Google+ Followers

piątek, 30 października 2015

Internetowa cela

--@- @ -@-- 

Moja Wigilia daleka była od tej tradycyjnej, jednak zrobiłem wszystko, aby choć trochę zbliżyć się do tego wspaniałego, polskiego klimatu. Za zgodą władz więziennych urządziliśmy ją w bibliotece. Złączyliśmy kilka stołów, ustawiliśmy krzesła. Z polskiego kościoła dostarczono opłatek, sianko. Wielu więźniów włączyło się w te przygotowania. Oprócz mnie przebywało tutaj ośmiu innych Polaków. Ale oprócz nich do naszego świętowania przyłączyli się również inni. Prawdziwa wieża Babel. 
Za oknem sypał wciąż śnieg. Już od kilku dni, z małymi przerwami na potężną zawieruchę, która tworzyła wprost nieziemskie zaspy. Lekki mróz, taka zima, jaką można sobie tylko wymarzyć, lecz nas oczywiście wcale to nie cieszyło. Nikt z nas przecież w najbliższym czasie nie wybierał się w góry, aby poszaleć na stokach, jednak to było miłe. Regały z książkami przystroiliśmy kolorowymi girlandami, w kącie stała również mała, żywa choinka. O tradycyjne wigilijne potrawy było trudno, ale jakoś sobie poradziliśmy. 
W odpowiednim momencie zapanowała cisza, wszyscy wstali, a ja, jako gospodarz tego miejsca, powiedziałem kilka gorących słów. Choć byliśmy dorośli, nikt nie krył wzruszenia, nikt nie wstydził się łez. Później składaliśmy sobie życzenia, łamaliśmy się opłatkiem. Dzięki przychylności tych samych władz więziennych, udało mi się zaprosić na naszą Wigilię polskiego księdza, który przed posiłkiem odmówił modlitwę i ofiarował nas wszystkich narodzonemu Jezusowi. 
Później przez chwilę zapomnieliśmy o miejscu, w którym już tak długo przebywaliśmy. Na chwilę od wszystkich się odsunąłem i samotnie w kącie połamałem się opłatkiem z moją kochaną żoną Klaryską, z Robertem i oczywiście z Iwoną. Tak wiele wniosła w tym krótkim okresie czasu w moje szare i smutne życie, tak wiele wniosła w nie radości i uśmiechu. 
Wiedziałem, że teraz będzie mi znacznie łatwiej, że może któregoś dnia ktoś nareszcie mnie odwiedzi. Na początku kilka razy zrobił to Roman, jednak, gdy przestał się pojawiać, dowiedziałem się od jego żony, że zmarł. Przesłałem jej list z moimi kondolencjami. 
Miałem świadomość, że wytrwam do końca, a jeśli zdarzy się tak, że wyjdę wcześniej, wtedy będę chciał przeżyć resztę mego życia w sposób godny. Zapewne wrócę do kraju, choć tego nie byłem pewien. Może powrócę jeszcze do grania na trąbce, na której w ten szczególny wieczór zagrałem kilka tradycyjnych polskich kolęd. 
Jednak to wszystko tak mnie nie wzruszyło, jak zdjęcie, które w formie świątecznego prezentu przesłała mi Iwona. Teraz nareszcie wiedziałam, jak wygląda mój syn. Widziałem w nim moje oczy, usta i nos miał jednak Klaryski. Zasadniczo bardzo był do Niej podobny. Iwona była piękną, wspaniałą kobietą. Radosną, uśmiechniętą, pogodną, pełną życia. Tworzyli wspaniałą parę... 

Dziś drzewa za mym oknem wyglądały szczególnie. Gdzieś tam na horyzoncie słońce chyliło się ku zachodowi rozlewając po niebie ognistą czerwień. Zdawać by się mogło, że niebo płonęło podpalone tysiącami pochodni, a wraz z nim te cztery samotne, stare brzozy. Teraz skąpane w nieogarniętej okiem bieli, która wraz z płonącym niebem tworzyła zaiste cudowny obraz. 
Obraz mojej wyobraźni...

--@--@- @ -@--@--

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.