Google+ Followers

wtorek, 1 grudnia 2015

Lara - Rozdział II

O niebieską furgonetkę stał oparty jakiś facet. Na głowie czapka z daszkiem, noga oparta o zderzak, mocne, wojskowe buty, o jakich mogłam jeszcze pomarzyć. Zbyt dobre i zbyt drogie, jak na moje możliwości.
Dłonie oparte o kolano, spokojne, ale jednocześnie surowe spojrzenie mocno niebieskich oczu. Twarz mężczyzny w sile wieku, choć mógł liczyć sobie przynajmniej pięć dekad, może trochę mniej. Już sobie przypomniałam. Pani Jakiś tam nazywał się Michał Strogow i jak mi powiedziano, dawno temu dotarł tu z Rosji. Tylko tyle o nim wiedziałam i jak zdążyłam zauważyć chyba mi się przyglądał. 
Prom dawno odpłynął, ludzie się rozeszli, a ja przez ten czas zrobiłam tylko kilkanaście kroków, tak, aby na przepisową odległość stanąć przed nim. Chyba załapał, co zrobiłam, gdyż twarz jego przeciął lekki grymas, być może czegoś, co nazwać można uśmiechem. Patrzyliśmy sobie w oczy, mierzyliśmy się wzrokiem, przyglądał mi się, od czubków lśniących butów po staranie spięte włosy. Próbował się ponownie uśmiechnąć, jednak osobowość sierżanta nie pozwoliła mu na to. Milczeliśmy, on, gdyż chyba nie wiedział, co powiedzieć, ja, gdyż znałam zasady.
Odchrząknął i wypowiedział pierwsze słowa:
- Ty chyba jesteś tą dziewczyną, o której wspominał Rudobrody. Wybacz, zapomniałem imienia...
Poczułam lekkie drżenie na znajomy dźwięk imienia, lecz jakby nie imienia. Tak przecież zawsze Go nazywałam...
- Lara. Pan Strogow?
- Tak, Michał Strogow. A dalej?
- Dalej? Nie rozumiem.
- Dosyć oryginalne imię, jest do niego nazwisko?
- Dalej już dawno nic nie ma, teraz jest jedynie Lara.
- Znam to imię, teraz jednak nie pamiętam, z czym mi się kojarzy. Tak, czy inaczej, witaj w miasteczku.
- Ja też się cieszę.
Żadne z nas nie przejawiało wielkiego entuzjazmu z tego spotkania, lecz on miał być moją drugą szansą, dzięki niemu miałam odrodzić się na nowo i bardzo chciałam, aby właśnie tak się stało.
- Połóż rzeczy z tyłu i wskakuj, dziś na szczęście nie spodziewam się zbyt wielu klientów, więc jest trochę czasu. Oboje chyba lubimy to samo, wojskowy dryl, dlatego myślę, że się jakoś dogadamy. Wyświadczam komuś przysługę i mam nadzieję, że nie będę tego żałował. Rób swoje, wtedy wszystko będzie w porządku. Niewiele osób wie przez co przeszłaś, sądzę, że tylko ja, więc mam nadzieję, że zdążysz się zadomowić zanim pojawią się dziwne plotki. Ja dam ci szansę, z resztą radź sobie sama. To tyle, rozumiemy się?
- Tak, proszę pana.
- Nie mów do mnie „proszę pana”, nie cierpię tego, pomimo tego, co oboje zauważyliśmy na samym początku, kiedy mierzyliśmy się wzrokiem. Wystarczy Michał.
- Tak, Michał, podobają mi się twoje buty...
- Mi się też podobają, mam wrażenie, że znajdziemy wspólny język, jak już wspominałem. Nie mam zamiaru ci nic nakazywać, ani zakazywać, ale są pewne zasady, których przestrzegania będę wymagał. Kiedy schodzą się ludzie z tartaku robi się naprawdę gorąco, wtedy zapomnij o wszystkim, poza tym, co akurat musisz i powinnaś zrobić. I jeszcze coś, będziesz miała swój pokój, nie jest duży, ale mam nadzieję, że ci się spodoba. Nie wolno ci jednak przekroczyć progu pokoju, który ci wskażę. Rozumiemy się?
- Tak, Michał.
