Google+ Followers

wtorek, 29 grudnia 2015

Lara - Rozdział V

Tętniące życiem miasto zamiera. Powoli gasną światła, samochody znikają z ulic, zagubieni przechodnie znikają w bramach kamienic.
Mrok swym całunem obejmuje wszystkich. Wypełnia. Zaczyna swe panowanie. Księżyc, jako neutralny obserwator gości dziś w swej pełnej poświacie. Nie mówi nic, nie musi. Nie potrafi.
Wśród cieni nocy pojawia się młoda kobieta. Wysoka, szczupła, to jedynie można o niej powiedzieć. Jest dosyć ciemno, jest więc jedynie wysokim kształtem.
Jedyne, co ją wyróżnia to zielone, wręcz kocie oczy. To dzięki nim stąpa pewnie bez problemu odnajdując właściwe, nieskażone dziurami miejsca dla swych stóp. Chodzi płynnie, lekko, niezauważalnie.
Nie ma imienia, ma jednak silną osobowość. Bywały momenty, iż tylko dzięki niej mogła przetrwać. Starcie z tym, co czasem wychodzi z mroku dla wielu było już zgubne.
Dokąd zmierza? Kogo oczekuje? Słaby snop światła pada na jej twarz, zmęczenie, krople potu na czole, jednocześnie skupienie, koncentracja. Ciemne włosy, kasztanowe, a może wręcz czarne. Prosty, ładny nos, namiętne, przyciągające uwagę usta...

Znów mrok. Szybki krok, lecz z tyłu też coś słychać. Zatrzymuje się, nasłuchuje, serce bije szybko. Pomimo mocy, którą ma, jest również młodą kobietą, człowiekiem z krwi i kości, osobą, pełną uczuć i wrażliwości. Wszędzie cisza, gdzieś dalej pojedyncze samochody, nie słychać psów, fakt, ich już nie ma.
Do wschodu Słońca jeszcze zbyt wiele godzin...
Noc w nowym miejscu nie była taka, jaką mogłabym sobie wymarzyć. Ten sen powracał zbyt często, ewoluował, czasem coś pojawiało się nowego, lecz dosyć często... Zresztą, miałam nadzieję, że noc w nowym miejscu, łóżku, w nowym życiu będzie inna, będzie lepsza.
Widocznie potrzebowałam czasu, aby się z tym uporać. Upiory dzieciństwa, a także tego, co już przeminęło wciąż ukrywały się po kątach. Użycie miotły, nie, to w zupełności nie wystarczy. Wszak nie mogę oczyścić nią swojego umysłu. To właśnie on jest kluczem do spokojnych nocy, odnalezienia radości, może kiedyś miłości, morze otaczało mnie wokoło. Miłości, na którą byłam gotowa, której poszukiwałam, której chciałam się oddać.
Byłam na wyspie, którą chciałam poznać, polubić, tu żyć i być może... Nie, o tym nie chciałam myśleć, jeszcze nie dziś, nie jutro, jeszcze długo nie.
Wczesny brzask zawitał przez małe okienko do mojego pokoju. Noc nie była dobra, sen, ten również nabałaganił w mojej głowie. Zmęczenie po podróży, chociaż odczuwalne, zapewne dopadnie mnie w pewnym momencie.
Jedyny dźwięk, jaki do mnie docierał, to szum deszczu. Na zewnątrz nie tyle padało, co lało. Kanonada wielkich kropel z łoskotem uderzała we wszystko, co tylko było w zasięgu. Metal brzęczał, wszystko, co luźne drgało. Uderzenia o szybę miały czasem siłę wybuchu granatu. Powietrze przesycone było ozonem, bo błyskach następowały grzmoty, które liczyłam. Burza oddalała się, tak czułam. A ja wciśnięta w kąt mojego, małego łóżka, mojego od kilkunastu godzin, drżałam, słuchałam, uspokajałam oddech, potrzebowałam czasu, aby dojść do siebie.
Pragnęłam sięgnąć po puzzle, w nich poszukać odprężenia, relaksu, odwrócenia uwagi. Lekarstwo, które dosyć często skutkowało, czasem jednak i to nie wystarczało. Teraz jednak taką rolę pełnił deszcz za oknem. Był żywiołem, był też moją oazą. Od niepamiętnych czasów, o ile miałam taką możliwość lubiłam tuż po burzy biegać na boso po wysokiej trawie. Z początku potworne dreszcze, chwilę później stan totalnego odprężenia.
Chciałam wybiec na zewnątrz, biegać bosymi stopami w trawie, mogłam to zrobić. Mogłam, nie chciałam jednak już pierwszego dnia być postrzegana, jako wariatka, a może jedynie stuknięta. Tak bardzo tego pragnęłam. Lecz nie tym razem, jeszcze nie dziś, wkrótce.
Do siódmej, kiedy to zgodnie z zaleceniem Michała miałam znaleźć się na dole, były blisko dwie godziny. Deszcze, umysł, puzzle, książka... Słowo pisane, które teraz bardzo mi odpowiadało. Wstałam z łóżka, sięgnęłam po swoje pudełko, wśród kilku książek znalazłam stare, zniszczone wydanie powieści, która była przewodnikiem mojego życia.
Była talizmanem, czymś szczególnym, czymś pięknym. Poznałam ją przypadkiem, a od tamtej pory wracałam do niej przy każdej możliwej okazji. Teraz też, czerpiąc światło z przebłysku szarego poranka za oknem otworzyłam na przykładowej stronie i... byłam już w zupełnie innym miejscu.
Teraz nie liczyło się już nic, tylko ja, ona, spokój ducha, burza za oknem... W mojej świadomości rodził się nowy dzień, chciałam przeżyć go, jak najlepiej, chciałam, pragnęłam, zaznać spokoju, chciałam... Czy teraz to kogoś obchodzi? Głos Rudobrodego w mojej głowie tylko na chwilę wytrącił mnie z równowagi. Czy teraz to kogoś obchodzi?
Teraz jestem daleko. Wiesz o tym, prawda?