Google+ Followers

poniedziałek, 2 listopada 2015

Internetowa cela

XXXV
Kilka ostatnich samolotów, spóźnieni świąteczni goście, oczekiwani z wielką tęsknotą domownicy, dziadkowie, tatusiowie, żony, może również przyszli mężowie. Iwona Sobieska, czy może raczej Iwona Micińska-Sobieska. Przymierzałam się do nazwiska, jak do ubrania, jakbym kupowała nowy żakiet lub sukienkę. Z całą pewnością nie o nazwisko tu chodziło, choć ta myśl mi się podobała. Jestem szalona! 
Iwona, za wcześnie na to, zbyt krótko się znacie, a jeśli wkrótce bańka pryśnie – to moje sumienie, a może raczej jakiś wewnętrzny głos, który gdzieś tam słyszałam. Może to i racja, za wcześnie na takie myśli, ale z drugiej strony, co mi szkodzi. Myślenie nie jest zbrodnią, a zawsze to miła perspektywa. 
Na tablicy nareszcie dostrzegłam „Wylądował” zamiast słowa, które zbyt długo tam gościło, „Opóźniony”. Jeszcze kilkanaście minut i ukaże się w drzwiach, przez które było przejście tylko w jedną stronę. Jeszcze trochę cierpliwości. 
Zaczęli pojawiać się pierwsi pasażerowie, równolegle wylądował również Paryż, Sztokholm i Helsinki. Nie było tłoku, ale gorące, radosne powitania. Odczuwałam szczególne napięcie. Jeszcze chwila, jeszcze... Jest!
- Robert! Tutaj!
- Hej! Witaj! 
Padliśmy sobie w ramiona spragnieni siebie, pocałunków, tak bardzo radośni, tak bardzo szczęśliwi.
- Jak minął lot?
- Pomijając fakt, że czekanie się cholernie dłużyło, to jednak nie było tak źle. Najpierw słuchałem pewnej opowieści, która była przeznaczona dla małego wnuczka. Później zacząłem lekturę interesującej książki. Pamiętasz „List w butelce”? Opowiadałem ci o niej.
- Tak.
- Tym razem była to książka „Na ratunek” tego samego autora. Zacząłem na lotnisku, skończyłem w samolocie. Później słodko spałem i zgadnij, o kim śniłem?
- Czyżby o małej Księżniczce?
- O dużej, pięknej Księżniczce. To było naprawdę miłe.
- Chodź, przed nami jeszcze długa wycieczka. Wczoraj byłam w domu na Wigilii, ale o tym opowiem już w trakcie podróży. Jesteś zmęczony?
- Choć trochę spałem, to jednak nic nie zastąpi własnego łóżka. Chyba się zdrzemnę jeszcze w samochodzie. Nie będziesz miała, nic przeciwko temu?
- Nie, w porządku.
Dotarliśmy na parking, opłaciłam postój, włożyliśmy walizkę i torbę Roberta do kufra samochodu. Później bez pośpiechu ruszyliśmy przez Warszawę. To znaczy, ja prowadziłam, a Robert po chwili ułożony wygodnie w fotelu spał, jak małe dziecko. Zmęczenie wzięło górę, ale nie mogłam się dziwić. 
Gdzieś w tle spokojnie grała muzyka, nawet nie wiem, kiedy wyjechałam ze stolicy. Wokół biało, całe masy śniegu, nie mówiąc już o moich rodzinnych stronach, gdzie były go całe masy. Poranna podróż trwała blisko pięć godzin, droga powrotna zapewne tyle, a może i dłużej. Warunki były znośne, ale nigdy nic nie wiadomo. 
Moją ciszę przerwały słowa Roberta.
- Witaj ponownie piękna kobieto.
- Jak się spało?
- W sumie nawet nieźle. Wygodne masz fotele, prawie, jak bym spał w łóżku. Czuję się dużo lepiej. Mam dla ciebie dobrą wiadomość...
- Ja też...
Oboje, jak się to często zdarza powiedzieliśmy to jednocześnie.
- Ty pierwszy Robercie.
- Ale kobiety mają pierwszeństwo.
- Dobra, dobra, no już.
- Przed wyjazdem z Edmonton rozmawiałem z Warszawą. Powiedziałem, co myślę i że szczerze mówiąc mam już dosyć podróżowania. Chciałbym na stałe wrócić do biura i zająć się ponownie projektowaniem. Szefostwo trochę marudziło, ale wreszcie uległo. Od nowego roku koniec z podróżami, przynajmniej tymi służbowymi, bo na wycieczki z Tobą zawsze się piszę. Jest jeszcze coś w walizce, ale to później.
