Google+ Followers

piątek, 20 stycznia 2017

Żółta karteczka

Był piękny wiosenny dzień. Gyong-ho usiadła na ławce przed budynkiem wydziału muzyki i czekała. Zawsze tak robiła w poniedziałki, środy i piątki. Czasami o trzeciej trzydzieści trzy, a czasem nawet o trzeciej czterdzieści dziewięć obiekt jej fascynacji wychodził w budynku. A wtedy czas zwalniał bieg, a słońce, rzadko widywane w Seattle, wychodziło zza chmur i świeciło tylko dla niej. Była pięknością, wcieleniem wiosennej kobiecości: naturalne krągłości płynące w przestrzeni; nietknięta niewinność na poznanie samej siebie.
Kiedy Gi zobaczyła ją po raz pierwszy, serce jej stanęło. Gdyby nie to, że Il-sun umarła w jej ramionach, że Gi była z nią do chwili, gdy jej ciało stało się zimne, mogłaby przysiąc, że to właśnie ona. Podobieństwo było niewiarygodne. Bardziej niż o rysy chodziło o rytm ciała, sposób poruszania się, beztroskie kołysanie biodrami. Na ten widok Gi wprost pękało serce. Jak w każdy poniedziałek, środę i piątek, między trzecią trzydzieści trzy a trzecią czterdzieści dziewięć, płakała. [s. 441]

Brandon W. Jones, Wiosenne dziewczęta, Wielka Litera, Warszawa 2014