Google+ Followers

sobota, 28 lutego 2015

Konkurs muzyczny - Podziel się muzyką (40)

Zapraszam do 40 edycji konkursu, który bardzo się Wam spodobał i to od Was zależy, po którą sięgnięcie płytę, w tym jedna gorąca nowość. W każdej edycji do wyboru są cztery – A, B, C i D. Krótkie konkursowe formy, w których wygraną płytę zastąpi inna lub określona płyta wypadnie z obiegu. Reguły są proste.

W konkursie biorą udział: 

AComing Up For Air, Kodaline;
BTitle, Meghan Trainor;
CHope, Susan Boyle; 
DI love Italia, Kompilacja 4CD.

Szczegóły konkursu dostępne na stronie Kominek.

piątek, 27 lutego 2015

Internetowa cela

XIV
Siedząc przed komputerem i rozmawiając z Robertem pisałam do nieznajomego. Bardzo mnie ucieszył jego telefon, a jednocześnie odkryłam w jego głosie szczególną lekkość. Powiedział, że jak się tylko spotkamy, o wszystkim mi opowie, pozdrowił mnie również od mamy, za co serdecznie podziękowałam. Życzył mi kolorowych snów i jak zawsze prosił, abym uważała na siebie. To wszystko było takie słodkie. 
Mam nadzieję, że przetrwam bez jego obecności tuż obok te kilka dni. Będzie to wyjątkowo trudne, jednak zrobię, co tylko w mojej mocy. Będzie okazja, aby spotkać się z Wiktorią, może z Martą, a może zrobimy sobie babski wieczór ten pomysł bardzo mi się spodobał.  

poniedziałek, 23 lutego 2015

Joanna Opiat-Bojarska - Zaufaj mi, Anno

Długo nie trzeba było czekać, aby po pierwszej nieśmiałej próbie opowiedzenia o Annie Rogozińskiej, która, co ważne wypadła nad wyraz dobrze, pojawiło się drugie rozdanie z dziennikarką śledczą w roli głównej.
Pierwotnie Joanna Opiat-Bojarska chciała napisać tylko jedną książkę, ale tak się jej to spodobało, że po tej pierwszej pojawiły się kolejne. Lepsze, ciekawsze, bardziej przemyślane i zaangażowane twórczo. I co równie istotne autorka odkryła w sobie lekkość słowa w gatunku, jaki bez wątpienia stanowi literackie wyzwanie. Pierwszą udaną próbą w materii kryminału była powieść, Gdzie jesteś Leno?. Literackie narodziny Anny Rogozińskiej musiały być jedynie kwestią czasu.
Słodkich snów, Anno stanowi początek serii, gdyż odnoszę wrażenie, że na dwóch odsłonach się nie skończy. Pierwsze sukcesy w Primo TV i rodzinne dramaty, których byliśmy świadkami poznając po raz pierwszy Annę, jej śledztwo dotykające szemranych interesów dwóch lekarzy, a także piętno dramatu pod Otłoczynem – to w dużym skrócie wszystko to, czego doświadczyliśmy dzięki Annie w lekturze.
Inspiracją do napisania Anny Nr 2, czy Zaufaj mi, Anno były pewne tematy i zjawiska, które autorka zaobserwowała w otaczającym nas świecie doskonale wkomponowane w kalendarz z ważnym odliczaniem do Walentynek. Tych, które było już, z kim obchodzić, gdyż Łukasz stała się naprawdę bliskim powiernikiem spraw zawodowych, ale również też tych bliskich ciału i duszy.
Kiedy w sylwestrową noc z balkonu wypada młody człowiek wszystko wskazuje na nieszczęśliwy wypadek. A jednak jak to na ogół bywa każda niepozorna zdawałoby się sprawa zaczyna mieć drugie, a czasem też trzecie dno. I choć tym razem Bezdenny Kapelusznik nie podrzuca określonych tropów, to jednak bieg wypadków sprawia, że Anna Rogozińska sięga po nie sama. Nie zawsze, co prawda oficjalnie, ale czego się nie robi dla sławy i zaszczytu pracy w stolicy.

Z odzysku (2006)

Film Z odzysku wpisuję z pełną świadomością na coraz dłuższą listę polskich filmów Kina moralnego niepokoju. Kina, które choć trudne, nostalgiczne i smutne, jest prawdziwie polskie.
Można zastanawiać się nad tym, dlaczego tak wiele w nas goryczy, dlaczego z polskiego kina przebija nastrój zwątpienia, jednak odwagą jest sięgać po tematy trudne, czerpać inspirację z polskich, jakże często przytłaczających realiów życia codziennego. Zastanawianie się nad tym, dlaczego powstaje takie, a nie inne kino, prowadzi praktycznie w ślepą uliczkę i nie ma sensu. Polskie realia nie nastrajają optymistycznie, choć zawsze może być lepiej, dzięki temu, że są jednostki, które mimo wszystko próbują zmienić świat na lepsze. Czasem za bardzo wygórowaną cenę.
Walka o przetrwanie, o każdy dzień sprawia, że często należy stanąć przeciw sobie, przeciw temu, co czynimy i myślimy. W imię lepszego życia, w imię miłości, w imię wartości, które uważamy za słuszne, stawiając wszystko na jedną kartę.
I właśnie, dlatego Wojtek idzie na całość, choć droga, którą obiera nie do końca jest zgodna nie tylko z jego przekonaniami, ale też z sumieniem. Skrupuły idą na bok, gdy trzeba zadbać o starszą od niego kobietę, Ukrainkę i jej kilkuletniego syna. W imię miłości Wojtek wchodzi na coraz bardziej grząski grunt, w który krok po kroku coraz bardziej się zapada. Dopiero śmierć staruszka przynosi właściwe i słuszne odpowiedzi, śmierć tak bardzo niepotrzebna.

niedziela, 22 lutego 2015

Światowe metropolie - Paryż

(...) Na korzyść metra przeważył fakt, że w miastach, które je wybudowały, sprawdzało się znakomicie. Wpływ miały też względy ambicjonalne. Paryż był opóźniony w stosunku do Londynu, Nowego Jorku, Chicago i Budapesztu, a miał przecież gościć Wystawę Powszechną w 1900 roku. Wiele lat trwały przepychanki między instytucjami miejskimi, państwowymi i inwestorami, zanim w roku 1898 rozpoczęto budowę pierwszej linii. Do użytku oddano ją siedemnaście miesięcy później. Za tak sprawny przebieg prac odpowiadał inżynier Fulgence Bienvenüe.

