Google+ Followers

wtorek, 3 maja 2016

Lara - Rozdział XVI

Po raz pierwszy od bardzo dawna sięgnęłam po leżący w pudełku aparat. To on na dobre przykuł mój wzrok, kiedy wróciłam do żywych okryta niedźwiedzim futrem w ziemiance Rudobrodego. Jakiś czas później ta stara Praktica stała się moim towarzyszem wędrówek i choć, jak dotąd nigdy nie pojawił się w niej film, miałam wrażenie, czułam to, że robienie zdjęć jest mi bardzo bliskie.
Wiele zawdzięczałam cennym wskazówkom Rudobrodego, bo choć nigdy nie było nic w środku, ja do każdego ujęcia i zdjęcia podchodziłam z wielką koncentracją. Przymierzałam się, próbowałam, przyglądałam się obiektowi, który z reguły nie mógł sobie pójść, raz przez małe okienko, później własnym okiem, ustawiałam ostrość, przyglądałam się cieniom i gdy wszystko było wręcz perfekcyjne naciskałam migawkę. I tak utrwalałam listki, drzewa, grzybki, przyrodę małą i dużą, czasem również to, co przemykało przed moim wzrokiem, gdy siedziałam w otwartych drzwiach wagonu towarowego.
Teraz po raz pierwszy chciałam postarać się o film, o który zapewne w miasteczku nie było trudno i w ten sposób wcielić duszę do aparatu, ożywić go. Sprawić, abym mogła zatrzymać teraz w kadrze wszystko to, co choć w stopniu drobnym przykuje moją uwagę. Chciałam przejść od teorii do praktyki. Wiedziałam, że nie będzie to proste, ale z całą pewnością będzie wyzwaniem, któremu mogłam sprostać.
Przecież tak wiele zrobiłam już „zdjęć”, teraz przyszła pora na pierwsze zatrzymane na papierze. Wydarzenia mijającego dnia nie przykuwały mojej uwagi, praktycznie, choć był to dopiero drugi dzień, czułam, jakby minął miesiąc. Przez chwilę w moim umyśle, jak neon rozbłysło imię „Kamila” i równie szybko zgasło. Choć było miłe, iż ktoś zauważył, dostrzegł moją obecność, było to tylko imię. Takie samo, jak tysiące innych.
Jutro będzie sobota, dzień inny, niż pozostałe, dzień, w którym otwieraliśmy dopiero po południu. Cały poranek był do naszej dyspozycji, choć ja nie wiedziałem jeszcze, jak go wykorzystam. Teraz wieczór, jutro poranek, tyle wolnego czasu, który stał się nagle czymś wyjątkowym. Choć jak dotąd miałam tego czasu wyjątkowo dużo, to teraz miał on inną wartość. Pracowałam, choć dopiero od niedawna, to jednak pracowałam. Czułam się potrzebna, przydatna, użyteczna. Czułam się częścią tego miejsca, może jeszcze nie knajpy, miasteczka czy wyspy, ale przynajmniej pokoju, który mogłam uważać za własny. I to sprawiło, iż wesoło uśmiechnęłam się do siebie. To naprawdę było piękne.
W tej właśnie chwili byłam wdzięczna Staruszkowi za daną mi szansę, nie wiedziałam, jak dalej pokieruje moją drogą. Byłam jednak przekonana, że może mimo wszystko będzie mi łaskawy. Może tak się stanie i zyskam uznanie w Jego oczach. Może będę mogła zrobić coś, co sprawi, iż pomyśli:, „Na dobrą sprawę, to może warto otoczyć Larę opieką. Wiele przeszła, więc chyba teraz należy się jej coś od życia. Dam jej ten promyk Słońca”. Czy tak się stanie? Tego nie wiem, ale czuję, że mogę pomóc własnemu losowi, robiąc to lub tamto. Robiąc drobiazgi, z których być może czasem uda się usypać potężny kopiec.
Błyski flesza, nieustające, obcy ludzie chodzący po moim pokoju, rozmowy i kształt postaci narysowany na podłodze. Powróciły obrazy, cała ich seria wystrzelona z karabinu w moją stronę, ale po raz pierwszy właśnie teraz, trzymając aparat w dłoniach poczułam spokój. Po raz pierwszy była to jedynie bolesna historia małej dziewczynki, która wchodząc do pokoju znajduje kochanego tatusia martwego na podłodze z poderżniętym gardłem.
