Google+ Followers

wtorek, 5 kwietnia 2016

Lara - Rozdział XIV

Obrazy, od których jedynie Ona może mnie uwolnić. Obrazy tragedii, cierpienia, bólu i tego wszystkiego, co ze sobą przyniosła. A chwilę później zabrała. Zabrała Ją, w momencie, kiedy tak bardzo Jej potrzebowałem. Zabrała, wydarła z objęć. Nie pozwoliła zatrzymać, a on nie zrobił nic. Zupełnie nic! Dlaczego? Jak mógł tak nagle zniknąć?
Widziałem tylko pusty fotel, gdy Ona była już chyba daleko. Tak właśnie wtedy czułem, tak mi się zdawało. Tak właśnie wtedy to odbierałem. Teraz wiem, iż to, co czuło dziecko nie było błędne, jedynie nie potrafiło nazwać tego, co je dotknęło, tego również, co wtedy je otaczało. Dziecko, które było uczestnikiem i świadkiem tragedii, które, choć chciało, nie mogło zrobić zupełnie nic. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu ona zabrała Ją, nie mnie, nie jego, ale właśnie Ją. Tego do dziś nie potrafię zrozumieć, czy ktoś tam na górze o nas rzucał losy? Czy tak właśnie było? Choć od tamtej chwili upłynęło tak wiele czasu wciąż nie mam odpowiedzi na to pytanie. Padł los na Nią, on w sumie jeszcze może pożyć, ja, jestem tylko dzieckiem, Ona przeżyła już swoje życie. Mając dwadzieścia siedem lat?
Czy tak właśnie myślał Ktoś tam, na górze? Czy tak rozdał karty? W środku nocy siedziałem na łóżku z głową w kolanach i płakałem. Łzy spadały, jak kamienie na łóżko, ale już nie raniły. Te już nie, wiele innych tak mocno poobijało moje stopy. Dobry, spokojny sen przeminął, napłynęło wspomnienie, które zbyt szybko go odsunęło. Wspomnienie, które tylko ja mogłem na zawsze odsunąć, pamięć pozostanie, ale na zawsze będzie już spokój ducha. Cisza i spokój, to również, a także dźwięki muzyki, które wypełniały mój pokój. Muzyki filmowej, klasycznej, przede wszystkim kompozycje na wielkie orkiestry symfoniczne, wielkie dzieła, ale też te mniej znane.
Muzyka, która koiła, leczyła, uspokajała, przynosiła radość i nadzieję, zabierała, choć na chwilę smutek. A ten był moim towarzyszem już od tak dawna. To dzięki muzyce nie zwariowałem tak do końca. Odsunięty od świata, ludzi, uczuć i myśli, od zwykłych spraw ludzkich. Zamknięty w tym pokoju, jak więzień, choć w zasadzie wolny. Na dobrą sprawę to chyba był mój osobisty wybór. Od tamtej pory nie potrafiłem pogodzić się z tym, co się stało, próbując również odebrać to, co mi pozostawiono. Własne życie. Może po tym, ktoś orzekł, iż nie jestem w pełni normalny, nienadający się do współżycia z innymi. Może ktoś tak myślał, gdy sam z własnej woli wybrałem odosobnienie.
Nikt nie zapytał, dlaczego? Nikt mnie od tego nie odwodził? W pewnym momencie zamknąłem drzwi tego pokoju i tak już zostało, a on, nie próbował, nie chciał, bał się? Kto może wiedzieć, nie miałem odwagi zapytać go oto, nie miałem okazji. Czasem wymieniamy listy, mieszkamy w tym samym domu, pod tym samym dachem, a porozumiewamy się listownie. Znajduję je czasem na tacy ze śniadaniem. Nic wyszukanego, nic wielkiego, proste jedynie słowa, informacje, tak, abym zupełnie nie zapomniał, iż mieszkam na Wyspie Zapomnienia.
Czyż to nie śmieszne? On próbuje uchronić mnie od zapomnienia, a na dobrą sprawę, czy ktoś jeszcze o mnie pamięta? Czy ktoś ma świadomość, że żyję? Zapewne tak, być może jednak w innym świecie, może tak jest, i jak dla mnie, tak może pozostać. Przez małe okienko przebija wąski pasek tego, co obecnie pozostało z Księżyca. Stoję w oknie i mam go przed oczami, a z głośników płyną teraz inne, cieplejsze dźwięki z filmu o pewnym Indianinie w Nowym Świecie, o wielkiej miłości i wielkiej tragedii. Filmu, do którego czasem powracam.