Dziewiętnastego lipca 1900 roku otwarto pierwszą nitkę paryskiego metra, łączącą Port Maillot z Porte de Vincennes. Charakterystyczne wejścia w stylu Art Nouveau są dziełami Hectora Guimarda. W 1910 roku, z kilkumiesięcznym opóźnieniem spowodowanym wielką powodzią, oddano do użytku drugą linię. Mieszkańcy szybko przekonali się do nowego środka transportu, a regularna kontynuacja prac sprawiła, że w 1913 roku w Paryżu było już ponad dziewięćdziesiąt kilometrów metra. [s. 62]
 
Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Marta Orzeszyna, Paryż, miasto sztuki i miłości w czasach belle époque, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2012

Joanna Opiat-Bojarska​ - Blogostan

Jakiś czas temu zwróciła moją uwagę książka, której autorka Joanna Opiat-Bojarska pisała o swoich trudnych zmaganiach z pewną chorobą. Joanna miała poukładane życie, prowadziła własną firmę, była kochającą żoną i matką. Jednak z dnia na dzień to wszystko runęło przygniecione brzemię nieznanej choroby
Już po lekturze kilku stron wiedziałem, że szybko się od niej nie oderwę, że śledząc losy Joasi będę prawie z wypiekami na twarzy śledził jej zmagania z chorobą, jej godną podziwu determinację, aby tańczyć na weselu jej najlepszej przyjaciółki Moniki.

Autorka dotykając problemu choroby napisała wyjątkową, szczerą, inteligentną i piękną powieść obyczajową. Słowa, jakich używa, sposób narracji, opowieści, żart, ironia, ale też ból i cierpienie, to wszystko spływa z tej książki prosto do serca czytelnika. Stopniowo i powoli jesteśmy w stanie zrozumieć, co niesie ze sobą GBS, jakie wielkie problemy potrafi sprawić w organizmie człowieka i jak siłą woli można ożywić na początku jeden, mały paluszek, by stopniowo można było ponownie stanąć na nogi

Posiłkując się fragmentem własnej recenzji chciałbym zaproponować zupełnie nową książkę autorki, powieść na jedno podejście, no może góra dwa. Powieść, której motywem przewodnim jest to, co nas od dawna otacza i co nas bardziej wciąga, czyli Internet. 

piątek, 20 lutego 2015

Wzgórze nadziei (2003)

Wzgórze nadziei znalezione w Rumunii.

Przez dłuższy czas jedynie cisza, jakże bolesna i niepokojąca, chwilę później wdziera się w nią dźwięk potężnej eksplozji. Zanim opadł kurz rozpoczęła się bitwa o Petersburg. Jednak wprowadzenie Konia Trojańskiego zamiast spodziewanego zwycięstwa, przyniosło klęskę wojskom Unii.
Ta niesamowita i pięknie pokazana scena jest punktem zwrotnym w filmie Wzgórze nadziei. Jakiś czas później wyruszamy na wyprawę przez dziki, pełen szaleństwa, ogarnięty wojną kraj.
W społeczności amerykańskiej Wojna Secesyjna, zwana również Wojną Cywilną wywołuje podobne odczucia, jak ta niezbyt odległa w Wietnamie. Następstwa wojny Północ-Południe są widoczne w aspektach życia codziennego, polityce, ekonomii. Choć nikt tego sobie nie uświadamia.
Również kino podchodzi do tego tematu z lekką nieśmiałością, gdyż bardzo mało jest naprawdę dobrych obrazów oddających tamte wydarzenia. Ten najważniejszy, najbardziej znany, złoty klasyk kina to rzecz jasna Przeminęło z wiatrem.
Anthony Minghella, reżyser i scenarzysta w jednej osobie, do każdego filmu podchodzi bardzo starannie. Pisząc, dobierając obsadę, poszukując najbardziej odpowiednich planów i plenerów. Właśnie chęć znalezienia tych ostatnich zaprowadziła ekipę aż do Rumunii. W Stanach trudno było znaleźć miejsca nie skażone tchnieniem cywilizacji, a te nijak się miały do dziewiętnastowiecznych, dziewiczych gór, lasów, łąk i miasteczek.
Właśnie tu, po raz pierwszy dociera do mnie wyraziste piękno Nicole Kidman. Przede wszystkim to zewnętrzne. Piękna córka pastora, musi dojrzeć i dorosnąć po śmierci ojca, ale jednocześnie zmierzyć się z wojną, która ją otacza, a także z uczuciami, które później motywują ją do działania. Nie udałoby się jej, gdyby nie pomoc Ruby, w tej roli Renee Zellweger.

czwartek, 19 lutego 2015

Underworld XXIX

XXIX

obraz serca
zapisany w duszy

głębia błękitu
ukryta w Jej oczach

czy więcej trzeba
by szczerze pokochać

czego potrzeba
by być jeszcze bliżej..

Imogen Edwards-Jones - Fashion Babylon

Jeśli czytając Air Babylon mieliście w pełni zasłużony odlot, to Fashion Babylon zapewni wam intelektualny orgazm mówiąc wprost i jakby na to nie patrzeć, tak właśnie będzie.
Wszyscy ci, którzy znają już przewrotne do szpiku kości pióro autorki, Imogen Edwards-Jones, myślę, że wiedzą, czego się spodziewać. I rzecz jasna się nie mylą. Pozostali, dla których seria książek z tajemniczym „Babylon” w tytule zupełnie nic nie mówi powinni bardzo szybko nadrobić zaległości, bo nie wiedzą, co tracą. A tracą tak wiele, że kilka słów na temat książki nie jest w stanie tego oddać. To trzeba zgłębić samemu, bez względu na okoliczności i miejsce nie będzie to czas stracony.
Tutaj nie ma tabu, tu wszystko jeszcze szczere do bólu, tu nie ma świętości, tu świat mody i urody nie jest wcale tak piękny i różowy jakby się mogło nam wydawać. Podglądany z perspektywy pewnej firmy odzieżowej jawi się nam, jako zepsute siedlisko grzechu i rozpusty, choć nie obywa się bez chwil szczerej miłości i radości.
Trzeba się naprawdę natyrać ponosząc niejednokrotnie porażkę i być zmiecionym przez krwiożerczych pismaków, aby zasłużyć na swoje osiem minut szczęścia. Właśnie tak, nie inaczej. Jednak zanim otrzemy się być może o tą zaskakującą w każdym calu chwilę szczęścia, zanim przypadkiem nic nieznacząca sukienka stanie się hitem sezonu, zanim nastąpi gloria chwały trzeba będzie nie raz i nie dwa zagryźć zęby i nie dać się sprowokować.
Bo to, co będzie się o sobie czytać, o tym, jak tandetne, kiepskie i nijakie tworzy się kolekcje, to jedynie wierzchołek góry lodowej wyrafinowanego do szpiku kości świata mody, który nie zna żadnych granic w zgniataniu konkurencji na śniadanie, bo na lunch może być już za późno.
I to, co warte podkreślenia, w świetnym, pogodnym i dobrym świetle pokazane są kunszt i umiejętności polskich krawcowych. Bo to dzięki nim wszystko jest takie delikatne i wymuskane i tylko one potrafią zadbać oto, aby bez względu na okoliczności sukienka na czerwony dywan była gotowa na czas.

