Google+ Followers

sobota, 30 kwietnia 2016

Agnieszka Cubała - Sten pod pachą, bimber w szklance, dziewczyna i… Warszawa

Chciałbym powiedzieć, że napisanie o książce Agnieszki Cubała jest i będzie sprawą prostą. W sumie nic wielkiego, jak tylko złożyć w jedną, sensowną całość kilka, a może trochę więcej myśli i przelać je właśnie teraz na klawiaturę laptopa. Bo tak, jak papier wszystko przyjmie, tak wystarczy nacisnąć jeden klawisz, aby usunąć to, co niewygodne i zacząć pisać od nowa.
Mógłbym przejść nad nią do porządku dziennego, co nie byłoby dobre, ani słuszne, gdyż jakkolwiek jest z twórczą wizją osoby piszącej, tak bez dwóch zdań, Sten pod pachą, bimber w szklance, dziewczyna i… Warszawa zasługuje na najlepszą z możliwych recenzji. Stąd obawa, czy słowa, po które sięgnę będą tymi najlepszymi i czy uda mi się choć w mniejszym lub większym stopniu odnieść do tego, czym podzieliła się z czytelnikiem Autorka.
Jestem też zdania, że o Powstaniu Warszawskim warto i należy pisać, dzieląc się tym wszystkim, co popchnęło młodych ludzi przed laty do sięgnięcia po broń, aby choć przez chwilę poczuć się wolnym, radosnym, swobodnym w morzu terroru, który każdego dnia i każdej nocy ich otaczał. I choć to nie młodzi ludzie wydali rozkaz do walki, dla wielu pozbawiony sensu, to bez względu na okoliczności rozkaz ten był od dawien dawna oczekiwanym hasłem do zmierzenia się z okupantem w wysoko podniesiony czołem.
Literatura powstańcza w dużej mierze dotyka „pierwszego frontu” działań powstańczych, przynajmniej taka, z jaką do tej pory udało mi się zetknąć. Biorąc pod uwagę fakt, że czytam dużo i kontekst Powstania Warszawskiego jest mi bardzo bliski (1 sierpnia, jeśli nic się nie wydarzy zaproszę do włączenia się po raz trzeci do Konkursu literackiego, Kartka z Powstania Warszawskiego), brakowało mi od dawna właśnie takiej publikacji. Takiej, która dotyka w dużej mierze nie pierwszego, czy drugiego frontu, ale może nawet tego trzeciego, cywilnego, gdyż na powstańczej barykadzie kontekst powstania się nie kończył i rzecz jasna nie zaczynał. Walczyła cała Warszawa.
Komentując w trakcie lektury z Autorką pewne wątki uświadomiłem sobie, że ta i tak obszerna publikacja bez wątpienia mogłaby być jeszcze większa, mogłaby mieć jeszcze jeden tom, gdyż tak naprawdę wszystko, czym dzieli się Agnieszka Cubała jest jedynie określonym zarysowaniem zjawisk, wydarzeń i reakcji tych wszystkich, którzy w powstaniu walczyli, ale też, a może przede wszystkim robili wszystko, aby Powstanie Warszawskie z założenia mające trwać kilka dni trwało aż 63 dni.
Nie należy również zapominać, że byliśmy jedynym państwem w okupowanej Europie, które nie tylko nie współpracowało z okupantem, ale stawiało mu największy opór oddając za to wysoką cenę krwi. Nie chciałbym zbyt mocno uciekać od tematu, ale wartym podkreślenia jest jeden istotny aspekt, okupowana Warszawa przeżyła dwa powstania – w 1943 roku powstanie w gettcie i rok później Powstanie Warszawskie.
Zastanawiać może fakt, czy Niemcy wyciągnęli wnioski z pierwszej zaskakującej ich lekcji i rok później pomni błędów nauczyli się czegoś w konfrontacji z butnymi Polakami. Jakkolwiek było Polacy robili wszystko, aby jak tylko się da skupiać na sobie wyjątkowo duże siły wroga, choć oddziały pacyfikujące Wolę i Ochotę miały raczej nikłą wartość bojową. Alexandra Richie w swojej publikacji, Warszawa 1944. Tragiczne powstanie zwróciła uwagę na trzy zjawiska, które diametralnie odmieniły losy powstania, a wszystkie trzy miały miejsce między 20 lipca, a 1 sierpnia, kiedy ono wybuchło.
O nich obszernie piszę w innym miejscu, stąd wracając z odległej dygresji do wątku głównego wartym jest podkreślenia fakt, że miejscem działań walczącej Warszawy była nie tylko każda barykada, ale też każde podwórko, piwnica, kamienica, punkt opatrunkowy, szpital, czy może miejsce gdzie powstańcy choć na chwilę mogli odetchnąć i zregenerować siły.