Przez okno samochodu przyglądałam się ludziom, kiedy skończyliśmy tę pierwszą, krótką rozmowę. Był jakiś dziwny, jak prawie każdy sierżant. Nie znałam ich wielu, praktycznie nie znałam żadnego, jednak tak właśnie myślałam. Z marszu pokazywał, kto, gdzie stoi. Skoro to lubi, niech się w to bawi, mi to specjalnie nie przeszkadzało. Życie nauczyło mnie już słuchania rozkazów. Do wszystkiego mogłam się przyzwyczaić, a plotki, cóż, chyba nie mogłam ich uniknąć i wiedziałam, że przyjdzie taki czas, iż będę musiała się z nimi zmierzyć.
Teraz jednak widziałam zadbane, kolorowe domy, zielone trawniki, po obu stronach głównej ulicy rosły stare, wysokie topole. Gdzieś tam z boku umknęła wieża kościoła, małe sklepy przemykały po lewej i prawej stronie. Chodniki z czerwonej i białej kostki, kilka ławek, kosze na śmieci, czysto i schludnie, aż trudno było w to wszystko uwierzyć. Zbyt piękne, aby było prawdziwe, a jednak nie był to sen.
I ludzie, którzy się nam przyglądali. Michał, który machał im na powitanie, ich spojrzenia i miny świadczące o tym, iż wiedzieli, kogo wiezie. Już pewnie wszyscy mieli świadomość, że dziś „Na wzgórzu” zamieszka Ta Nowa.
No cóż, witam was wszystkich i każdego z osobna. Mam nadzieję, że wystarczy mi sił, aby się z wami zmierzyć, z waszą małomiasteczkową zawiścią, dziwnymi spojrzeniami i szeptaniem za plecami. Chyba nie mogłam spodziewać się czegoś innego, inne przywitanie zapewne nie wchodziło w rachubę, choć w przyrodzie wszystko jest możliwe. Mogłam się mylić, być może nikt nie będzie mnie obgadywał, może będzie zupełnie inaczej, niż przyjęty z góry czarny plan.
Mimo wszystko chciałam zagrać tymi kartami, choć nie wszystkie jeszcze znałam. 
To ja, Lara, młoda kobieta, która nareszcie chce cieszyć się życiem, kochać i być kochaną. Gdy tak przyglądałam się Michałowi uświadomiłam sobie, że pod tym przebraniem ukrywał się faktycznie prawdziwy żołnierz, może były najemnik, może ktoś zupełnie inny. A może jedynie zwykły człowiek. Jego kroki, ruchy, nawet sposób, w jaki obserwował jezdnię przed sobą, to wszystko tak wiele mówiło. Choć nigdy nie miałam z takimi ludźmi nic wspólnego, widziałam w Michale żołnierza. I te krótkie włosy, kiedy poprawił czapeczkę.
Byliśmy sobie w pewien sposób bardzo bliscy, ja też wróciłam z frontu, walcząc o przetrwanie przez wiele lat wśród rodziców i ich znajomych i znajomych tamtych znajomych. Miałam nadzieję, że kiedyś opowie mi swoją historię.
Teraz jednak nasza krótka wycieczka dobiegła końca.
- Jesteśmy na miejscu, wyskakuj!
- Tak, Michał.
Nie wiem, jak duża była wyspa, w sumie nic o niej nie wiedziałam. Każdy inny człowiek na mym miejscu zajrzałby do atlasu, może encyklopedii, poczytał, dowiedział się czegoś, jednak nie ja.
Lubiłam odkrywać, ruszać zupełnie w nieznane, lubiłam niespodzianki. Przynajmniej od niedawna. Tak też było w przypadku tej podróży. Chciałam wszystko poznać i wszystko też dotknąć, poczuć zimno, skwar dnia, smak oceanu. Żyć i czerpać z niego. Jechaliśmy jeszcze dobrych kilka minut i zatrzymaliśmy się chyba na drugim skraju miasteczka, jadąc cały czas ostro pod górę, o dobry rzut kamienieniem od drogi.
Teraz zrozumiałam, dlaczego ta knajpa miała nazwę „Na wzgórzu”.