(…) Moda zatacza, koła: co jest modne, musi wyjść z mody i vice versa. Ten proces trwa zazwyczaj dwadzieścia lat. Więc, jeśli brakuje wam weny na nową kolekcję, wyszukajcie sobie „Vogue” sprzed dwudziestu lat i będziecie na topie. Dlatego wszyscy dzisiaj robią ciasne i dopasowane ubrania ściągnięte w pasie. Tylko pomyślcie o Robercie Palmerze i jego nagraniach wideo. Zastanówcie się nad powrotem poduszek na ramiona i legginsów. Wszyscy produkują Versace, oprócz, wydawałoby się, Versace.

Jest w tej książce wszystko to, co stanowi o domenie dobrego reportażu. Są wiadomości z pierwszej ręki, sensacje, choć nie tanie i nie byle, jakie, są wreszcie emocje, które przyprawiają czytelnika o zawrót głowy. A doskonały warsztat literacki autorki sprawia, że czytanie jest przyjemnością samą w sobie, gdy otwierając książkę już od pierwszej strony stajemy się aktywnymi uczestnikami tej opowieści. 

Imogen Edwards-Jones, Fashion Babylon, Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2011 

Artur G. Kamiński
Więcej o książce na Lubimyczytac.pl

środa, 18 lutego 2015

Internetowa cela

XIII
Jadąc pożyczonym samochodem w stronę Białegostoku, w stronę rodzinnego miasteczka leżącego na pograniczu, zastanawiałem się nad pytaniem Iwony. „Znasz jakiegoś Wiktora?”. Muszę się przyznać, że było to dosyć dziwne. Choć faktycznie odpowiedziałem twierdząco, pewnie i bez cienia wątpliwości można było przyjąć moje słowa, to jednak skłamałem. Uświadomiłem sobie to dużo później, gdy imię to w czasie drogi zakłócało spokój moich myśli.
Czy faktycznie znałem jakiegoś Wiktora? Czy zdążyłem go poznać? Kim dla mnie był, jeśli rzeczywiście istniał? Teraz sam nie potrafiłem odpowiedzieć na te pytania, może kiedyś, może właśnie z pomocą Iwony uda mi się odnaleźć właściwą drogę do mego serca. Dawno temu zgubiłem klucz i właśnie jej zawdzięczam odnalezienie pewnej szczeliny, przez którą przeniknęła do mego środka. 
Dom rodzinny odwiedzałem chyba zbyt rzadko, czasami, gdy czułem się pewnie jechałem do mamy, aby spędzić z nią trochę czasu. Aby przypomnieć sobie widok z mojego, małego okienka na niebo, które niejednokrotnie płonęło podpalone tysiącami pochodni. Również te cztery samotne, stare brzozy, na których mój wzrok często się zatrzymywał. Gdzieś dalej na horyzoncie dostrzegałem mały, stary kościółek, cały z drewna, z wysoką wieżą, na której dawno temu zagościł równie mały dzwon ufundowany przez jednego z królów Polski, chyba tego, który walczył pod Wiedniem.
Kiedyś brukowane, teraz asfaltowe ulice, jak zawsze ciche i spokojne, jednocześnie zadbane i wysprzątane. Mały rynek, wokół niego niskie kamienice, karczma, remiza strażacka. Jedno z tych miasteczek, które pojawiało się tylko na bardziej szczegółowych mapach. Mrok nocy rozświetlały światła samochodu, odkrywając stojące po bokach drogi drzewa. Wąskie, kręte drogi wśród pól i lasów. Pomimo chłodnej, listopadowej aury uchyliłem okno, aby rozkoszować się tym szczególnym, jedynym w swoim rodzaju zapachem polskiej wsi. 
Pomimo licznych podróży, wielu spotykanych osób, sporej liczby kobiet, które mnie otaczały byłem sam i chyba samotny. Pochłaniała mnie praca, nowe projekty, nowe przedsięwzięcia, nie potrafiłem myśleć o niczym innym. Ostatni mój związek trwał raptem trzy miesiące. Miałem trzydzieści cztery lata i gdzieś po drodze zatraciłem swój urok oraz szczególne podejście do kobiet. Daleko było mi jednak do prawdziwego romantyka, byłem raczej chłodny. Pewne zdarzenie sprawiło, że oto coś drgnęło w mej duszy, w sposób szczególny zadrgał jej kamerton. Od tamtej pory byłem już zupełnie innym człowiekiem. 
Pojawienie się Iwony mogło odmienić moje życie mogło wnieść do niego tak wiele radości, uświadomiłem sobie, że jest dla mnie bardzo ważna. Nie mogłem pozwolić na zniszczenie tych dobrych fundamentów naszej znajomości, które razem zaczęliśmy stawiać. 
Ostatnio dni mają inny wymiar, ostatnio czas inaczej płynie, ostatnio właśnie ten czas odmierzam od naszego spotkania do każdego następnego, ostatnio świat stał się taki mały, ostatnio... Zaczynam się dusić, a ty jesteś mym powietrzem, sprawiasz, że mój świat ma teraz zupełnie inny wymiar, jesteś cudowną radością, jesteś azylem na wzburzonym morzu, jesteś Wspaniałą Istotą, jesteś... Wszystko to prawda, pragnę każdej minuty w twoim towarzystwie, pragnę tych minut w każdej formie, pragnę wspierać i pomagać, pragnę być oparciem, pragnę twego, pięknego uśmiechu, pragnę...
Te wszystkie myśli tak bardzo mnie zaskakiwały, a jednocześnie tak bardzo mi się podobały. Była w nich szczególna lekkość. W tym radosnym uniesieniu dotarłem do rodzinnego domu, a witając się z mamą rozpłakałem się, jak małe dziecko. Choć ciążyła mi pewna sprawa, to jednak pierwszy raz od bardzo długiego czasu poczułem się szczęśliwy, spokojny. Na twarzy kochanej mamy dostrzegłem konsternację, jednak mój dziwny stan trwał tylko kilka minut. 
Umyłem się, a na stole w kuchni czekała przygotowana kolacja. Jedząc opowiedziałem o wszystkim, przekazując również pozdrowienia od Iwony. Znane mi sprzęty, kąty przywróciły pewne wspomnienia z dzieciństwa, od których tak bardzo chciałbym się uwolnić. Może wkrótce się to uda? Wierzyłem w to bardzo, niczego bardziej nie pragnąłem, jak zbliżające się święta spędzić bez tego wielkiego ciężaru. 
Jeszcze przed snem zadzwoniłem do Iwonki, mając świadomość, że bardzo za nią tęsknię, a minęło dopiero kilkanaście godzin. 

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.

