stało. Ale co mogło mu się stać w tym wielkim, bezpiecznym lesie?

Obiecał sobie, że nie będzie daleko odchodził od domów, od ulicy, od miasteczka. Obiecał sobie, że postara się słyszeć jego odgłosy. Jadące samochody, rozmawiających ludzi, bawiące się dzieci. Ale, czym dalej szedł w las, tym bardziej go on pochłaniał. Zapomniał o ulicy, o swoim domu, o samochodach. W pewnym momencie nie widział i nie słyszał już nic. Nagle otaczał go las z każdej strony. Wielkie drzewa, zielone paprocie, zielony mech i on w tej zieleni. Sam, a nad nim błękitne niebo i gdzieś tam ciepłe słoneczko. Pewnie gdzieś tam było. Nie zgubił się, nie zawrócił, szedł dalej przed siebie. Szukał, sam nie wiedział czego. Szukał przygody. Myślał o dziwnych stworach, które czasami sobie wyobrażał. Próbował wyobrazić je sobie nagle w tym lesie. Czy bałby się ich? Czy mogłyby go przestraszyć? Chyba nie. Szedł i myślał i nagle noga nie znalazła już oparcia. Wpadł w dziurę i zaczął gdzieś bardzo szybko wpadać, zapadać się głęboko pod ziemię. 
Ktoś podchodził do niego. To nie mogli być ludzie! Czuł dziwny zapach nieprzypominający mu niczego znajomego. Oczy się zbliżyły i opuściły. W zasadzie to opuszczały się głowy, zęby (chyba?) złapały za korzeń i zaczęły go ciągnąć. Jeden w jedną, drugi w drugą stronę. Pod ręką poczuł sierść. To nie mógł być jego pies. Więc co? 
Świadomość dotarła do niego. Usłyszał szum morza, otworzył oczy, zobaczył plażę i leżące obok niego dwa duże wilki. To one uwolniły go z tej pułapki. Jednocześnie, dopiero teraz, poczuł potworny ból w nodze. Nie mógł się poruszyć. Czy mogła być złamana? I co wtedy powinien czuć? Przynajmniej tak myślał. Wolno odwrócił głowę. Za sobą zobaczył wysokie urwisko, z którego się zsunął. To, dlatego tak szybko zjechał w dół. Ześliznął się jak po lodzie, jeszcze widział wyraźnie ślad. Poza nogą czuł się chyba cały. Nic więcej go nie bolało. Wilki spokojnie podeszły. Stały tuż obok i przyglądały mu się. Nie bał się ich. Pozwoliły się dotykać, pogłaskać. Nagle jednak uciekły.
Uniósł głowę i zobaczył nad sobą krzyczących ludzi. Wołali do niego, wołali go. Po plaży szli również w jego stronę ludzie. Zauważyli go, szli mu na pomoc. Był uratowany, tylko szkoda, że wilki uciekły. (Chłopaki na ulicy nigdy nie uwierzą...) Polubił je. Pozwoliły się dotknąć. Pozwoliły się Mu dotknąć. Był dumny z tego powodu i jednocześnie bardzo szczęśliwy. Było to jego zwycięstwo i będzie o czym opowiadać, tylko czy ktoś mu uwierzy? On jeden mały i dwa duże wilki? To chyba jakaś bajka, powiedzą. Tyle wrażeń w niecałą godzinę, a jakby minęło kilka dni. Czuł, że właśnie kończy się jego wyprawa w nieznane. 
Przygoda przeminęła, gdy dotarli ludzie, a wilków nie było już nawet na horyzoncie...

Tak, przygoda zbyt szybko przeminęła, a wnuczek spał słodko z głową na dziadkowych kolanach. Gdzieś tam w kolejce czekał mój samolot, ale do odlotu, według tego, co udało mi się ustalić miałem przynajmniej trzy godziny. Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, co zrobić z tym czasem. Wszędzie kłębili się ludzie. Na drzemkę nie miałem ochoty, więc pod odstaniu swego w kolejce, zamówiłem herbatę. Gorący płyn podziałał na mnie kojąco. Rozgrzał, pobudził krążenie. Kątem oka dostrzegłem kiosk z prasą i książkami. 
Ponownie musiałem odstać swoje w kolejce. Przez ten czas przyglądałem się tytułom prasowym i książkowym. Gdzieś w tym mrowiu pojawiło się znajome nazwisko – Sparks, Nicholas Sparks. Autor książki, która swego czasu odcisnęła piętno na mej duszy – List w butelce. Tym razem była to inna jego książka, jak dotąd dla mnie nie znana, Na ratunek. Nie zastanawiając się, zapłaciłem i postanowiłem poszukać w miarę przytulny kąt, aby tam oddać się lekturze. Nie wiedziałem, o czym jest ta książka, jednak nie było to ważne. Bardzo podobał mi się jego lekki styl, szczególny sposób opowieści. Miałem wrażenie, że podobnie będzie również w tym przypadku. 
Moją lekturę, nawet nie wiem kiedy, przerwał komunikat, „...LOT, numer 123 do Warszawy. Pasażerów...”. Myślami powróciłem na halę lotniska, gdzie jakby zrobiło się ciszej. Na moje szczęście było kilka wolnych automatów, więc niezwłocznie zadzwoniłem do Iwony informując ją o dużym opóźnieniu. Przez chwilę rozmawialiśmy, tak miło było ją słyszeć. Jeszcze kilkanaście godzin i będzie tuż obok mnie. Już nie mogłem się doczekać. Poza tym kompleks sportowy w Edmonton był moją ostatnią inwestycją. Jeszcze przed zakończeniem prac, przeprowadziłem długą rozmowę z Warszawą mówiąc, że mam dosyć podróżowania. Najwyższa pora, aby ktoś inny zajął moje miejsce. Oczywiście była to bardzo dyplomatyczna rozmowa, a po pewnym czasie zapewniono mnie, że mogę liczyć na pozytywne rozwiązanie tego problemu. Jeśli wiązałoby się to nawet ze zwolnieniem z firmy, cóż, jakoś to przeżyję.

Miałem dosyć podróży, hoteli, budów, przenoszenia się z miejsca na miejsce. To trwało już zbyt długo. To było moje postanowienie noworoczne, a jednocześnie prezent dla Iwony. Oczywiście, jako dodatek do tego, który ukrywał się w mojej walizce. 

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.