Google+ Followers

wtorek, 19 stycznia 2016

Lara - Rozdział VII

Nowy dzień nie należał do udanych. Nic nie było tak, jak być powinno. Jak na debiut, na pokazanie się, „Oto jestem”. Myli się ten, który ma wrażenie, iż wszystko jest z pozoru łatwe. Może i tak jest, lecz nie dziś, może jutro, za tydzień, w nowym stuleciu.
Na tyle beztrosko schodziłam ze schodów, uśmiechnięta, nastawiona pozytywnie do nowego dnia, aby stawiając niefortunnie stopę trafić w próżnię i z nich zlecieć.
Możecie to sobie wyobrazić? Taki wstyd. Wylądowałam na podłodze, w sumie cała, jedynie potłuczona przed stopami Michała. On spojrzał na mnie, uśmiechnął się pod nosem, podał mi dłoń.
Przez krótką chwilę chciałam powiedzieć, „Wal się”, tylko przez jedną, krótką chwilę. Jednak wyciągnięta dłoń nie pozostanie tam wiecznie. Poczułam mocny uścisk, który postawił mnie na nogi. Spojrzeliśmy sobie w oczy.
- Dziękuję – nie było to przekonywujące, ale na nic innego nie było mnie stać. Na wypowiedzenie tego czarodziejskiego słowa bardziej przyjacielskim tonem, serdecznym.
Znów się dziwnie uśmiechnął. Wyglądał jak, właściwie tak samo, jak wczoraj, miałam wrażenie, że będę musiała polubić ten uśmieszek.
- Ależ bardzo proszę, mam nadzieję, że jesteś cała?
- Tak, odrobinę potłuczona, ale chyba cała...
- Chyba?
Zapomniałam się, sierżant nie lubi takich odpowiedzi. Wymaga jednoznacznych, krótkich odpowiedzi, przede wszystkim pewnych.
- Tak Michał, czuję się super.
- Chyba czytasz w moich myślach?
- Ja?
- Widzisz tu jeszcze kogoś?
Uśmiech zniknął, ostatnie pytanie nie było już żartem. A może...
- Laro?
- Tak... Słucham?
- Wszystko w porządku?
- U mnie tak, choć ten upadek...
- Żeby Cię pocieszyć powiem, że mi się to kiedyś zdarzyło. Głowa do góry, przywołaj uśmiech, pora zacząć nowy dzień. Jesteś gotowa?
- Tak, Michał.
Znów na mnie spojrzał i ponownie się uśmiechnął. Nie wiedziałam, jak je interpretować, nie wiedziałam, co o nich myśleć. W zasadzie to mógł być miłym, wesołym, pogodnym facetem. Chyba nie musiał udawać?
To nie on zaczynał nowe życie, no tu mieszkał, żył, zapewne był lubiany...
- Zabieramy się do pracy, krzesła na podłogę, przyborniki na stoły, serwetki. Przygotuj kawę, nastaw wodę, poznaj swoje miejsce. Później poznasz naszego kucharza. Nie, zróbmy to z marszu. Peter?
Z kuchni wyłonił się ciemny, krępy mężczyzna w bliżej nieokreślonym wieku. Jeśli ktoś mógł być kucharzem, to właśnie on.
- Cześć, jestem Peter.
- Lara.
- Lara? To imię jest mi znane...
- OK. Później się nad tym zastanowisz. Już się znacie, mam nadzieję, że stworzymy dobry team. Bierzmy się do pracy.
Spostrzegłam promienie Słońca dostające się do środka poprzez szyby. Powstawała bardzo miła poświata. Hol, w nim kominek, naprzeciw głównego wejścia nad kominkiem poroże jelenia. Dwa skrzydła budynku, w każdym dziesięć stolików. Miejsce na przynajmniej sto osób. Miałam wrażenie, iż czasem musiało tu być wyjątkowo ciasno.
Tych wszystkich ludzi miałam poznać, sprawić, aby być może mnie polubili. Abym stała się ich, teraz jeszcze nie wiedziałam, na co tak naprawdę powinnam liczyć. Kto będzie mi bliski, kto będzie moim wrogiem, kto mnie polubi, z kim być może kiedyś się zaprzyjaźnię? Z czasem być może mój status określi się sam.