Rzeka tajemnic (2003)

Clint Eastwood, któremu miałem okazję spojrzeć prosto w oczy jest reżyserem wyjątkowego filmu. Tytuł ten powrócił na ekrany amerykańskich kin. Dzięki temu i ja miałem okazję być uczestnikiem tej filmowej uczty. Sądzę, iż jest to deser, po oscarowym Bez przebaczenia z 1992 roku.
Film powstaje z reguły dwojako. Pomysł przeistacza się w scenariusz oryginalny lub sięgamy po książkę i na jej podstawie przygotowujemy scenariusz. Książka Dennisa Lehane’a Rzeka tajemnic jest podłożem filmu pod tym samym tytułem.
Dzieciństwo zostaje zburzone, gdy w życie trzech kolegów wkracza Zły Człowiek. Jimmy, Sean i Dave, to właśnie ten ostatni utraci je na zawsze i nigdy już nie będzie spał spokojnie.
Filmy i fabuły bywają podobne, tu też nie ma wyjątku. Rzeka tajemnic to w innej formie Uśpieni, gdzie Kevin Bacon również się pojawił. Jednak, jakby na to nie patrzeć jedynym podobieństwem, poza osobą aktora jest Zło, które w dzieciństwie wyrządziło tak wiele przykrości. Bez względu na to, jakie imię ma Zło, zawsze nim pozostanie. W życiu dorosłym przychodzi moment, aby się z nim zmierzyć. Czy tego chcemy, czy też nie, nawet, jeśli nie jest to zgodne z naszą wolą.
Sztuką jest napisać książkę, która stanie się bestsellerem. Mistrzostwo to umiejętność zrobienia z niej równie dobrego, jeśli nie lepszego filmu. Choć dobre, naprawdę dobre adaptacje pojawiają się niezmiernie rzadko. Książki nie czytałem, lecz bez cienia wątpliwości mogę stwierdzić, iż Eastwood otarł się o mistrzostwo. Nazwisko, które jest złotą ikoną w świecie filmu, aktor i reżyser, umiejący odnaleźć się w sposób pełny w obu rolach.

wtorek, 17 lutego 2015

Paul Glaser - Tańcząc z wrogiem

Przypadkowo odkryta walizka z nazwiskiem Glaser w trakcie zwiedzania obozu Auschwitz była dla autora przyczynkiem do odkrycia swoich rodzinnych, bardzo głęboko ukrytych, korzeni. To wtedy zaczął uświadamiać sobie, że choć urodzony, jako katolik płynie w nim również żydowska krew.
Tańcząc z wrogiem to fascynująca, wzruszająca, ale przede wszystkim optymistyczna historia życia jego ciotki Rosie Glaser. Życia wypełnionego muzyką, tańcem, ale też piętnem Auschwitz i koszmaru innych obozów, w których się znalazła biorąc udział w marszu śmierci chwilę przed wyzwoleniem obozu Auschwitz.
Nigdy nie utożsamiała się z faktem, że jest holenderską Żydówką, ignorowała zakaz noszenia gwiazdy Dawida, z podniesionym czołem walczyła o swoje, jej szkoła tańca przeszła do historii, jej życie było wyjątkowym świadectwem czerpania z życia wszystkiego, co najlepsze nawet w koszmarze wojny, kiedy przyszło jej żyć.

(…) Niedane mi było jednak spróbować szczęścia. W Westerbork spędziłam dwa dni zamknięta w ciasnym pomieszczeniu, po czym ruszyliśmy w dalszą podróż na wschód, do starej wioski u stóp Beskidów, wsi o nazwie Auschwitz.

Jednak dzięki zawiści i donosowi byłego męża, a także niegodziwości swojego kochanka zawdzięcza najtrudniejszy okres swojego życia. Koszmar eksperymentów medycznych bloku 10 w Auschwitz, przydział do pomocy przy paleniu zwłok w Sonderkommando, praca w fabryce z amunicją. Tylko niezwykłej determinacji, wielkiej chęci życia, również doskonałej znajomości języka niemieckiego, jak też kilku innych udało się jej przetrwać ten koszmar. Również tam pisała swoje wiersze i piosenki, książka jest również bogato ilustrowana jej zdjęciami, które zrobiła, przed, ale też po wojnie.
Z transportu holenderskich Żydów, którym Rosie dotarła do obozu przeżyło tylko osiem osób z ponad tysiąca pięciuset.

Paul Glaser przez wiele lat nie miał świadomości, że jego liczna rodzina nie przeżyła wojny. Murem milczenia otoczył się jego ojciec, brat Rosie, stąd sam po wielu latach dotarł do Szwecji do swojej ciotki. I to z jej wspomnień, licznych listów, zdjęć, które Rosie zrobiła stworzył jej opowieść, która ma formę niezwykłej w swej treści i formie, powieści. Książkę, która choć momentami dotyka spraw trudnych i bolesnych cały czas jednak tchnie wyjątkowym optymizmem, gdyż taka od urodzenia była Rosie Glaser.

----------------------------------
Do zdobycia, odkrycia i wygrania w TYM MIEJSCU. Gramy do 3 maja 2016 roku!
 ----------------------------------


Paul Glaser, Tańcząc z wrogiem, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2015
 
Więcej o książce na Lubimyczytac.pl

poniedziałek, 16 lutego 2015

Angielski pacjent (1996)

Jest gdzieś taki świat, gdzie na dnie serca... mógłby powiedzieć poeta o wielkim, nieprzebranym morzu piasku, o największej ze znanych nam pustyń. To właśnie tam dotarliśmy wraz z hrabią Laszlo de Almasym, odkrywcą, podróżnikiem, badaczem. Wywodzący się z Węgier, po walkach w pierwszej wojnie światowej, przenosi się do Afryki. Krótki pobyt rozbudza w nim pasję poznania, zrozumienia, ogarnięcia potęgi Sahary.
Jego skomplikowane, kontrowersyjne, interesujące życie posłużyło za myśl przewodnią, dzięki której powstała w pierwszej kolejności książka, a chwilę później równie wspaniały film. Zarówno autor, jak i reżyser stworzyli dwie piękne opowieści, gdzie tytułowy Angielski pacjent u pierwszego jest tłem, wplątanym w życie młodej pielęgniarki, sapera, a także pewnego przyjaciela jej rodziny.
Na taśmie filmowej został przesunięty na pierwszy plan, co trochę zmieniło charakter opowieści, ale nie zachwiało jej piękna, uroku, także dramaturgii i napięcia, szczególnie związanego z bardzo niebezpieczną pracą sapera. Ekspedycje badawcze z grupą zaprzyjaźnionych osób, odkrywanie tajemnic pustyni, prace kartograficzne. To do wybuchu wojny, gdyż wtedy przyszły mniej sprzyjające czasy nauce, okres wielkich wyrzeczeń, pracy dla okupanta. Węgierski arystokrata, na włoskiej ziemi, trafił po ciężkim poparzeniu w ręce kanadyjskiej sanitariuszki. Gdzieś tam, w jednej z licznych, wielkich, opuszczonych willi „obejrzał” swoje życie, poznał jej na nowo, jakby pewne fragmenty nie były mu wcale znane. I tu i tam, w piaskach Sahary, towarzyszył mu egzemplarz dzieł Herodota - jego biblia, notatnik, pamiętnik, jedyna, ulubiona lektura, z którą się nigdy nie rozstawał. W niej zawarł swą miłość do kobiety, uczucie, które nie mogło się spełnić, gdyż przede wszystkim na drodze ich szczęścia stało jej małżeństwo.
Za sprawą jego tragedii i cierpienia, tego fizycznego i duchowego, okruchy utraconego uczucia zostały przelane na inne osoby, bezpośrednio z nim związane, tu w ogrodach Toskanii - Hannie, jego opiekunce i Kipowi, młodemu Hindusowi, który z dalekich Indii trafił do armii angielskiej, aby również mieć swój udział w tej wojnie, o której tak niewiele wiedział. Był saperem i tylko jedno go interesowało - zapewnienie bezpieczeństwa.

