Google+ Followers

niedziela, 14 grudnia 2014

Kartki z podróży

Cykl tekstów napisanych w 1999 roku, czyli jakże odległe w czasie, ale szczere, pełne mnie, otwarte na świat i ludzi, którzy w różnym miejscu i czasie pojawiali się na mojej drodze. Również kilka z nich spisanych w trakcie pobytu w Stanach Zjednoczonych 2002-2003. Miłej lektury życzę...

Epizod XVII

Nie wiem, czy celowo uciekam od tego tematu. Czy może zostawiłem go sobie na deser? Chyba się go boję, z całą pewnością jednak epizod XV nie będzie ostatnim. Jest jeszcze kilka spraw, o których wypadałoby wspomnieć. Tylko tu już trzeba będzie czasu, aby je odświeżyć. I tym razem muzyka pomaga mi pisać. Cudowna ścieżka dźwiękowa z filmu z Ostatni Mohikanin. Jedna z tych opowieści, do których można śmiało wracać po raz kolejny. Miłość białej, dobrze urodzonej dziewczyny i Indianina. Medeleine Stowe i Daniel Day-Lewis.
Kiedyś dostałem dziwną, ale jakże sympatyczną kartkę pocztową z jelonkiem. „Jeśli szukasz materiałów o Samancie to przyjmij i mnie.” W podpisie było chyba imię Bogusia. Bogusława Stoch, dziewczyna ze wsi Ząb na Gubałówce. W gazecie „Na przełaj” w szkolnej bibliotece znalazła moje ogłoszenie, w którym poszukiwałem wszelkich materiałów o Samanthcie Fox. Byłem kiedyś jej wielkim fanem. Wiecie, o czym mówię. Plakaty małe i duże, najlepiej te z „Popocornu” i „Bravo”, polskie były słabiutkie, wszelkie wycinki, zdjęcia, informacje. Każdy list przynosił coś nowego, a przyszło ich wtedy sporo. Poznałem innych fanów, kilka korespondencji się rozwinęło i trwało rok, dwa, trzy lata. Różnie. W najlepszym okresie prowadziłem korespondencję z ośmioma czy dziewięcioma dziewczynami równolegle. To była sztuka, to była również szkoła pisania. Powstały dziesiątki różnych listów, z każdą osobą o innych sprawach, na inny temat. Jakoś nigdy się nie pomyliłem. Bogusia zajmowała jednak szczególne miejsce.
Pierwszy raz mieliśmy okazję się widzieć raptem kilka minut. W czasie szkolnej wycieczki pojechaliśmy w góry. I co ciekawe mieszkaliśmy na Gubałówce kilkaset metrów od jej domu. Wjeżdżamy autobusem i nagle widzę tablicę, którą minęliśmy – „Ząb”. Tu mieszka Bogusia, jaki fart. Mówię o tym kumplowi, już znał moją historię. W dzień wyjazdu pani pozwoliła mi ją odwiedzić. Akurat grabiła siano na łące, nie poznała mnie.
Zaczęliśmy do siebie pisywać, w sumie dosyć często. W jednym z listów dostałem chyba jej zdjęcia. Taka zabawa w pozowanie. Ksywka „Samanta” przylgnęła do niej na basenie. Koledzy powiedzieli: „Ty masz biust jak Samanta” i tak już zostało. Zdjęcia oczywiście pokazałem klasie i wszyscy bardzo gratulowali mi znajomości. Bogusi to jednak się nie spodobało. Kiedy pojechałem po raz pierwszy do Krakowa po odbiór nagrody w III Międzynarodowym Biennale Architektury to odwiedziłem również Bogusię. Spędziłem u niej noc. Później byłem u niej jeszcze dwa, trzy razy. W trakcie wakacyjnego pobytu musiałem zniknąć wcześniej, bo jej tacie było to nie na rękę. I choć pobyt był planowany, to jednak być może nadużyłem gościnny. Przez jakiś czas później w naszej znajomości panował impas. Dla niej i z myślą o niej napisałem wiele wierszy, bardzo mnie inspirowała.
Być może, dlatego pojechałem do Krakowa na studia, żeby być bliżej niej. Bogusia po liceum również uczyła się w Krakowie. W którymś momencie dostałem od niej zdjęcie legitymacyjne z piękną sentencją – Gdy ci czasem będzie smutno i źle, pomyślisz, że bliskich osób ci brak, spójrz na to zdjęcie, ono ci powie, że nie jest tak. Cudowne słowa, cudownej osoby. Zdjęcie przepadło wraz z portfelem, jednak pozostała mi jego duża odbitka. A jej słowa na zawsze zostały mi w pamięci, czasami w trudnych chwilach przynosząc szczególny spokój. Przywodziły mi na myśl ją, a wtedy odchodziły wszystkie troski. Wtedy przepadły jeszcze dwa inne zdjęcia. Nigdy nie byłem amatorem noszenia zdjęć w portfelach, teraz w sumie nie mam, czego nosić. Zdjęcia jednak często służyły mi jako zakładki do książek.
Wpadałem na Koletek, gdzie mieszkała w akademiku. Czasami razem wybieraliśmy się w miasto. Nie pamiętam, co zrobiłem źle, co zachwiało naszą znajomość. Może w rozmowie telefonicznej mi przypomni, bo czasami do niej dzwonię. Kartki świąteczne wysyłam tylko ja, ona już przestała wysyłać do wszystkich. Wtedy również poprosiła mnie o zwrot jej zdjęć, to małe sobie zostawiłem. Do dziś mi świetnie gra koncert z Chin Jarra nagrany na jej magnetofonie. Zawsze gdzieś w środku byłem w niej zakochany. Nie była to taka normalna miłość. Uczucie nawet jak nie do siostry. Coś pośredniego. Była i nadal jest, bo wciąż o niej myślę, choć ma już rodzinę, jest szczęśliwą mamusią jej cudownej córeczki, moim dobrym duchem. Kraków zawsze łączyć się będzie dla mnie z Małgosią Kucharz, moją Małą Dziewczynką, jedyną jak dotąd prawdziwą miłością mojego życia i Bogusią. Obie stanowiły dla mnie coś szczególnego, inspirację do tworzenia, w ich towarzystwie szczególnie miło upływał mi czas.