Google+ Followers

wtorek, 26 stycznia 2016

Lara - Rozdział VIII

Pierwszy dzień daleki był od ideału. To, co zaczęło się o poranku upadkiem ze schodów, jeszcze się nie skończyło. Ale i tak nie było za wesoło.
Kiedy pojawili się pierwsi klienci moje zdenerwowanie, a przy tym także rozkojarzenie sięgnęło zenitu. Czułam się podle. Czułam się, jak koń wystawiony na sprzedaż, któremu każdy bez wyjątku może sprawdzić szczękę, obejrzeć zęby, pogłaskać, poklepać.
Nikt mnie nie dotykał, ale tak się czułam. Czułam na sobie ich spojrzenia, a to wystarczyło. To było gorsze, niż agresywnie włożona ręka w spodnie. To nie było rozkojarzenie, to był paraliż, a przy tym nagły brak pewności siebie. To, co sobie założyłam uleciało w mgnieniu oka.
- Dzień dobry, co mogę Państwu podać?
- Może na początek kawę... dziecko.
Dziecko? Jakie do cholery dziecko? Co ona sobie myśli?
- Hej! – teraz dopiero zauważyłam, że kawa była już na spodku, a także na stole.
- Bardzo przepraszam, zaraz podam drugą.
- Ja myślę...
Małżeństwo po czterdziestce, a może chwilę przed pięćdziesiątką. On drwal, a może pracownik tartaku, ona – stara, głupia gęś. Jednak to, że sklęłam ją w duchu niczego nie zmieniło. Wciąż byłam wściekła. Dostrzegł to również Michał, kiedy wracałam z filiżanką.
- Wiem, że to Twój pierwszy dzień, wszystko rozumiem, ale pozbieraj się do kupy, policz do dziesięciu i ...
I co? Bądź dobrej myśli? A może, i miej się na baczności?
- I uważaj na kawę. Wiesz, o czym myślę? No dobrze, wierzę w Ciebie, to chcesz usłyszeć?
Idąc do stolika zastanawiałam się, co właściwie chciałabym usłyszeć. Czy są słowa, które mogły sprawić, abym poczuła się lepiej? Była taka mantra, którą kiedyś Rudobrody zakodował mi w umyśle, Pomóż mi pomóc Sobie. Czasem to pomagało, czasem wiedziałam, czego ode mnie oczekuje, zanim się jeszcze odezwał.
Teraz sama miałam pomóc samej sobie, a może gdzieś na tej wyspie jest osoba, która tej pomocy ode mnie oczekuje? Może w ten właśnie sposób będę mogła stać się innym człowiekiem, morze otaczało mnie wokoło. Choć tego jeszcze nie czułam.

Po nic nieznaczącym incydencje z kawą dzień mijał dosyć znośnie. Nie spodziewałam się, że w porze lunchu może być tu tak ciasno.
Z reguły byli to faceci, pracownicy tartaku, czego się domyślałam po rozmowie z Michałem. Ludzie w różnym wieku, różnej urody, prawie zupełnie łysi, z wyboru, a nie z konieczności, a także właściciele gęstych czupryn, ci o długich brodach i sumiastych wąsach. W większości potężne tury, ale było też kilku zupełnie normalnych.
- Dzień dobry, co podać?
- Może dolać kawy?
- Za momencik przyniosę...
- Mam na imię Lara...
To ostatnie pojawiło się tylko raz i było miłe. Michał mnie obserwował, przekazywał sugestie i polecenia wzrokiem. Mam wrażenie, że chyba był zadowolony.
Raz się nawet uśmiechnął. Dzień był ciężki, ale prawie się kończył.