Zajrzyj do Grupy Cinema Malena... :)
Zaproś przed Kominek swoich Przyjaciół :)

niedziela, 15 lutego 2015

Jabłka Adama (2005)

Nie dziwię się, że tak wyjątkowy film wygrał Warszawski Festiwal Filmowy, bo choć nie dzieje się w nim wiele, to jednak dzieje się tak dużo, iż nadmiar wrażeń przepełnia widza i nie pozwala mu na chwilę oddechu. Ta prosta z pozoru historia jest bardziej skomplikowana, niż nam się zdaje.
Jabłka Adama to film, który burzy wszystkie konwenanse, nie trzyma się żadnych zasad, rzekłbym, iż jest odrobinę wywrotowy, ale ma w sobie potężną, emocjonalną głębię. Tak potężną, iż z każdą, kolejną sceną obserwując zmagania Adama zastanawiałem się, jak ja zachowałbym się na jego miejscu.
Ta szczególna pod każdym względem tragikomedia to przede wszystkim zmaganie Adama z samym sobą, to jego walka, aby przypadkiem nie stać się dobrym, aby on zatwardziały neonazista nie skalał się dobrym uczynkiem. To także ciągła konfrontacja z jego opiekunem, pastorem Ivanem, dla którego wszystko, każde zło, każdy znak, to znak od Szatana. To także ciągła chęć i potrzeba nawracania jego owieczek, choć jest ich tylko kilka.
Dlaczego jabłka? Adam za punkt honoru po pojawieniu się w tej oazie spokoju stawia sobie upieczenie szarlotki. Niby nic wielkiego, jabłek nie brakuje drzewko obrodziło, ale wokół dzieje się tak wiele, iż ciągle to proste postanowienie zaczyna być coraz trudniejsze.

sobota, 14 lutego 2015

Internetowa cela

XII 
Wielka radość, bo oto mam nareszcie nowy telefon komórkowy. To małe cudeńko jest śliczne, piękne, ma całą masę funkcji, dwa wyświetlacze. Bardzo się cieszę. Nic nie mogło mi dziś zmącić tej radości. Właśnie jadłam obiad z klientem, gdy zadzwonił Robert.
- Witaj Iwonko. Mogę zająć ci chwilkę?
- Witaj! Jestem troszkę zajęta, ale kilka minut mogę ci poświęcić – przepraszam na chwilę, powiedziałam do klienta, który tylko się uśmiechnął, gdyż chyba zrozumiał, o co chodzi. – Mam nowy, wspaniały telefon. Jestem taka szczęśliwa z tego powodu. Coś się stało?
- Nie, wszystko w porządku. Chciałbym tylko powiedzieć, że wyjeżdżam na kilka dni w rodzinne strony. Jadę odwiedzić mamę.
- No cóż, będzie mi smutno bez ciebie, ale rozumiem. Pozdrów ją ode mnie. Obiecujesz, że zadzwonisz, jak przyjedziesz. Skąd właściwie pochodzisz?
- Wychowałem się w okolicach Białegostoku.
- Te strony i mi są bliskie. Musimy o tym porozmawiać przy najbliższej okazji. Musisz mi opowiedzieć o sobie. Długo cię nie będzie?

- Trzy, może cztery dni. To ja już nie przeszkadzam, uważaj na siebie. Całuję cię gorąco.
- Ja ciebie też całuję. Robert, mam jeszcze jedno pytanie. Właśnie sobie przypomniałam, znasz jakiegoś Wiktora?
- Nie, a czemu pytasz?
- Nic takiego, coś mi się skojarzyło, naprawdę nic takiego.

- To na razie Iwonko. Zadzwonię, jak tylko będę u mamy.
- Pa!
Wróciłam do klienta, przeprosiłam raz jeszcze, a on raz jeszcze tylko się uśmiechnął. Bardzo go lubiłam, na swój sposób oczywiście. Elegancki pan koło pięćdziesiątki, prawdziwy dżentelmen, a dziś to już rzadkość. Być może trochę przesadzam, ale moim rówieśnikom daleko jednak do doskonałości. A Larry był naprawdę cool, to słowo najbardziej tu pasuje. Mogłabym powiedzieć, że jest w porządku, ale to za mało, jak również „OK”, czy może „facet na poziomie”. 
Świadomość, że Robert wyjeżdża, choć tylko na kilka dni, troszkę mnie zmartwiła. Bardzo go polubiłam, nic jeszcze nie działo się w mym serduszku, ale zaczynał już na mnie działać w ten, szczególny sposób. O tym wszystkim myślałam siedząc jeszcze w firmie. No i nie znał Wiktora, tego przecież mogłam się spodziewać! Ale ze mnie głuptas, jednak zadane pytanie uspokoiło mnie, a odpowiedź była tak pewna, że nie mogłam w niej doszukiwać się nawet cienia fałszu.

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.

Infiltracja (2006)

Każdy, kto doszukuje się w tym filmie czegoś, co już kiedyś widział i ma wrażenie, że coś takiego się już wydarzyło bez wątpienia ma rację. Zastanawiałem się, czy amerykańska wersja doścignie pierwowzór, czy będzie równie interesująca, czy godna będzie Piekielnej gry, która była wręcz doskonała. Miałem wątpliwości i już ich nie mam, gdyż Infiltracja rozwiała moje obawy i dała możliwość poznania kina na najwyższym poziomie.
Zastanawiałem się, czy uda się oddać ten sam klimat, nie robiąc z tego kalki, nie robiąc filmu, którego nie da się już obejrzeć. Miałem duże obawy, bez względu na to, iż nad całością miał czuwać sam Martin Scorsese, nie byłem pewien, czy robienie takiego filmu ma sens, jednak zobaczenie w jednym miejscu tylu niesamowitych postaci zagranych po mistrzowsku to uczta, jakiej nie można sobie odmówić.
Po dwóch stronach barykady pojawiają się: Leonardo DiCaprio, prawdziwie męski, już nie chłopięcy, pełnej skrywanej wciąż pasji, z jaką odnosi się do swego zawodu i Matt Damon, dobry gliniarz w owczej skórze. Obaj przez wiele lat współzawodniczą ze sobą nie wiedząc o swoim istnieniu i każdy z nich związany jest w pewien sposób z Frankiem Costello. Wszechstronny i wciąż zaskakujący Jack Nicholson.