- To cudowne! Tak bardzo się cieszę!
- Teraz twoja kolej, jaką masz dla mnie nowinę?
- Muszę ci powiedzieć, że może cię to bardzo zaskoczyć. Może wywołać duży szok. Jesteś przygotowany?
- Chyba nie jesteś w ciąży?
- Nie..., a chciałbyś, abym była?
- Sam nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
- Kiedyś zaczęłam z kimś korespondować, taka w sumie wesoła zabawa. Mniej więcej w tym czasie pojawiłeś się ty. Wciąż mam kilka korespondencyjnych znajomości na całym świecie, ale ta była i jest szczególna. Ten człowiek zaczął opowiadać mi swoje, pełne doświadczeń życie. Chwile wesołe, radosne, ale też smutne, pełne bólu. Nie chciałam nic mówić tobie, do czasu, aż zakończy swoją opowieść, ale zdarzyła się cudowna sprawa Robercie. Nie wiem, jak to powiedzieć? – Przez chwilę milczałam i zatrzymałam na poboczu samochód. – Stanęłam, aby ci powiedzieć, że tym człowiekiem jest Wiktor Sobieski, twój ojciec Robercie. Nie potrafiłam w to uwierzyć, ale tak to wygląda. W swoim ostatnim liście podał swój numer telefonu i zadzwoniłam do niego, to naprawdę on, Wiktor, twój ojciec.
- Nie wiem, co powiedzieć. Tak wiele pytań, a żadne nie przychodzi mi do głowy. Czy on..? Sam już nie wiem.
Przez chwilę milczeliśmy, później cicho się odezwałam.
- W bocznej kieszeni, na drzwiach jest teczka. Tam znajdziesz wydrukowane wszystkie maile ode mnie i od niego. Jeśli chcesz, sądzę, że to będzie lepsze rozwiązanie niż miałabym ci o nim opowiadać. Powiem tylko, że tak bardzo się cieszę z tego powodu.
Ruszyłam w dalszą drogę, radio cichutko grało, poza tym nie mówiliśmy nic. Robert sięgnął po teczkę i przez chwilę nie wiedział, co z nią zrobić. Jakby go parzyła, jednak ciekawość, a jednocześnie wielkie wzruszenie wzięło górę. Zaczął czytać powoli, słowo za słowem, czasami wracał do pewnych myśli. Prowadząc samochód, czasami kątem oka spoglądałam na niego. Na twarzy ukrywała się radość, niedowierzanie, wzruszenie, po policzkach płynęły łzy. Nie było tego dużo, jednak zajęło mu to dłuższą chwilę.
- Dziękuję Iwonko, tak bardzo dziękuję...
Więcej nie potrafił nic już powiedzieć, płacz przynosił ulgę, rozładowywał napięcie, był kojący. Robert nie wstydził się łez. Dawno nie widziałam mężczyzny płaczącego z radości, z wielkiego wzruszenia. Przez całą tę historię sama się wzruszyłam i delikatnie wycierałam łzy, aby nie rozmazać makijażu. W takim stanie dotarliśmy do Pustyszowa, pod jego dom.
- Jesteśmy Robercie na miejscu. Mam dla ciebie zaproszenie na jutro od moich rodziców. Przyjedziesz?
- Co? A, tak, przyjadę, bardzo chętnie. Teraz jednak czeka mnie trudna chwila. Teraz, kiedy znam całą historię mogę spokojnie porozmawiać z mamą, choć będzie to trudne.
- Wszystko będzie dobrze, znajdziecie wspólną drogę. Pozdrów ją ode mnie, pozdrów ją również gorąco od Wiktora, od twojego ojca. Wiem, że tego by sobie życzył. Jutro na ciebie czekam.
- Dziękuję Iwonko za wszystko, łącznie z przyjechaniem po mnie. Nie wiem, jak się zrewanżuję.
- Nie musisz nic robić, ważne, że jesteś obok mnie. Tak bardzo cię kocham.
- Ja też cię kocham Iwonko. Otwórz bagażnik.
Pocałowaliśmy się na pożegnanie, wyjął swoje bagaże, wziął ze sobą również niebieską teczkę. Miałam nadzieję, że wszystko będzie w porządku, że jutro przyjedzie do mnie szczęśliwy i uśmiechnięty. Miałam nadzieję, że będzie potrafił porozumieć się z Klaryską, swoją mamą. 
Teraz jednak pozostawała droga do Wiśniowca, tylko pięć kilometrów. Czułam się po całym dniu bardzo zmęczona, ale i szczęśliwa. 
 
Za trzy dni wypadały moje dwudzieste czwarte urodziny.

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.