Google+ Followers

niedziela, 26 czerwca 2016

Lara - Rozdział XVIII

Uchylone drzwi wprost kusiły, aby za nie zajrzeć. Pokusa, jakiej trudno się oprzeć, jednocześnie moja ciekawość wystawiona na wielką próbę. Zajrzeć i przekonać się, co się za nimi ukrywa? A może przejść bok, zejść po schodach, by zacząć nowy dzień?
Nasłuchiwałam odgłosów w całym domu mając świadomość, że nic nie zakłóca ciszy poranka. Kilka minut po siódmej rano, sobota, dzień, w którym knajpa „Na wzgórzu” zaczynała żyć dobrze po południu. Sobotnie poranki zawsze były dla nas, mogliśmy po całym tygodniu złapać trochę oddechu, większa część dnia upływała w błogim letargu. Michał zazwyczaj znikał na ryby, jeśli w tygodniu nie miał tej możliwości, praktycznie, co tydzień można było spotkać go Nad Skarpą.
Tak nazywało się to miejsce, do którego również ja lubiłam chodzić. Bez pośpiechu, jakieś pół godziny spacerkiem, lekko pod górę. Sam brzeg z dwóch stron osłonięty skalną ścianą wznosił się nieznacznie ponad poziom morza. W zasadzie nie wiem skąd ta skarpa, ale taką nazwę miało to miejsce. Mimo wszystko było tam cudownie i bajkowo, oaza ciszy i spokoju nawet na takiej z pozoru spokojnej wyspie. Może to dziwne, ale chwilami wciąż lubiłam samotność, choć w sumie i tak byłam sama, to jednak obecność innych ludzi źle na mnie wpływała.
Tak, Michał, musiał być na rybach, z radia akurat teraz, gdzieś cichutko sączyła się piosenka Jenifer Lopez. Bardzo ją lubiłam, była w tej dziewczynie szczególna charyzma, miała wielką moc!
Nie było wędek i całej reszty sprzętu. Powiedziałam sobie, że mimo wszystko zrobię to. Choć nie wiedziałam, co znajdę za drzwiami, ani tym bardziej, jaka będzie reakcja, gdy zostanę przyłapana na gorącym uczynku, wiedziałam, że decyzji już nie zmienię. Taki właśnie miałam charakter, silny, choć czasami zgubny. Zbyt często szukałam kłopotów, czasami to one mnie znajdowały.
Zupełnie świadoma tego, co robię postawiłam nogę na progu i jednym palcem, bardzo delikatnie popchnęłam drzwi. Naoliwione zawiasy przeniosły mój dotyk i oto ukazał się mym oczom niesamowity widok, jednocześnie taki, który przez chwilę wytrącił mnie z równowagi.
Na środku pokoju siedział chłopak. Nie miałam świadomości, że jest to dorosły mężczyzna, który dawno temu zatrzymał się w pewnym punkcie. Po prostu uświadomił sobie, że kolejna stacja na drodze do rozwoju nie jest już dla niego, usiadł więc na ławce przed budynkiem dworcowym na peronie „zaburzenia w rozwoju umysłowym” i stwierdził, że jest mu tu dobrze. W tym jednym momencie cały świat przestał się dla niego liczyć. Nie wiedział, co to dolary, wojna w Afganistanie, terroryzm, zło i dobro, kataklizmy, igrzyska olimpijskie, otaczający go świat.
Tak naprawdę, liczyło się dla niego tylko to, co znajdowało się wokół niego. Tylko to do niego docierało, to było jego osobisty świat, jednak, gdy pierwszy raz to zobaczyłam, nie wiedziałam, co myśleć. Właściwie, kiedyś od tego uciekłam, jednak dla mnie puzzle były chyba czymś innym, niż dla niego.
W pokoju, pod każdą ścianą, w każdym wolnym miejscu leżały setki pudełek z puzzle staranie ułożone, w proste kolumny, podzielone na te po 1000, 2000, 3000 części, była duża grupa po 500, a także po 5000. Wszystko to oczywiście były klocki, a raczej ich ilość w pudełku.