piątek, 13 lutego 2015

Joanna Opiat-Bojarska - Gdzie jesteś, Leno

Z nieukrywaną przyjemnością dotykam po lekturze lekkości tego słowa i jak już wcześniej zauważyłem jest to jak dotąd najlepsze twórcze dokonanie Joanny Opiat-Bojarskiej. Gdzie jesteś, Leno? zaskakuje od pierwszej, aż po ostatnią stronę.
Pisanie ma to do siebie, iż musi lub przynajmniej powinno mieć swój określony cel. Gdyż pisać, aby pisać to nie sztuka, sztuką jest nie robiąc wiele przemienić wodę w wino. I sztuka ta udała się autorce w doskonałym stopniu.
Tytułowa Lena – młoda, ambitna dziewczyna z zamożnego domu, która mogłaby mieć wszystko, a jednak wszystko pragnie osiągnąć własną pracą. Nie chcąc niczego zawdzięczać rodzicom. Jest szczęśliwa, inteligenta, radosna i nagle znika… Przepada bez wieści.
Joanna Opiat-Bojarska zaintrygowana pewnymi wydarzeniami z życia publicznego sięgnęła po temat, który jest godnym uwagi materiałem na powieść kryminalną. I przyznać trzeba, że potraktowała go w sposób, który nie tylko budzi podziw, ale sprawia też bardzo miłą niespodziankę w lekturze.
Dobrze napisana powieść musi mieć swój rytm. Doskonałe otwarcie, dzięki któremu wszystko to, co jest dalej jest tylko kwestią czasu. Poza tym nie bez znaczenia jest odpowiednie zarysowanie postaci. Zabieg ten z marszu sprawia, że w jakiś sposób utożsamiamy się z bohaterami.

czwartek, 12 lutego 2015

Wilk z Wall Street (2013)

Sprzedaj mi ten długopis...

Zastanawiam się, czy tym razem Leonardo DiCaprio zyska uznanie Akademii i piąta już nominacja zamieni się upragnionego Oscara. Gdyż bez cienia wątpliwości całkowicie na nią zasłużył swoją być może życiową rolą, choć w wieku czterdziestu lat wciąż wiele równie fascynujących ról przed nim.
Chwilę trwało zanim poznałem Wilka z Wall Street, ale jestem kontent, że do tego doszło, bo po raz kolejny poraził mnie aktorski geniusz Leonardo. Nie bez znaczenia jest też fakt, że dawno temu Martin Scorsese dostrzegł w młodym, zadziornym chłopaku wieki talent powierzając mu rolę Amsterdama Vallona w filmie Gangi Nowego Jorku. Od tamtej pory minęło dwanaście lat w trakcie których Leonardo został pierwszoplanowym aktorem Scorsese pojawiając się kolejno w czterech jego filmach łącznie z Wilkiem z Wall Street jako Jordan Belfort.
Dosyć niedawno wyłapałem opinię w mediach, której autor stwierdza, że pewne sceny w tym filmie powinno zostać ocenzurowane. Rzekomo jest zbyt odważny i zbyt wiele jest w nim nagości. Nie pamiętam słów, jakich użył autor w tym krótkim artykule, aby je zacytować, jednak niestety nie miał racji.

środa, 11 lutego 2015

Underworld XXVIII

XXVIII

jedno drżenie serca
jedno tylko jeszcze

zbyt wiele wrażeń
na jednego człowieka

co będzie dalej
tego nie wiem

silniejszy w wierze
mocniejszy w słowie...

wtorek, 10 lutego 2015

Remigiusz Grzela - Wybór Ireny

Jestem bliżej, niż dalej...
Wciąż jednak czytam, wciąż zgłębiam ten ze wszech miar wyjątkowy, trudny, skomplikowany życiorys. Kilka razy miałem ochotę rzucić ją w kąt, a jednak chęć dotykania i odkrywania losów Ireny brała górę nad świadomością, że to nie dla mnie, że trafiła pod zły adres, że…
Gdyż nie jest to powieść, którą w mgnieniu oka czyta się od deski do deski. Tutaj ze skrawków pamięci, nielicznych listów, wspomnień nielicznych żyjących świadków tamtych dni autor próbuje stworzyć obraz tej, która pragnęła, aby o niej zapomnieć. Aby przestała istnieć, aby wszystko to, co było odeszło wraz z nią.
Janusz Korczak, Władysław Szpilman, Marek Edelman – trzy symbole walki o przetrwanie narodu, który miał zostać zmieciony z powierzchni ziemi. Narodu, o którym pięknie opowiada Austeria Jerzego Kawalerowicza, a słowo dopełniło się w Pianiście, Korczaku, czy też Liście Schindlera.
Nie bez powodu jednak wspominam nazwiska trzech mężczyzn. Wszyscy trzej przeszli przez warszawskie getto, ale tylko jeden z nich miał styczność z nią. Z kobietą, o której życiu, działalności, istnieniu wie jakże niewielu. A jednak życiorys Ireny jest tak niezwykły, niesamowity, trudny i skomplikowany, że aż trudny do uwierzenia. A jednak…

Jestem bliżej, niż dalej...
Jestem prawie przy końcu i powoli zaczynam rozumieć sens postępowania Ireny, jej chęć zatrzaśnięcia za sobą koszmarnych drzwi przeszłości. Tego, co przeszła i czego doświadczyła w czasie wojny, to jak wiele osób w swojej świadomości musiała pochować za życia, to wszystko bez wątpienia musiało jej ciążyć. Wręcz przygniatać do ziemi.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Kodaline - Coming Up For Air


Zachęcona sukcesem poprzedniej płyty In A Perfect World (hity All I Want i High Hopes) irlandzka formacja Kodaline postanowiła iść za ciosem – 10 lutego 2015 r. w sprzedaży pojawi się jej druga płyta Coming Up For Air, której zwiastun - singiel Honest - można już teraz posłuchać pod w tym miejscu. Zainspirowany współpracą z takimi producentami, jak Jacknife Lee (Snow Patrol, R.E.M), Jim Eliot (Ellie Goulding) czy współtwórcą wspomnianego krążka A Perfect World Steve’m Harrisem, zespół dostarczył nowe utwory znacznie szybciej, niż się tego spodziewano.
Gdyby latem tego roku ktoś powiedział nam, że do jesieni skończymy nagrywać płytę, nigdy byśmy w to nie uwierzyli - mówi wokalista Steve Garrigan. - Wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Część utworów powstawała na żywo w studio. Ostatecznie sesje nagraniowe do płyty zamknęły się w ośmiu tygodniach.
Album promuje energetyczny singiel Honest, będący dużym zaskoczeniem nawet dla fanów Kodaline. Mocnego, brzmiącego niemal jak stadionowy hymn refrenu nie powstydziła by się sama grupa Coldplay. Utwór jest już w sprzedaży m.in. w serwisie iTunes

Muzyczna przystań: Sony Music Poland

Światowe metropolie - Warszawa

(...) Już na przełomie 1915 i 1916 roku Zarząd Miejski zlecił opracowanie urbanistycznego planu rozbudowy miasta, a 8 marca 1916 roku wypowiedział się stanowczo za przyłączeniem przedmieść. 8 kwietnia 1916 roku generał-gubernator Beseler podpisał dokument o inkorporacji przedmieść.

(...)