Zapalam małą lampkę i spoglądam na zdjęcie zrobione dzień wcześniej, zanim wsiedliśmy do tego samochodu. Uśmiechnięta twarz, radość bijąca od każdego z nas, od Niej jednak chyba w sposób szczególny. Tak właśnie Ją zapamiętałem, choć miałem inne, tzw. „rodzinne” zdjęcia, to jedno było dla mnie najważniejsze. Miało bezcenną wartość, to jedno wisiało na ścianie.
Twarz bez makijażu, ale ten pojawił się chyba jedynie, gdy szli na jakieś przyjęcie. Tyle pamiętam, zresztą chyba nigdy go nie potrzebowała. Szczęśliwa, radosna, pogodna, pełna życia, z bujną ilością ciemnych włosów, nie czarnych, kasztanowych, jedynie ciemnych. I te dołeczki w policzkach, gdy się uśmiechała. Tamtego wakacyjnego dnia była wyjątkowo piękna. Niczym nieskażona, swobodna, z planami na czas po urlopie, na to, abym miał być może braciszka lub siostrzyczkę. O tym wtedy słyszałem również i bardzo mnie to cieszyło. Mieć młodszego braciszka lub siostrzyczkę, to było wyjątkowo miłe uczucie. Myśląc o tym spoglądam na to zdjęcie, a ciężka, wielka łza spada z policzka wprost na Jej twarz. Cholera! Szybko wycieram, lecz na szczęście chroni je szkło. Spoglądam raz jeszcze i kieruję mój wzrok na zapomniany przez wszystkich Księżyc, śpią i nie myślą o nim, a on zawieszony na niebie czuwa nad nimi i myśli o nich. Zabiera złe sny, a stara się przynosić dobre. To nic, iż czasem mu się to nie udaje. Nie jest w stanie pomóc wszystkim, wysłuchać wszystkich próśb, nadążyć za każdym. W sumie jest tylko jeden, a nas nieskończenie wiele, samotnych, smutnych, opuszczonych. Poszukujących pocieszenia, uśmiechu, dobrego słowa. Poszukujących drugiego człowieka. Jego bliskości i obecności, jego wyciągniętej dłoni, dobrego słowa o poranku, przy kawie lub na przystanku.
Cóż ja jednak mogę wiedzieć o tym wszystkim, jakie mogę mieć wyobrażenie o świecie zupełnie od niego odcięty. Może nijakie, a może jest we mnie jednak coś, co pozwala mi myśleć właśnie w ten sposób. Otaczające mnie książki tworzą właśnie ten świat, jego wizję, jego dobre i złe chwile. Nie są nim, a jednak są w zupełnie innym wymiarze. To od nich wiele się zaczyna, a także równie wiele zapewne się kończy. Są przystankami na drodze do bycia lepszymi, a może jedynie ciekawszymi, świata lub innych ludzi, są drogowskazami.
A może jedynie nic nieznaczącymi tytułami? Tak też może być, gdy łatwiej obejrzeć film, spędzać godziny, dni, tygodnie w wirtualnej rzeczywistości tworząc obraz samego siebie, ale jakże mocno podkolorowany. Tego, jakim chcielibyśmy być, ale nie możemy, a może jedynie nie chcemy, gdyż brakuje nam chęci lub odwagi. Tworzymy setki nowych osobowości, zamieniamy się w nicki. Kiedyś były numery, teraz mogę być nickiem. Jeśli przenosi coś sobą, jeśli coś pod nim się ukrywa, to dobrze, choć to i tak niczego nie zmienia, jeśli jednak jest czymś zupełnie wyrwanym z kontekstu, wtedy nawet komentarz jest zbyteczny.
Dlaczego myślę o tym wszystkim stojąc w mojej oazie spokoju wpatrzony w ciemną noc za moim, małym oknem? Co sprawia, iż te lub inne myśli dotykają mnie już od pewnego czasu? Zbliża się kolejne lato, lecz to będzie inne, niż kilka innych, które jak dotąd przeżyłem w letargu. Lato, które przyniesie ponownie dwie daty w odstępie kilku dni, tę, która jest dniem moich urodzin, a także tę, w której nawet nie zdążyła pomachać mi na pożegnanie.
Właśnie tego dnia zamierzałem stanąć nad jej grobem, jako człowiek, który zacznie nowe, lepsze życie.