Google+ Followers

czwartek, 21 lipca 2016

Opinia 50 stron...

Włos się na głowie jeży z wrażenia, jakie wywołuje lektura tej wyjątkowej pod każdym względem publikacji historycznej. Z racji objętości i wagi do końca wciąż daleko. Co nie zmienia faktu, że rośnie moja historyczna świadomość tego wszystkiego, co działo się w trakcie tzw. wyzwalania ziem polskich wolnych już od niemieckiego okupanta. Koszmar tworu Polski Lubelskiej, mnogość wojsk NKWD z braku wciąż do końca nieukształtowanych Wojsk Wewnętrznych, z których formalnie wyłoniło się KBW.

Lech Kowalski dokonuje tu obszernej i wnikliwej analizy sytuacji społecznej i politycznej przełomu lat 1944/1945, zmian, które na blisko pół wieku wpłynęły na kondycję narodu polskiego i jego zniewolenie przez przyjaciół zza wschodniej granicy. #zyskiska wielkie dziękuję, bo dzieło to wybitne, choć finał lektury wciąż odległy.

----------------------------------

Mógłbym napisać, że jestem bliżej, niż dalej, mógłbym, jednak miałbym się z prawdą. Do końca wciąż daleko, co nie zmienia faktu, że jest to jedno z najlepszych opracowań historycznych, jakie miałem przyjemność poznać i czytać od kilku lat. Kilka lat wstecz Apoloniusz Zawilski w wyjątkowy sposób opowiedział o Bitwach polskiego września, teraz Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego A Żołnierze Wyklęci.

Poza tym nie zdawałem sobie sprawy, że zanim pojawiło się tzw. wyzwolenie hucznie przed laty obchodzone 9 Maja przez prawie rok, na przełomie roku 1944 i 1945 tak wiele złego się wydarzyło na ziemiach polskich.

Wczorajsza rocznica zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu z perspektywy wybuchu Powstania Warszawskiego była najgorszym z możliwych rozwiązań w określonej przestrzeni czasowej. Chyba już wtedy jego los został przesądzony, Warszawa sama dała Hitlerowi pretekst do rozprawienia się z nią w ten, a nie inny sposób. Między 20 lipca, a 1 sierpnia wydarzyło się tak wiele.

To, co już zwróciło moją uwagę w lekturze książki Lecha Kowalskiego to fakt, że najlepiej rozbudowa podziemna armia w określonym momencie okazała swoją słabość. A tak naprawdę można było iść za przykładem Finlandii, a także później Jugosławii. Były ku temu środki i możliwości, a tak dogorywający okupant pozostawił nas na łasce czerwonych siepaczy, którym polscy towarzysze tak bardzo pragnęli się przypodobać.

Rok 1945 po chwalebnym 'wyzwoleniu' Warszawy, ten sam rok, o którym Magdalena Grzebałkowska opowiedziała z tak wielką pasją dla struktur podziemnych był początkiem końca. Początkowa nieporadność sił pacyfikacyjnych skupionych pod jedną, czerwoną flagą pozwalała działać śmiało i odważnie wszystkim formacjom walczącym w podziemnych strukturach. Później było coraz gorzej, łącznie z rozwiązaniem AK i licznymi amnestiami, które osłabiły ducha walki i zachwiały morale żołnierza polskiego.