Przyłączone przedmieścia zajmowały łącznie powierzchnię 8210 hektarów; miasto powiększyło zatem swój obszar ponad trzyipółkrotnie: z 32,7 km kwadratowych w 1914 roku do 114,8 km kwadratowych w 1917 roku (pomiary nie uwzględniają obszary Wisły). Miastu, które dotychczas było podzielone na 15 komisariatów (...) przybyło kolejnych 11 komisariatów, utworzonych na terenach przyłączonych przedmieść: XVI Mokotów, XVII Grochów, XVIII Golędzinów-Pelcowizna, XIX Koło-Budy, XX Sielce, XXI Czerniaków-Siekierki, XXII Wola, XXIII Czyste, XXIV Targówek, XXV Nowe Bródno, XXVI Marymont. [s. 24]
 
Maria Barbasiewicz, Warszawa. Perła Północy, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014

niedziela, 8 lutego 2015

Pianista (2002)

Wspomnienia Władysława Szpilmana oddane oczami Polańskiego sprawiły, że ponownie można było poczuć strach w jego innej formie, nie dający się opisać tragizm okresu okupacji.
Czytając książkę zastanawiałem się, jak można oddać to, co zostało zapisane na tych kartach. W jaki sposób oddać strach i bezsilność w oczach setek tysięcy Żydów idących, jak owce pokornie na rzeź. Szukałem właściwych obrazów, szukałem i czekałem na filmową wersję.
Fakt, iż film Pianista miał nakręcić Roman Polański uświadomił mi, że nikt lepiej nie mógłby się tym zająć, niż on. Jako młody chłopak, mając dziewięć lat, uciekł z krakowskiego getta w dniu jego likwidacji, przeżył również bombardowanie Warszawy we wrześniu 1939 roku.
Historię krakowskiego getta, jego likwidację w jakże sugestywny sposób pokazał Steven Spielberg w swoim filmie Lista Schindlera. O tego czasu minęło osiem lat i przyszła pora na równie wybitne, dopracowane do perfekcji, wstrząsające dzieło Polańskiego. Jak sam powiedział, nie chciał, aby był to film autobiograficzny, z tego też względu nie chciał pracować nad filmem w Krakowie, wykorzystując jego plenery. Bał się, że miejsce to może przywołać zbyt wiele wspomnień. Jednak świadomość, że dane było mu przeżyć to piekło pomogła stworzyć w pełni realny, nie przekłamany, osadzony w tamtych realiach scenariusz. W pracy nad nim wspomagał Ronalda Harwooda, brytyjskiego dramatopisarza i prozaika.

Internetowa cela

XI
Dotarliśmy do Parku Saskiego. O tej porze, wczesnym wieczorem, mijaliśmy jeszcze innych spacerowiczów, słuchaliśmy miasta, jego muzyki. Szliśmy w milczeniu, uśmiechaliśmy się do siebie. 
Miał w sobie ten szczególny dar, który sprawiał, iż mogłam czuć się bezpiecznie, jednocześnie dobrze się bawić. Byłam szczęśliwa i tylko to się liczyło, jak również jego obecność obok mnie. Gdzieś tam uleciały wszystkie smutki, od środka rozpierała mnie szczególna radość, cieszyło się serce, radowała dusza. 
Jednak było coś jeszcze, myśl, która nagle się pojawiła. Miałam wrażenie, że pod płaszczykiem zadowolenia i spokoju ukrywa się jakaś tajemnica. Nie odczuwałam zagrożenia ze strony Roberta, jednak gdzieś tam głęboko zaległa się pewna sprawa, zapewne natury osobistej, która mąciła spokój jego duszy. Wiedziałam, że nie mogę oto zapytać, nie dziś i jeszcze przez jakiś czas również musiałam milczeć. Wypadało jedynie uzbroić się w cierpliwość i czekać na odpowiedni moment. Znaliśmy się jeszcze zbyt słabo, być może był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi i tylko ja miałam jakieś zwidy. Zapewne tak było, lecz...
- Halo, tu Ziemia, czy ktoś mnie słyszy?
- Przepraszam, zamyśliłam się...
- Coś się stało?
- Nie, wszystko w porządku, chodźmy już, bo zaraz się zacznie.
Przypadek zrządził, że pewien szczególny film pojawił się w szczególnym kinie, akurat dziś. Bardzo chciałam mu go pokazać, zamierzałam częściej to robić, odkrywać przed Robertem filmy, które miały swój wspaniały klimat. 
Tym razem w kinie „Paradiso” miał się pojawić film Cinema Paradiso niesamowitego reżysera, jakim był Giuseppe Tornatore. Czując jego delikatny, ale jednocześnie pewny uścisk dłoni dotarliśmy do Pałacyku. Na szczęście z parku było bardzo blisko.
Wieczór pełen miłych wrażeń sprawił, iż zamierzałam skierować swoje kroki prosto do łóżka, no może z pewnym odstępstwem, na mycie zębów i szybką wycieczkę na stronę w Internecie, bardzo szybką. 
Gdy w piżamie, praktycznie gotowa do snu zaczęłam czytać jego słowa, (nareszcie wiedziałam, jak ma na imię!), już wiedziałam, że nie zasnę tak szybko. (...) Zajmuję się pracami wykończeniowymi obiektów sportowych w Edmonton, te słowa padły dziś z ust Roberta. 
Czy znał Wiktora? Czy Wiktor znał Roberta? Czy był to tylko zbieg okoliczności, czy coś więcej? Zganiłam się sama siebie, (Jaka ty jesteś głupia!). Fakt, to samo miasto, ale być może budowany jest cały kompleks, przez różne firmy. Akurat się znają! Zapomnij o tym! 
Jednak zamierzałam zapytać przy najbliższej okazji Roberta, a Wiktorowi powiedziałam „dobranoc” wyłączając komputer. Musi poczekać na moją odpowiedź, dziś jestem zbyt zmęczona.

Sięgnij po Wprowadzenie do lektury.

piątek, 6 lutego 2015

Żółta karteczka

(…) Prędkość światła jest bardzo wielka, większa niż wszystko inne: trzysta tysięcy kilometrów na sekundę. Lecz światło nie rozchodzi się natychmiast - potrzebuje ośmiu minut, aby dotrzeć do nas ze Słońca leżącego w odległości stu pięćdziesięciu milionów kilometrów od Ziemi, ukazuje nam gwiazdy od dawna martwe, pozwala dojrzeć ciała niebieskie, które pochodzą z początków wszechświata. Widzieć daleko w przestrzeni dzięki dzisiejszym teleskopom to tyle, co widzieć daleko w czasie. [s. 85] 

dla Dominiki

Jean D’Ormesson, Traktat o szczęściu, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011

Amelia (2001)

