Google+ Followers

niedziela, 21 lutego 2016

Lara - Rozdział X

Pierwszy dzień pracy powoli miał się ku końcowi. Ten właśnie dzień uzmysłowił mi, iż było to bardzo popularne miejsce. Straciłam rachubę, ile razy podawałam kartę, nalewałam kawy, podawałam rachunek.
W zasadzie o tym nie myślałam, po incydencie z kawą było już w sumie spokojnie. Potrafiłam się skoncentrować, zapamiętywać, nie mylić potraw. Podawać właściwe rachunki. Było ciężko, ale był to naprawdę pierwszy raz, kiedy czułam się potrzebna.
Występując w podwójnej roli, już pod koniec, kiedy zaczęło robić się luźniej, uniesiony kciuk Michała był dla mnie najlepszą nagrodą. Nie oczekiwałam tego, lecz świadomość, że ktoś mnie obserwuje i w sposób pozytywny odbiera moje trudne w sumie poczynania debiutanta, to było naprawdę miłe. Uśmiech za uniesiony kciuk był najlepszym podziękowaniem, jakie potrafiłam wyrazić.
Lecz nie tylko Michał mnie obserwował. Każdy, kto wchodził, kto siedział przy stoliku, wędrował za mną wzrokiem, przyglądał mi się. Czasem tylko chwilę, czasem odczuwałam znacznie dłużej czyjeś spojrzenie. Czasem je odbierałam, wtedy bywało różnie. Na ogół wygrywałam te starcia, gdyż oczy naprzeciwko nagle uciekały. Czasem...
„Podobasz mi się...”, „Cóż, może Ci się tu uda...”, „Dziewczyno, po co tu przyjechałaś?”, te i inne myśli potrafiłam z nich odczytać. Przynajmniej tak interpretowałam te spojrzenia. Czułam też, że podobam się facetom i po raz pierwszy dotarło do mnie coś, jakby przez mgłę. Jestem atrakcyjną kobietą...
Po zamknięciu miałam posprzątać sale, umyć podłogi, wytrzeć stoły, ustawić na nich krzesła. Michał, Peter i jeszcze ktoś, kto musiał zmywać, a kto chyba pojawił się w międzyczasie, zajmowali się resztą.
Wczesnym wieczorem usiadłam na schodach, aby odetchnąć, odpocząć, pomyśleć. To ostatnie akurat teraz nie było mi potrzebne. Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że ktoś za mną stoi.
- Jak minął pierwszy dzień? Zmęczona?
- Poza tym, że wszystko leciało mi z rąk, cóż chyba nie było najgorzej. Jaka to ocena szefie?
- Szef mówi, nie... wystarczy Michał. Nie musisz mnie tak nazywać, więc?
- OK. Michał, jak oceniasz mój pierwszy dzień?
- Pomijając kilka drobnych detali, w sumie, myślałem, że będzie gorzej.
- Dzięki...
- Nie, źle mnie zrozumiałaś. Chciałem to ująć w inny sposób. Bałem się, że się w tym nie odnajdziesz, że ten tłum Cię przerośnie i przestraszy, że... jednak udało Ci się. Dziękuję i gratuluję. Tak, gratuluję, gdyż doceniam Twój wysiłek. W porządku, nie przeszkadzam Ci już.
- Dzięki, Michał! Nawet nie wiesz, ile znaczą dla mnie Twoje słowa.

Ale tego chyba już nie słyszał. Zasłuchałam się w ciszę. Czasem zauważyłam przejeżdżający gdzieś w oddali samochód. Później dostrzegłam Petera i jeszcze kogoś, gdy wsiadali do samochodu. Pozdrowili mnie, pomachałam im. Chwilę później było już niebiańsko, cudownie, sielsko cicho.
Jeszcze przez jakiś czas kontemplowałam tą szczególną chwilę. Wstałam i poszłam na górę. Przechodząc przez jedną krótką chwilę zatrzymałam się przed drzwiami. Przed tymi, których progu nie mogłam przekroczyć.
Minęła sekunda, za nią następna, po chwili zamykałam za sobą drzwi mojego pokoju. Czułam w sercu radość, czułam, miałam nadzieję, iż może będzie to moje miejsce na ziemi. Może świat nie jest taki zły, może to mój czas, morze otaczało mnie wokoło. Jego szum docierał do mnie przez otwarte okno, jego szum usypiał.
- Tatusiu, dobrze się czujesz?
- Tatusiu, dlaczego...

Obudziłam się z krzykiem. Sen powracał, obrazy wciąż mi towarzyszyły, nie mogłam się od nich uwolnić. Nie potrafiłam, chciałam od nich uciec, lecz nie było, dokąd.
Chciałam o nich zapomnieć, lecz nie byłam w stanie. Łzy płynęły po policzkach, dłonie się trzęsły, pot oblewał moje ciało. Zastanawiałam się po raz setny, kiedy przyjdzie moment, iż wspomnienia przeminą. Kiedy mój umysł zacznie funkcjonować inaczej? Czy w ogóle jest to możliwe?
Miejsce, w którym byłam tylko przez chwilę było mi obce. Przez jedną, krótką chwilę, nie wiedziałam gdzie jestem. Jednak spojrzenie na roślinkę stojącą na oknie, moje rzeczy wciąż leżące na podłodze i deszcz... balsam na moje skołatane nerwy. Oczyszczenie, wybawienie, radość. Niby nic takiego, a jednak często przynosił ze sobą ożywcze działanie, zmywał ból i smutek, strach i przygnębienie.
Ponownie padało, maj miał inny kształt. Nie był już taki gorący, był mokry, choć nie zimny. Nocne ulewy, kanonady kropel były moją muzyką. To kiedyś tak bardzo polubiłam, leżąc w ciemnościach i słuchając jego szczególnej symfonii. Tym właśnie był, jedyną w swoim rodzaju symfonią. Były też błyski, obserwowane ze spokojem, oczekiwanie w napięciu na grzmot, odliczanie.
Deszcz był moją kołysanką, deszcz sprawiał, że następowało oczyszczenie. Pierś oddychała swobodnie, serce biło równomiernie, dusza uśmiechała się szeroko. Czułam, że ostateczne oczyszczenie jest bliskie. Czułam, że w tym nowym miejscu przyjdzie taki moment, iż wszystkie wspomnienia staną się jedynie znikomym śladem mojej podświadomości.
Byłam bliska celu, byłam bliska rozpoczęcia naprawdę nowego życia. To wszystko było możliwe, wystarczyło jedynie dać sobie szansę. Poszukać azylu, mieć pod ręką wentyl bezpieczeństwa. Reszta była chyba prosta, chyba?
Tego nie wiedziałam, nikt tego nie wiedział, lecz był Ktoś, kto znał te wszystkie odpowiedzi. Słuchając ulewy za oknem i zasypiając szeptałam do Staruszka. Nie potrafiłam wierzyć, lecz starałam się to robić na swój własny sposób.
Krok za krokiem powoli zbliżać się do światła. Coś mi podpowiadało, lecz bardzo cicho, że znajdę je tu. W tym domu. Czy była to ułuda? A może jedynie złudzenie? A może nieskomplikowany przebłysk świadomości?
Za oknem pojawił się brzask.
Płacząc cicho, zasnęłam.