Siedział i spokojnie układał wielki żaglowiec z wielkimi, czerwonymi krzyżami na żaglach. Robił to w ten sam sposób, jak ja kiedyś – zupełnie nie patrzył na obrazek. Ten leżał gdzieś z boku, odwrócony wierzchem do dołu. Na pudełku widniał charakterystyczny napis – 2500. W zasadzie miał jeszcze trochę roboty przed sobą. Zaczął od żagli, aby później ułożyć resztę. Czasami robiłam podobnie, od środka, innym razem zaczynałam od ramki, aby skupić się później na wypełnieniu wnętrza.
Nie zwrócił na mnie zupełnie uwagi. Podeszłam bardzo cicho i usiadłam tuż obok. Klocki w jakiś sposób pasujące do układanego wzoru miał rozłożone przed sobą z fragmentami obrazka, tym razem w większości białe, czasami z drobnymi, czerwonymi akcentami. Siedział w skupieniu, głowa lekko uciekała na lewe ramię, poza tym chyba wyglądał normalnie, przynajmniej na zewnątrz.
W morzu białego koloru dostrzegłam ten jeden, właściwy klocek i delikatnie wzięłam go w swoją dłoń. W tym momencie jego wzrok skierował się w moją stronę, lecz chwilę później nieco wyżej. Widząc to i ja odwróciłam głowę.
W drzwiach, oparty o framugę stał Michał! Jak długo, tego nie wiedziałam? Skinął tylko głową w geście przyzwolenia, choć jego mina wprost mnie przeraziła i stał dalej spokojnie, nic nie mówiąc. Powędrowałam wzrokiem ku chłopcu-mężczyźnie. Jego spokojne oczy były wpatrzone, jakby z błaganiem w moje dłonie, a zasadniczo w tę, w której coś się ukrywało. Przez chwilę zupełnie o tym zapomniałam.
Trzymając właściwy fragment układanki w dłoni pozwoliłam mu, aby poprowadził mą dłoń ku podłodze, by sam włożył właściwy kawałek w to jedno, puste miejsce. Układanka nie była jeszcze gotowa, ale oto żagle, jak wysunięta dumnie pierś, nabrały powietrza, aby już za chwilę porwać żaglowiec ku falom.
Chłopiec-mężczyna delikatnie się do mnie uśmiechnął ukazując spokój oczu, piękne, białe zęby, ukazując swoją normalność. Wstałam, minęłam Michała w drzwiach i zeszłam na dół. Nie wiedziałam, co się stanie później, w zasadzie przestało mnie to zupełnie interesować, miałam jednak świadomość, że nie spotka mnie nic złego. Uświadomiłam sobie już to w momencie, gdy odebrałam Michała spojrzenie.
- „Wiesz, że zrobiłaś źle.
- Tak, Michał, wiem to, ale coś pchnęło mnie w jego stronę. Chyba potrafisz to zrozumieć, chyba nie masz wyjścia.
- Skoro tak mówisz, w zasadzie, to mógłbym się na ciebie wściec, ale i tak nic by to nie dało. Rób swoje, pomóż mu, jeśli potrafisz.
- Tak, Michał. Zrobię, co będę mogła.
- I nie mów ciągle – Tak, Michał!
- Tak, Michał. To znaczy, chciałam przytaknąć.”
Oczywiście nie padły żadne słowa, ale przez tę jedną chwilę mogliśmy przeprowadzić taką rozmowę, takie miałam wrażenie. Chciałam się schronić na polanie i złapać, choć trochę przyjaznego Słońca, na me młode, grzeszne, zmysłowe ciało.
Teraz, kiedy po krótkim pobycie poznałam tajemnicę tego domu, miałam świadomość, że oto zostało postawione przede mną specjalne zadanie, może misja od Staruszka, który chyba nad nami czuwał. Przestrzeń czasu pozwoliła mi właśnie tak się do Niego zwracać, w ten sposób nauczyłam się Go odbierać, szanować, czuć Jego obecność wokół siebie.
Pałeczka została przekazana, ode mnie jedynie zależało, co zrobię z tym odkryciem? Czy tak właśnie powinnam to nazwać, może zjawisko, może coś zupełnie innego, jak bym na to nie patrzyła, chciałam to zrobić. Pierwszy raz coś tylko i wyłącznie zależało ode mnie, miałam nadzieję, że w ten sposób duchy dzieciństwa, koszmar tragedii, coś, co wtedy jakoś do mnie nie dotarło, czego nie rozumiałam w pełni, że wszystko to może przeminąć.
Wystarczy pomóc, wystarczy podać swoją dłoń, ale czy to wystarczy? Leżałam na trawie, już nie myślałam o opalaniu, pierwszy raz od niepamiętnych czasów gorzko płakałam.