Google+ Followers

czwartek, 24 marca 2016

Lara - Rozdział XIII

Cienie przeszłości zalewały mój umysł. Cienie przeszłości, od których nawet tu nie mogłam się uwolnić, a może nie starałam się. Zabrałam je ze sobą nie starając się zostawić ich na drugim brzegu, a na wyspę dotrzeć oczyszczona. Nie włożyłam w to żadnego wysiłku, nie postarałam się, jaka byłam głupia. Taka zasadniczo z całą pewnością nie byłam, bagaż doświadczeń, trudne dzieciństwo, czas dorastania, wszystko to sprawiło, iż z całą pewnością nie byłam głupia. Może nierozsądna?
Tak, to już lepiej. Nierozsądna, nierozważna, nowa w tym miejscu, którego jak dotąd nie zdążyłam nawet odrobinę poznać. Nowa w miejscu, które tchnęło ku mnie radością, świeżością, godzina to nie dużo, ale jednocześnie bardzo dużo. Podniosłam książkę, która wciąż leżała na stopniu, tę samą, która już nie raz i nie dwa spadała w podobny sposób.
Wiedziałam, jak ten dom wygląda od frontu, najwyższa pora obejść go dookoła, a jak starczy czasu, to może jeszcze kawałek dalej. Masywny, duży budynek, obszerne okna, dwa skrzydła. Ganek, idąc od niego w prawo, minęłam okno, jeszcze jedno, na wysokości prawego skrzydła rozpościerała się polana. A może jedynie łąka, na której pasło się stado koni. Jeśli ten obrazek mnie zaskoczył, nie dałam poznać tego po sobie. Otaczała je drewniana palisada, skromna, ale jednocześnie dosyć wysoka. One jednak nie sprawiały wrażenia, jakby chciały uciec. Sześć spokojnych, pięknych koni.
Idąc dalej na wyciągnięcie ręki, może dwa dobre rzuty kamieniem, miałam wysoki las. Drzewa szumiały, gdzieś dalej zapewne był brzeg morza, które już nauczyło się kołysać mnie do snu. Jego szum też do mnie docierał. Wysokie świerki, modrzewie, sosny, zapach, zieleń, cudowny maj. Miesiąc miłości, której szukałam właśnie pośród tych drzew, w ich szumie, na tej wyspie, nad morzem. Już jakiś czas jej szukałam. Być może jest gdzieś tutaj, być może wkrótce ją odkryję, podnosząc ten lub inny liść paproci, a może za jakiś czas sprawi to noc św. Jana i jej kwiat?
Z tyłu za domem było trochę sprzętów, kilka krzeseł, dwa lub trzy rozkładane stoły, stara szafa, drewno na opał, zapewne do kominka, a może do kuchni. Wciąż ten sam, niezachwiany niczym, porządek. To już mnie nie zaskakiwało, nie dziwiło, to było już normalne. Ręka żołnierza była coraz częściej odczuwalna, choć jak dotąd nie miałam żadnej pewności, co do tego, że Michał miał z armią jakikolwiek związek. Miałam świadomość, że być może przyjdzie i taki dzień, w którym i ta zagadka będzie miała swoją odpowiedź. Być może było tak, jak myślałam, być może myliłam się całkowicie.
Lewe skrzydło było odbiciem lustrzanym prawego. Te same kąty, ta sama wielkość okien, ten sam kształt. Ale ścieżki, która prowadziła do lasu, z tamtej strony nie było. Poszłam nią mimowolnie, wciąż mając na uwadze fakt, że zbliża się czas, w którym powinnam zacząć pracę. Do morza faktycznie było dosyć blisko, jego szum słyszałam wyraźnie. Lecz mym oczom ukazał się widok nieotwartego morza, ale mocno wciętej zatoki. Jednocześnie o dosyć szerokim i wysokim brzegu. Ścieżka prowadziła daleko ku niemu, stopniowo opadając. Tą wycieczkę musiałam przełożyć na inny dzień, myśląc o tym, iż być może to właśnie morze przyniesie odpowiedzi na moje pytania, na to, co mi się śniło, na to, czego się bałam.
Na to, od czego cały czas uciekałam, nie mogąc sobie z tym poradzić. Lista była długa – śmierć ojca, odejście matki, z tym „księdzem”, sierociniec, Rudobrody, a wcześniej dzieciństwo w trakcie niekończących się imprez, kolejnych imprez, znajomych Rodziców, znajomych tych znajomych, całej masy obcych ludzi, których nigdy dobrze nie widziałam i nigdy nie poznałam. Na dobrą sprawę, chyba nie wszyscy wiedzieli, a może praktycznie nikt, iż czasem wysoko, na czubku schodów, schowana pomiędzy tralkami, w środku nocy obserwowałam ich twarze. Obserwowałam, jak przychodzą, a raczej już wtedy z reguły wychodzą.
Nie potrafiłam płakać, nie mogłam, nie chciałam, większość łez wylałam już dawno. Wyschłam, skamieniałam, straciłam radość bycia dzieckiem i tylko on, Rudobrody w jakiś sposób je ratował. Na kilka lat wcześniej zanim poznałam go na dobre, w jego cielesnej postaci. Tam, gdzie kiedyś się ocknęłam uratowana z zamieci.
Właśnie wtedy, gdy po raz pierwszy otworzyłam oczy, siedział przy mnie, przyglądał mi się i powiedział, „Witaj, Laro”. Tylko tyle, nic więcej nie mówił. Jakiś czas później, gdy się ponownie ocknęłam usłyszałam jego spokojne, ciepłe i pełne uczucia, „Witaj, Laro”.
Upłynęła jeszcze chwilka zanim wtedy na dobre powróciłam do żywych. Wtedy usłyszałam coś innego, „Cieszę się, że zdecydowałaś się na dobre zostać ze mną i dziękuję.” Za co dziękował, nie wiem do tej pory, być może Staruszkowi, iż pozwolił mi jeszcze jakiś czas pozostać wśród żywych. Może właśnie jemu dziękował...
- Laro! – głos Michała przywrócił mi świadomość – myślę, że pora, abyś wróciła.
- Już idę Michale.
Stał na ścieżce i mi się przyglądał, o czym myślał? Co czuł obserwując mnie? Co ukrywał? Nie wyglądał na faceta, który ma tajemnice, ale te „drzwi”, to wszak była tajemnica i to bez wątpienia duża. Uchwycona tej myśli, jak poręczy, przechodziłam właśnie koło nich, aby przebrać się zanim zejdę na dół. Klamka kusiła, aby jej dotknąć, nacisnąć, przecież nikt się nie dowie.
Kusiła i to bardzo, ale nie chciałam już na początku wylecieć z pracy. Zapewne zdarzy się jeszcze okazja, aby dowiedzieć się, co się za nimi ukrywa.