Powiew świeżości, tchnienie radości, potęga bliskości drugiego człowieka. Również tego, który właśnie teraz siedzi obok nas w kinie. Czując jego obecność, ukochany zapach, delikatny i subtelny podążamy w przedziwną podróż ulicami Paryża.
Jest w tym filmie przewrotna lekkość, dziwny stan świadomości sprawia, iż radują się nie tylko usta w uśmiechu, ale cieszy się nasze serce, a dusza przepełnia się tą radością, aby starczyło jej jak najdłużej. Każdy kadr, każdy obraz odkrywa niezwykłe aspekty tej opowieści. Przecinające się wątki, wpadający na siebie ludzie, którzy gdzieś pędzą w pośpiechu.
Pomiędzy nimi ukrywa się Amelia. Potrafi sprawić, że prawie każdy, kto się z nią zetknął nagle czuje się lepiej. Spogląda na szary do tej pory świat, teraz już w zupełnie inny sposób. A ona w poszukiwaniu własnego szczęścia i miłości zaczyna pomagać również sobie samej. Mając oparcie w Człowieku ze Szkła, krok po kroku zbliża się do celu, a raczej do osoby, która zawładnęła jej sercem. Poznaje młodego człowieka, jego szczególną fascynację i w ten sposób przesyła mu zagadkowe wiadomości, grając w jego grę, a jednocześnie prowadząc własną.
Wyjątkowym aspektem tego obrazu jest prowadzona w sposób szczególny narracja, podkreślona misternie przygotowanymi zdjęciami współczesnego miasta. Trzecim elementem tej filmowej konstrukcji jest muzyka w stylu retro.

Dalsza część przygód bohaterów filmu Amelia dostępna jest w opowiadaniu napisanym lata wstecz pierwotnie chyba na jakiś konkurs - Wprawa Krasnoluda w poszukiwaniu Kaszalota

Zajrzyj do Grupy Cinema Malena... :)
Zaproś przed Kominek swoich Przyjaciół :)

środa, 4 lutego 2015

Sabina Berman - Dziewczyna, która pływała z delfinami

Rain Man, Foresst Gump, a teraz Dziewczyna, która pływała z delfinami. Wspólny mianownik łączący wszystkie trzy tytuły to Zdolny Inaczej, a może Zdolna Inaczej w wypadku bohaterki książki Sabiny Berman. Książki, która sprawiła mi nie tylko miłą niespodziankę w trakcie lektury, ale podarowała też wiele niesamowitych doznań.
Autyzm - inne, szczególne postrzegania świata, inna wrażliwość, choroba, która kształtuje geniuszy. Umysł, który jest zagadką, który sprawia, że choć uważani za imbecyli, umysłowo chorych w znaczniej mierze niejednokrotnie są bardziej normalni, niż cały otaczający ich świat.
I taka właśnie jest ‘Ja’. Aby zobrazować, czym podyktowane jest nazywanie się właśnie w ten, a nie inny sposób warto sięgnąć po określone słowa:

(…) Ktoś prowadzi za rękę chudą i niezgrabną dziewczynkę w białej koszulce do pół uda, pod wiatr, rozkłada na piasku czerwony koc, sadza ją i mówi, co ma mówić. Powtarzać.
- Ja.
- Ja.
I tak wiele razy, każdego popołudnia, każdego dnia. To zjawisko siedzące na piasku, kołyszące się, mówiące „Ja”, i to stworzenie stłumione przez ryk fali, która spada z hukiem, rozbija się i ślizga po piasku.

I w żaden sposób nie dziwi mnie fakt tak wielkiego zainteresowania książką Sabiny Berman na całym świecie, bo stworzyła dzieło wybitne. Pojawia się powieść, która już od pierwszych stron wprowadza czytelnika w tak zaskakującą, piękną i zjawiskową historię Ja zwanej później Karen, iż dopiero poznanie jej osobiście da ten niezwykły w każdym aspekcie wyraz, jaki pojawi się po lekturze na twarzy zaskoczonego czytelnika.
Każdy, kto na niego spojrzy będzie miał świadomość, że zaniemówił z wrażenia. Przejęty czymś niezwykłym nie dostrzega otaczającego go świata i długo jeszcze nie potrafi się otrząsnąć z wrażenia po podróży do Mazatlan i spotkania z Karen. Tak właśnie jest, bo każdy, kto spotka na początku tę niepozorną dziewczynkę, z czasem młodą dziewczynę, obcując finalnie z dojrzałą kobietą, nigdy nie będzie już taki sam.
Jej niezwykła osobowość, choć przecież autystyczna, 90% debila i 10% geniusza, jej praktyczny umysł, jej wizja chłonienia świata, odkrywania go od podstaw, rozkładania na atomy, wszystko to sprawia, że nasz podziw dla Karen nie ma końca. Jednocześnie jesteśmy momentami onieśmieleni jej zadziwiającą wyrazistością myśli, jej krystalicznie czystym umysłem, który nie odrzuca niczego, bo wszystko tak naprawdę ma sens, trzeba tylko spojrzeć z odpowiedniej perspektywy.
Najlepiej tej podwodnej, w okularach i kombinezonie nurka, w którym Karen czuje się wyjątkowo bezpiecznie, tak w wodzie, jak też poza nią, w każdym innym, dowolnym miejscu. I co ważne, ta podwodna rzeczywistość oddana jest w sposób, któremu może tylko dorównać kolorowy film i to wersji 3D.
Celowo nie dotykam treści książki, nie nawiązuję do historii Karen, bo tą trzeba i warto poznać strona po stronie od samego początku. Warto sięgnąć po ‘Dziewczynę, która pływała z delfinami’ ze względu historię, która wyprzedza bieg czasu, poraża swą niezwykłą bezwzględnością obnażania pozornej tylko normalności, która nas otacza.
Sabina Berman nie zawahała się nawet przez chwilę, ręka jej nie drgnęła na klawiaturze. Od pierwszej do ostatniej strony historia Ja, zwanej później Karen, jej ciotki Isabelle, wreszcie Grubaski, to historia, która nie ma sobie równych, jest zarówno piękna, jak i wzruszająca, ale jest też mądra mądrością wielu najbardziej okazałych bibliotek świata. Jest mądra mądrością Karen, 90% debila, a może raczej imbecyla i 10% geniusza.
I jeszcze mała puenta, krótka myśl, która najlepiej odda to, co mógłbym jeszcze ująć na dwóch kolejnych stronach:

(…) Kartezjusz pisał nie tylko o ludzkim sposobie myślenia. Napisał inne książki o sposobie uprawiania nauki, których na szczęście nigdy nie przeczytałam. Pod koniec życia napisał także cieniutką książkę o szczęściu, którą owszem, przeczytałam, i która niestety jest mniej znana niż pozostałe.
Po licznych słowach i 25 stronach Kartezjusz napisał, że szczęście to kwestia zmysłów. Widzieć, słyszeć, dotykać, czuć, smakować językiem – oto jest szczęście. Potem zapisał jeszcze wiele kartek pełnych słów, a szkoda, bo dotarł do prawdy już na stronie 25.
Tak, najprostsze i najszczęśliwsze szczęście to postrzeganie zmysłami. Myślenie oczami, skórą, językiem, nosem i uszami.

Sabina Berman, Dziewczyna, która pływała z delfinami, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011

Więcej o książce na Lubimyczytac.pl