Google+ Followers

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Lara - Rozdział IV

Rudobrody odwiedził mnie ponownie. Lubił przychodzić w te szalone wieczory, gdy wszystko wokół wirowało, gdy nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, gdy każda minuta trwała godzinę, a te przemieniały się w wieczność.
Wtedy pojawił się jeszcze On. Kiedyś przez przypadek go zaprosiłam, więc od tamtego wieczoru zaczął się częściej pojawiać. Z początku jego wizyty wypadały bardzo sporadycznie, jednak przyszedł taki czas, że stał się stałym bywalcem „salonów”.
Długi, wełniany, brązowy płaszcz, zniszczony i poprzecierany. Ciemne spodnie, zabłocone buty, ciemny, marynarski golf. Gęsta, ruda czupryna i równie gęsta, duża broda w tym samym odcieniu. W niej to odnalazłam ukochany zapach morza, tego samego, które dopiero po wielu latach mogłam zobaczyć po raz pierwszy. Morza, które od zawsze było mi bliskie, morza, które znacznie później było lekarstwem dla mojej duszy.
Jednak wracając jeszcze do Rudobrodego, jego zgryźliwe, chłodne spojrzenie, gdy mi się przyglądał, mówiło zbyt często: „Zobaczysz, to dopiero początek zabawy. Tak tobą zakręcę, że to, co teraz dzieje się wokół ciebie będzie niczym”. Czasem tak bardzo mnie wpieniał, czasem sprawiał, że pragnęłam go przekląć i przepędzić, jak złego demona, lecz pomimo tego, co działo się wokół mnie miałam tylko jego.
Czasami jego lubieżne spojrzenie, kiedy się szykowałam do snu, kiedy miałam zamiar, choć przez chwilę odpocząć przeszywało mnie na wylot. I choć z początku mogło to być wstydliwe i krępujące, z miesiąca na miesiąc przestało mnie to obchodzić. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że dorastająca dziewczyna mogła zaprezentować swe wdzięki jedynie duchowi, który ukrywał się w jej umyśle. Tak bardzo pragnęła, aby to się zmieniło, aby sen zamienił się w jawę.
Nie pamiętam, w którym momencie się pojawił i jak długo był moim gościem. Z całą pewnością były to lata, jednak pomimo swojej złośliwości i pewnej dawki cynizmu, którą czasem mnie raczył lubiłam go. To właśnie on był mym jedynym przyjacielem z dzieciństwa, mym jedynym azylem w jakże trudnych chwilach, był mym słuchaczem, był cząstką mego życia przez ładnych kilka lat.
Gdy przychodził siadał zawsze na parapecie, opierał swoje wielkie dłonie po bokach, plecami dotykając okna i w tej pozie potrafił mi towarzyszyć przez wiele godzin. Choć jakby zaniedbany, to jednak zawsze roztaczał wokół siebie przyjemny, ekskluzywny, delikatny zapach wody toaletowej, jaka w tym okresie mogła być na rynku. Do dziś czuję ten zapach bliżej nieznanych mi kwiatów.
Kim właściwie był? Nocną zjawą, która pojawiała się w deszczowe wieczory, wymysłem pochodzącym wprost z głowy dziecka, a może kimś zupełnie innym? W tamtym okresie był dla mnie tym wszystkim, co gdzieś tam się pojawiało, lecz zasadniczo nigdy go nie było.
Kiedyś, gdy byłam bardzo smutna uświadomiłam sobie, że warto z kimś porozmawiać, warto odczuć jego obecność. Dlaczego do małej główki, małej dziewczynki przyszedł akurat obraz takiej paskudy? Cóż, na to pytanie nie znam do dziś odpowiedzi. Lecz to jeszcze nic, gdyby ktoś, kiedyś powiedział mi, że oto ten, którego dawno temu sobie wymyśliłam pojawi się na mej drodze, z krwi i kości, a może ja pojawiłam się na jego starej ścieżce, powiedziałabym mu, że zupełnie zwariował!

