Google+ Followers

środa, 25 listopada 2015

Lara - Rozdział I

Płynąc przez zatokę myślałam tylko o jednym – nareszcie jestem wolna! Choć jeszcze nie potrafiłam odnaleźć się w nowej rzeczywistości, czułam dużą ulgę. Starałam się nie myśleć o tym, co było, co przeminęło, co pozostaje za mną wraz z wodą oceanu umiejętnie memłaną przez wielkie śruby promu.
Gdzieś tam w miasteczku na wyspie czekała na mnie praca, nowi ludzie, nowe problemy, nowa, jakże trudna rzeczywistość. To, co przeminęło było równie trudne, jak to, co miało się rozpocząć. Czułam lęk przed nowym dniem, przed miasteczkiem, przed tymi ludźmi, którzy w swej łaskawości zgodzili się mnie przyjąć. Powinnam być im wdzięczna za okazaną szansę, ja jednak nie potrafiłam spojrzeć na to właśnie w ten sposób. Za mną stało jeszcze zbyt wiele lęków, zbyt wiele trudnych dni, godzin, minut. Zbyt wiele bólu i to nie fizycznego, ten też mnie czasem spotykał, ale nie to było najgorsze. Ból psychiczny był wprost nie do zniesienia, moja dusza przez tak wiele głuchych nocy krzyczała do Boga. Szukała oparcia w Staruszku, ten jednak albo był zajęty albo nie miałam szczęścia.
Teraz nastała nowa rzeczywistość i w zasadzie nie wiedziałam, jak mam się do niej przygotować. Co powinno być moją zbroją, co tarczą, co mieczem? Czy ludzie, których spotkam będą mną gardzili, czy też przyjmą mnie do siebie? Czułam przez skórę, że przez jakiś czas będę musiała walczyć o przetrwanie, że to wszystko nie będzie takie proste. Czy miałam coś do stracenia? Zasadniczo nic, straciłam już zbyt wiele przed laty, teraz mogłam jedynie liczyć, że poradzę sobie sama ze sobą.
Nie bałam się ludzi, bałam się siebie. Bałam się tego, co może mnie spotkać ze strony mojej psychiki zbyt mocno nadwyrężonej przez upływ czasu. Nie potrafiłam jej jeszcze do końca kontrolować. Czasami pojawiały się dziwne chwile, kiedy właściwie nie wiedziałam, co powinnam robić. Nie, nie byłam psychiczna, jak dotąd nie wylądowałam u czubków, więc chyba nie było tak źle. Choć otarłam się o miejsce, które w jakiś sposób przypominało wariatkowo. A jednak istniał nieopisany lęk.
W powietrzu unosił się słodki zapach majowego poranka, ciepła aura harmonijnie współgrała z morską bryzą. Nad głową latały stada mew, ludzie uśmiechali się do siebie, w oddali majaczyły zarysy Wyspy Zapomnienia. Zaiste dziwna to nazwa, tam właśnie płynęłam, by zacząć nowe życie, poznać nowych ludzi, spróbować odnaleźć utracone szczęście i własną godność.
Miałam nadzieję, że czas przyniesie odmianę z dala od wielkiej cywilizacji, ponurych fabryk, brudnej polityki, wojny w Afganistanie i całej masy równie dziwnych tematów. Liczył się tylko ten piękny dzień, ta spokojna chwila i druga szansa, jaką dał mi los. Miałam nadzieję wykorzystać ją jak najlepiej. Teraz jeszcze nie wiedziałam, tak do końca, jakie są moje największe pragnienia, chciałam je jednak odnaleźć, nadać im konkretne imiona i zadbać oto, aby się wszystkie wypełniły. Może zabrzmi to śmiesznie, ale tak dawno nie jadłam już porządnego śniadania. Marzyłam o jajecznicy na maśle z szynką i świeżym szczypiorkiem, kubkiem gorącej, dobrej herbaty, kilkoma kromkami świeżego chleba z masłem, czemu nie. Może do tego sałatka z pomidorów z dodatkiem cebuli. Być może wkrótce będę mogła pozwolić sobie na takie śniadanie.
W końcu mam pracować w jakieś knajpie, bar „Na wzgórzu”, czy coś tam. Odetchnęłam świeżym powietrzem, uśmiechnęłam się zalotnie do chłopaka stojącego przy drugiej burcie i zamknęłam na chwilę oczy. Nie powinnam tego robić, gdyż ponownie, jakby przywołane, napłynęły bolesne wspomnienia. Przez me ciało przeszedł dreszcz, przez tą krótką chwilę poczułam lodowate zimno.

