Google+ Followers

sobota, 12 marca 2016

Lara - Rozdział XII

Czułem przez skórę, że w domu pojawił się ktoś nowy. Ktoś, kogo nie widziałem i nie słyszałem. Ktoś, komu zapewne ojciec zakazał przekroczyć próg tego pokoju.
Jak to się działo, że był moim ojcem, a nigdy ze mną nie rozmawiał? Jak do tego doszło i kto faktycznie był temu winny? Byłem zbyt głupi, aby znać tą odpowiedź, jednak to, że byłem głupkiem nie zmieniało faktu, że chciałem ją poznać.
Może kiedyś to się uda. Może, teraz jednak piasek Sahary wciskał się wszędzie! Zasypywał wszystko, był w ustach, w nosie, w uszach, oślepiał oczy. Był w każdej kieszeni, był wszędzie. Zasłanianie się przed nim wszystkim, co tylko było pod ręką, było bezcelowe. I tak wygrywał.
Karawana składająca się z kilkudziesięciu wielbłądów walczyła od dłuższego czasu z burzą piaskową. Nikt nie widział nic. Wszędzie był piasek, a ja nie potrafiłem znaleźć odpowiednich fragmentów puzzle, aby powstrzymać burzę. Aby sprawić, by ucichła i nie grzebała w swych piaskach, w gniewie i złości, kolejnej karawany.
Nie mogłem spać, więc sięgnąłem po kolejne pudełko. Sahara, piękne, upalne Słońce, wielbłądy kroczące jeden za drugim.
Nie lubiłem burzy, a nocna kanonada za oknem zawsze burzyła mój spokój. Nie potrafiłem spać, myśleć, może również, dlatego, to, co zacząłem układać zupełnie mi nie szło.
Może właśnie dlatego przywołałem burzę, niwecząc spokój dnia nad Saharą. Miałem świadomość, jak na głupka byłem wyjątkowo mądry, iż tylko ja mogę powstrzymać tę burzę. Tę, którą widziałem z obrazka, tę, którą stworzył mój umysł, a także tę szalejącą za oknem.
Czułem czyjeś przyciąganie, nie wiedziałem, czym jest telepatia, miałem jednak świadomość, (jak ja lubię to słowo!), iż wkrótce być może coś się zmieni.
Wiedziałem, że muszę się skoncentrować. Wiedziałem, że w moich rękach spoczywa życie wielu ludzi.
Dziesięć kawałków.
Sześć, trzy, dwa...
Zapanowała cisza nad Saharą, karawana otrząsnęła się z szoku. Nikt nie zginął.
Zapanowała cisza za oknem, nie padało, burza była jedynie odległym wspomnieniem. Tak odległym, jak pojedyncze błyski, gdzieś daleko na niebie.
Zapanowała cisza w moim sercu. Zmęczony wstałem z podłogi i położyłem się na łóżku.
Nie słyszałem pukania, nie myślałem o jedzeniu. Spałem, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, spokojnie.