Pierwsze spotkanie z żywym, jakże materialnym Rudobrodym, (nigdy nie poznałam jego prawdziwego imienia, nigdy mi go nie wyjawił, nigdy też nie zapytałam go oto), było chyba zrządzeniem losu, może to przeznaczenie, a może opatrzność Boska, gdyż gdyby nie on, zapewne bym umarła, gorzej zamarzła.
Opatrzność Boska? Choć miałam jakieś pojęcie, że powiedźmy Bóg istnieje, to zasadniczo było mi to obojętne, nie przywiązywałam nigdy do tego żadnej wagi. Nawet w trakcie pobytu w sierocińcu, gdzie znienawidzone Pingwinice rózgą próbowały mi wmówić, że „Dziecko drogie, Bóg Cię kocha i jest miłosierny”.
Za każdym razem jednak, to bardziej bolała mnie pupa, po cięgach, które zbyt często otrzymywałam, jako niby niesforne, krnąbrne dziecko, choć mam wrażenie, że to ja byłam najbardziej normalna wśród tych nienormalnych, a ból mimo wszystko raz za razem odsuwał mnie od Boga. Na przekór wszystkim znienawidzonym Pingwinicom, zamiast się do Niego przybliżać bezustannie się oddalałam.
Dopiero Rudobrody pokazał mi z czasem, co znaczy wierzyć i jak czerpać siłę z wiary. Jak szukać Boga, bez względu na to, jakie nosi imię? Jak z nim rozmawiać? Moje pytania i wątpliwości potrafił w umiejętny sposób zamienić w jakże przychylne memu sercu odpowiedzi. Nauczył mnie kochać, każdą cząstką mego małego jeszcze serduszka, każde otaczające mnie źdźbło trawy, każdy, nawet najmniejszy promyk Słońca, każdą małą mrówkę, których setki przebiegały pod moimi nogami, kiedy wędrowaliśmy lasem.
Wtedy, w środku zimy, pewnego, lutowego dnia pogoda była paskudna, a raczej w ogóle jej nie było. Sypał gęsty śnieg, wiatr zacinał nim w jakże dziwny sposób, zaspa za zaspą powstawały w mgnieniu oka. I jeszcze ten mróz, który był nie do zniesienia.
W bardzo krótkim czasie znikło piękne Słońce, a miły, zimowy dzień zamienił się w koszmar. Wycieczka, może spacer, a może jedno i drugie, a przy okazji ucieczka z sierocińca, nic już nie miało znaczenia. Zrobiło się szaro, szybko zapadł zmrok, zbyt szybko wydłużały się cienie, by w krótkim czasie powstała prawie smolista ciemność.
Choć zdawało mi się, że byłam dobrze ubrana, jak na takie warunki, to jednak nagły zwrot w warunkach pogodowych sprawił, że po blisko godzinie, nie czułam już prawie nic. Nie wiedziałam, czy mam jeszcze nogi, i czy może nie odpadły mi stopy. Droga, którą szłam w pewnym momencie była już prawie nieprzejezdna. Zresztą samochodu w tej części świata nie widziałam już od wielu godzin.
Śnieg zbyt szybko zasypywał każdy metr wokół mnie, więc o zejście ze szlaku nie było trudno. Zaczęłam powoli tonąć w zaspach, zaczęłam wchodzić w las, zaczęłam również zbyt szybko opadać z sił. O tym, aby zawrócić, aby powrócić do sierocińca, aby być wystawioną ponownie na karę, w tym przypadku zapewne szczególnie wyszukaną, a tym bardziej drwinę w głosie jednej lub drugiej zołzy, nawet nie mogło być mowy. Wolałam na zawsze zasnąć pod drzewem i być, choć przez chwilę wolną, niż wrócić. Zresztą, droga powrotna do sierocińca już nie istniała, już dawno została zasypana przez śnieg.
W ostatnim odruchu świadomości poczułam jedynie, że ktoś mnie bierze na ręce, później był jedynie sen, chyba dosyć długi...