Miałem wątpliwości, co do tego filmu. Nie dawałem wiary wcześniej poznanym informacjom. Byłem w błędzie. Kamerdyner to obraz, który zaskakuje, poraża, onieśmiela, wzrusza. Wreszcie jest to film, który uczy nas tolerancji i świadomej walki o ideały.
Cecil Gaines, czarnoskóry kamerdyner ośmiu kolejnych prezydentów Stanów Zjednoczonych Ameryki, dorastał na plantacji bawełny. Tragedia rodzinna sprawiła, że został domowym czarnuchem. Dzięki białej kobiecie na plantacji zyskał umiejętność, która stopniowo zaprowadziła go do Białego Domu, gdzie mottem przewodnim było - Nic nie widzieć, nic nie słyszeć.
Stany Zjednoczone Ameryki, zlepek kulturowy europejskich narodów potrzebował kilkudziesięciu lat, aby poradzić sobie z brakiem tolerancji rasowej. I były to burzliwe lata ukazane z perspektywy jednego, szczególnego człowieka, który poznał dni chwały, ale i słabości rządzących. Z czasem zyskując wśród nich prestiż, szacunek i poważanie. Jednak oddanie pracy zachwiało jego rodziną. Długotrwały rozłam ze starszym synem jest tutaj jakże wyjątkowo pokazany, z tym samym synem, który w każdy możliwy sposób walczył oto, aby jego bracia byli szanowani i mieli równe prawa. Jego rodzony ojciec potrzebował wielu lat, aby to zrozumieć.
Pomimo faktu, że w filmie Kamerdyner nie brakuje wielu głośnych i wyjątkowych nazwisk aktorów jest to rozdanie na jedną główną rolę. Forest Whitaker - nie jest wykluczone, że jako Cecil Gaines zagrał swoją życiową rolę, w której nie ma cienia fałszu lub słabości. To, co dzieje się w otaczającym go świecie, z jego braćmi maltretowanymi przez lata przez białych odbija się, jakże wyraźnie na jego twarzy.