Właściwie oprócz małego, tekturowego pudełka po jakieś margarynie, w której ukryłam swoje skarby, kilka książek, stare zdjęcia, listy, była jeszcze roślinka, zapomniana przeze mnie, zaniedbana, prawie zwiędnięta. Moje małe drzewko szczęścia, z którego to szczęście chyba gdzieś wyparowało. Zbyt zajęta sobą, przygotowaniem do nowego życia, ukryta we własnych myślach zupełnie o nim zapomniałam. Teraz trzymałam w rękach doniczkę mając nadzieję, że za jakiś czas podniesie konary i powróci weń życie. Znów będzie cieszyć moje oczy żywą zielenią.
Kiedyś natknęłam się na taką dużą roślinkę. Prawdę mówiąc w tej wielkiej doniczce zupełnie zdziczała. Miała wiele odrostów, nikt od dawna jej nie pielęgnował, nie przycinał uschniętych fragmentów, nie podlewał. Robiąc szczególną kosmetykę uświadomiłam sobie, że warto zrobić kilka sadzonek. Odcięłam kilka zielonych łodyżek pełnych życia i każdą z nich wsadziłam do kubka z wodą.
Teraz mając kim się opiekować podlewałam dużą roślinkę i co jakiś czas wymieniałam wodę w kubkach czekając, aż moje sadzonki puszczą wątłe, drobne korzonki. W międzyczasie zaopatrzyłam się w kilka doniczek, trochę dobrej ziemi, czekałam na odpowiedni moment.
Później te dziewięć małych „drzewek szczęścia” rozdałam ludziom. Nie wiem, ile rośnie do dziś, wiem jednak, że to, co zamierzam uratować pochodzi od jednej z tych dziewięciu. A duża roślinka już dawno została ze mną, nie mam pojęcia, co się z nią stało.
Było pudełko, roślinka, był też stary, wojskowy worek, w którym ukrywało się kilka moich rzeczy. Nic wielkiego, skromna garderoba. Wytarte koszule flanelowe, stare dżinsy, jeszcze jedna para dżinsów, (na sobie miałam akurat bojówki), skarpety, bielizna. Wojskowa bluza leżała na torbie, lubiłam ten styl. Prosty, zielony ubiór, przynajmniej w części. Czarne, wojskowe buty, odporne na wszystko i cholernie wygodne. Ubioru dopełniała czerwona, flanelowa koszula z rękawami zawiniętymi do łokci. Luźno rozpięta, biały podkoszulek podkreślał biust, z którego byłam dumna. Włosy spięte w koński ogon, kruczoczarne, piękne, z kieszeni spodni wystawała bandama. Często je nosiłam, lubiłam je. Zielona, niebieska, czerwona, żółta. Praktycznie na każdą okazję.
I nieodzowne okulary przeciwsłoneczne, czasami faktycznie się przydawały. Jeśli nie spoczywały na mojej głowie, to tak, jak teraz w kieszeni na piersi. Jedno ucho włożone do środka kieszeni, reszta na zewnątrz. Choć był maj słońce dawało się już mocno we znaki, a w tej części świata szczególnie lubiło drażnić. Jednak mimo wszystko bardzo je lubiłam, zwłaszcza teraz. Było szczególną oznaką życia, było tym, czego przez wiele lat tak bardzo mi brakowało.

Pan Jakiś tam miał na mnie czekać na przystani. To on prowadził knajpę „Na wzgórzu”, może nawet należała do niego, tego w sumie nie wiedziałam. Ktoś mnie polecił, Ktoś zadzwonił do niego, wiedząc, że szuka dziewczyny do pomocy, że czasem ktoś się pojawia, ale i tak we dwoje często się nie wyrabiają.
Ten Ktoś powiedział mi, że Pan Jakiś tam jest w stanie mnie przyjąć, jeśli w ciągu dwóch dni pojawię się w jego miasteczku. On stawiał warunki, ja potrzebowałam tego zajęcia, miejsce, w którym jeszcze do niedawna urzędowałam przestało już dawno mnie bawić, zresztą, nigdy go nie lubiłam.
Dostałam trochę pieniędzy, pierwszy bilet, dwa pozostałe miałam sama sobie kupić, instrukcje, dałam słowo, że wszystko będzie OK., zwinęłam swój majdan i ruszyłam w świat. Raz na zawsze zamierzałam zamknąć za sobą te drzwi, z nikim się nie żegnałam, nie brałam adresów, nikomu nie mówiłam, że wyślę kartkę, że napiszę. Żyłam z tymi ludźmi, jednak miałam do nich stosunek obojętny. Byli, przeminęli, już o nich zapomniałam z wyjątkiem jednej osoby. Rudobrody był ze mną obecny duchem, to jemu zawdzięczałam to, że właśnie tu jestem.
Podróż trwała kilkanaście godzin. Jeden pociąg, przesiadka na drugi, wcześniej spędziłam pół pogodnego dnia na cichej, małej stacji i wreszcie ten prom, którym płynęłam przez piękną zatokę. Mogłam dotrzeć na miejsce samolotem, ale ze względu na ograniczoną ilość funduszy, a także to, iż lubiłam podróżować, z okien pociągów, czasem siedząc w otwartych drzwiach wagonów towarowych, poznawać piękny świat.
Wyspa Zapomnienia, Zatoka Zakochanych, Wyspa Radości, Wyspa Spokoju – tak dziwnych nazw już dawno nie słyszałam. Jaki mądry człowiek je wymyślił? Pytanie warte miliona, którego nie miałam i którego się nie spodziewałam, a o właściwą odpowiedź było pewnie równie trudno, jak o ten milion. Może kiedyś, sama już nie wiem. Jeden mały milion mógłby się przydać.
Z tej zadumy wyrwało mnie delikatne uderzenie. Uświadomiłam sobie, że przybiliśmy do brzegu. Ludzie zaczęli schodzić na ląd, kilka samochodów zjechało powoli, nie pozostawało nic innego, jak zebrać swoje rzeczy i ruszyć naprzeciw drugiemu życiu. Mimo wszystko troszkę się bałam, troszkę to mało powiedziane, cholernie się bałam! Ale, co tam, jak to mówią, do odważnych świat należy. Głowa do góry, szeroki uśmiech i jakoś to będzie, tak mi zawsze mówili.
Dziś jeszcze nie potrafiłam się tak zachować, może jutro, za rok, może z czasem się uda.