Mała dziewczynka, która w tamtym momencie nie wiedziała jeszcze tak do końca, co właściwie się stało. Coś do niej docierało, lecz nie był to z całą pewnością najbardziej tragiczny scenariusz w jej życiu, jaki mogła wyśnić. Lecz był to dopiero wierzchołek góry lodowej. Ta właśnie tragedia przyczyniła się do odkrycia czegoś, w co tak naprawdę trudno było uwierzyć. Co spowodowało szok u osób, których nigdy nie znałam? Co odtrąciło ludzi ode mnie i mojej matki? Informacja, która chwilę później była już czymś więcej, niż jedynie wiadomością podawaną z ust do ust, lecz, co dotarło do mnie dużo później, ona o tym wiedziała. Nie wiem, jak długo, ale miała świadomość, że mój ojciec, a jej mąż był inny.
Kilka dni pobytu tutaj pozwoliły mi zrozumieć, pozwoliły mi uporządkować, choć w części otaczające mnie obrazy. One już nie bolały, nie budziły przykrych wspomnień. One zaczynały powoli się oddalać, zamazywać, choć zapewne minie jeszcze jakiś czas, zanim na dobre mnie opuszczą. Miejsce, w którym żyłam, pracowałam, mieszkałam działało na mnie kojąco. Nikt jak dotąd nie wydał mi się przykry, ani złośliwy, nikt nie wytknął mnie palcem. Wszystko, co z początku brałam za wrogość było czymś innym, było zrozumieniem i świadomością, przez co przeszłam i czego doświadczyłam.
Tak zaczynałam do tego podchodzić i rozumować, choć na dobrą sprawę nie miałam tej pewności. Za wcześnie było na jakiekolwiek sądy. Minęło raptem kilka dni, prawie tydzień, twarze, które zaczęłam już rozpoznawać, pozdrawiać. Twarze życzliwych, uśmiechniętych ludzi. Nad miejscem tym musiał unosić się jakiś przyjazny duch, ktoś, kto dbał o spokój tego miejsca, ktoś, kto nad nim czuwał. Ludzie tu byli inni, co nie znaczy, że nie mieli wad. Ludzie są tylko ludźmi, lecz jak dotąd ich przywary nie wydostawały się poza ściany ich domów. A to już wyjątkowa sztuka.
Dwie główne ulice, kilka sklepów jeden przy drugim, cztery różne kościoły i kilkanaście lokali gastronomicznych. Nie spodziewałam się, że mamy taką konkurencję, ale co ciekawe, ani Michał, ani nikt inny się tym nie przejmował, zawsze mieliśmy ręce pełne roboty. Czasem jedynie przez chwilę można było spokojnie odetchnąć, usiąść na schodach i odetchnąć wieczorem, kiedy robiło się chłodniej. Miasteczko małe, ale zadbane, schludne i pachnące. Pełne kolorów, kwiatów, drzew, w większości dosyć starych, o grubych i spękanych pniach.
Przystań, poczta, małe lotnisko, szkoła podstawowa. Cóż więcej potrzeba do życia, była też piękna, nowoczesna biblioteka, do której zdążyłam się już zapisać. Jak dla mnie, bomba. Błyski flesza powracają, ale już mi nie przeszkadzają. One są jedynie początkiem tej historii, która na dobre już jakiś czas temu się zaczęła. Co było przede mną? Tego nie wiedziałam, co było za mną, zbyt wiele, aby do tego wracać, choć zapewne wspomnienia powrócą, a wtedy dzień za dniem, jakoś się z nimi uporam. Może już nie sama, może w gronie znajomych i przyjaciół, może, jak członek rodziny, żona lub matka. Może tak się stanie.
Rozgwieżdżone niebo, spokój nocy, cisza. Poranek jest blisko, poranek w dniu, w którym nie musiałam rano wstawać. Mój drugi weekend.