Stąd nie bez znaczenia jest wszystko to, co robili dla powstania cywile, jaki wkład miał w działania walczącej Warszawy „drugi front” dzielnie wspierany przez dziewczyny i kobiety. To im tak wiele zawdzięczano i to one najczęściej ponosiły największą ofiarę, jakże często w bolesny i tragiczny sposób. Gdyż bez łączniczek, sanitariuszek, kanalarek, minerek, a także kobiet, który wykonywały wiele innych funkcji żołnierze na pierwszej linii frontu nie przetrwali by tak długo. Wielu doceniało ten wkład, wielu z szacunkiem odnosiło się do tego, jaką służbę pełniły walczące z nimi ramię w ramię dziewczyny. Choć były i takie, które „walczyły na pokaz”, byli też żołnierze, którzy drwili z tego, co dla nich robiły dziewczyny i kobiety.
Warszawa żyła, walczyła, umierała, egzystowała, zmieniała się tak szybko, jak szybko zmienił się front walk powstańczych, gdy w określonej przestrzeni czasowej pewne dzielnice kurczyły się do przedziału kilku ulic i nagle trzeba było się z nich kanałami ewakuować. Warszawa modliła się, leczyła, wspierała, a z czasem, bo i takie przypadki bywały, przeklinała i szydziła z walczących.
Służby pomocnicze, kwaterunkowe musiały bardzo szybko działać, gdy masowy napływ ludności z Woli i Ochoty, tych wszystkich, którym udało się wydrzeć z morza ognia i cierpienia, diametralnie zmieniał i tak już przeludnione lokale, piwnice i schrony. Ale ze wszystkim dawano sobie radę, choć było ciężko i z każdym dniem coraz gorzej. Działała poczta polowa, liczne szpitale, jadłodajnie, harcerze przenoszący listy (13 sierpnia jakże tragicznego dla Starówki, tego 13 sierpnia przeniesiono aż 10 000 listów!) zbierali książki dla przyszłych bibliotek na Ziemiach Odzyskanych.
Ludzie masowo umierali pod wpływem nalotów, bombardowań, szaf i krów, działań pacyfikacyjnych wroga, ale ci sami ludzie szukali też swojej bliskości, miłość kwitła, seks był też elementem odreagowania, rozładowania licznych, skumulowanych napięć (ten sam seks tak źle przyjęty w filmie Miasto 44), ale co ludzkie nie było im obce. Bez względu na to z jakich wyszli domów i jak zostali wychowani. Tak, byli tacy, dla których było to nie do pomyślenia, ale takie sytuacje też się zdarzyło, stąd też wiele ślubów udzielonych w trakcie tych 63 dni. Ślubów uwiecznionych na taśmie filmowej mającej swój szczęśliwy finał w bliskich nam czasach, ale też ślubów na kilka dni, czy może nawet godzin.
Sten pod pachą, bimber w szklance, dziewczyna i… Warszawa to książka, o której mógłbym pisać znacznie dłużej, gdyż wystarczyło napisać kilka zdań, aby pozostałe z lekkością i swobodą spłynęły ze mnie tworząc szczególną w swej materii kompozycję tego tekstu. Chciałbym jednak zakończyć go jednym wyjątkowym fragmentem, jedną historią, która nie tylko ujęła mnie w tej książce, ale była i może być też szczególnym symbolem tamtych dni. Bo choć moją uwagę zwróciło kilka osób, kilka kobiet, kilka postaci to ta jedna ujęła mnie bezsprzecznie i przed nią chylę czoła.

„Torba”

Pewnego dnia przyłączył się do oddziału „Jura”. Miał pseudonim „Torba”. Nigdy nie rozstawał się ze swoim chlebakiem, który przewieszony przez jego drobne ramię wydawał się wielką torbą.  Ten nieodłączny 'rekwizyt' sprawił,  że wszyscy żołnierze zaczęli mówić na niego właśnie „Torba”. Został gońcem w oddziale „Jura”. Znał wszystkie przejścia,  a ze względu na niewielką posturę zawsze przecisnął się przez każdą dziurę w murze.  Był niezwykle inteligentnym dzieckiem i nigdy nie „nadstawiał karku” niepotrzebnie, dlatego mimo ciągłego biegania nie był nawet draśnięty.
Pewnego dnia, wieczorem, ktoś zapytał:
- Co ty masz w tej torbie,  że tak się z nią ciągle nie rozstajesz?
- Wszystko.
- Jak to wszystko?
- Wszystko, co mi pozostało - ojca fotografia, co zginął na wojnie, mamy różaniec, co zginęła pod gruzami, i lalkę siostrzyczki, co zginęła razem z nią. To wszystko,  co mi na świecie pozostało. - Uśmiechnął się i dodał: No i wy.
W schronie zrobiło się bardzo cicho...