Google+ Followers

piątek, 31 października 2014

Colette - Klaudyna w Paryżu

Czarowanie zmysłów trwa nadal! 

Każdy, kto choć raz zatknął się z prozą Colette, wie, kim jest ta pani i jak pięknie i zmysłowo potrafi czarować słowem. Każdy, kto miał taką okazję bez wątpienia zrobił kolejny krok i następny, gdyż wystarczy, choć raz przeczytać jej książkę, aby już szukać następnej.
Nie da się wyrazić tego, co niesie ze sobą historia Klaudynki rozpisana w czterech aktach w formie krótszej lub dłuższej recenzji. Można próbować oddać klimat tych opowieści, można próbować coś stworzyć, ale i tak to, co najlepsze pozostaje na kartach książek Colette. 
Choć powstała na przełomie XIX i XX wieku również teraz, w zaawansowanym XXI wieku nie tylko może się podobać, ale sięga się po nią wyjątkowo chętnie i czyta od deski do deski. Dosyć niedawno mieliśmy okazję poznać „Klaudynę w szkolę” i jej zaskakujące wyczyny, jej wyjątkowe spojrzenie na sprawy damsko-męskie:

(…) Teraz ‘Klaudyna w szkole’ nie wywołuje być może rumieńców na twarzy, ale śmiało i odważnie sobie poczyna młoda i zadziorna Klaudyna. Jej zachowanie, jej osobowość, jej uroda, atuty, których tak liczny zbiór rzadko się zdarza, tym bardziej osadzonych w małej szkółce w równie małej wiosce.  (…) Jej misterne zaloty do panny Aimee są po mistrzowsku rozegrane, jej wpływ na koleżanki nie ma sobie równych. I to wokół niej kręci się ta opowieść, choć ona sama nie jest jedyną bohaterką tej doskonałej książki.

czwartek, 30 października 2014

Underworld XIX

XIX

uniesiona wiatrem
chwila bez powrotu

jedno tylko drżenie
jeden tylko dotyk

jedno tylko drżenie
w objęciach kochanka

jeden tylko dotyk
muśnięciem warg spowity...

środa, 29 października 2014

Zbigniew Czajkowski-Dębczyński - Dziennik powstańca

Pałacyk Michal, Żytnia, Wola, bronią jej chłopcy od „Parasola”…

Słowa znanej piosenki są doskonałym wprowadzeniem do książki, która jak dotąd doczekała się jedynie dwóch wydań, choć od zakończenia powstania warszawskiego minęło właśnie 75 lat. Stąd nie bez znaczenia jest fakt, że staraniem Wydawnictwa Marginesy pojawia się wydanie sygnowane, jako pierwsze w tej edycji, choć chronologicznie trzecie, a jednocześnie najbardziej obszerne i starannie wydane.
Dziennik powstańca, którego autorem jest Zbigniew Czajkowski-Dębczyński, powstał spontanicznie w ostatnich miesiącach wojny i zasadniczo nigdy nie był pisany z zamysłem jakiejkolwiek publikacji. I może właśnie, dlatego jest to dzieło niezwykłe, pisane przez autora dla niego samego, o tym, co czuł i czego doświadczył przez wszystkie 63 dni powstania, a także jakiś czas później.

Gdy po wielu latach chodziłem po Warszawie ulicami, które widziałem ostatni raz od strony piwnic, barykad i stosów gruzu, świat ten wydawał mi się równie nierealny, jakby był na przykład na Księżycu. Tylko właz do kanału przy ulicy Długiej jest wciąż ten sam i wita przyjaźnie jednego z byłych gości swym okrągłym wejściem…

wtorek, 28 października 2014

Książka tygodnia i moje plany...


Nie chcę być, jak Tesco i już w październiku sygnalizować święta, bo w ten sposób święta staną się jedynie wpisem w kalendarzu. Jeszcze trochę, a świąteczne dekoracje z bałwanem pojawią się już w wakacje, a co... Kto nam zabroni? W sumie nikt, ale jaki urok ze świąt sygnalizowanych dwa miesiące wcześniej? Jednak to jedynie na marginesie.

38 Książki tygodnia, czyli Miasto 44, stała się faktem i jest obecna między nami. Tym razem w konkursie pojawia się wyzwanie osobistego spojrzenia na Powstanie plus do rozdania pięć egzemplarzy tej pasjonującej książki. Masz ochotę? Zajrzyj TUTAJ.

W dalszej kolejności już można ustawiać się w kolejce po:

1. Jeżynowa zima, zaskakująca w swej treści i formie proza, niepozorny śnieg w maju odmienił losy wielu ludzi. Gorąco polecam;
2. Stulecie Winnych, pierwsza część urzekającej sagi polskiej rodziny Winnych, druga z dużą szansą na mój patronat, co cieszy i napawa dumą, bo to szerszy rozwój;
3. Krüger. Szakal, czyli najnowsze rozdanie Marcina Ciszewskiego, a przy tym nowa talia bohaterów w scenerii rodzącego się polskiego państwa roku 1918;
4. Lawendowy pokój, Monika miała rację, że spodoba mi się na bank, bo przednia to lektura.

Wszystko, co trzeba zrobić to rozgościć się przed Kominkiem i cieszyć się jego ciepłem.
Na marginesie, od dawna nie zrobiłem jednego, dobrego zdjęcia... inspirujące twarze mile widziane.

Ostatni samuraj (2003)

Wbrew pozorom nie jest to słodki, amerykański film, lecz wielka, epicka opowieść. Stworzona w sposób prosty i przekonujący, a niesamowita podróż do XIX-wiecznej Japonii zapiera dech w piersiach.
Jeśli uświadomimy sobie fakt, iż filmem tym reżyser Edward Zwick realizuje swoje życiowe marzenie, wcześniej pokazując swe umiejętności w Wichrach namiętności i Chwale, a Tom Cruise, jako kapitan Nathan Algren, przygotowywał się do swojej życiowej roli, to chyba dodatkowy komentarz nie jest potrzebny. Warto dodać również nazwisko Johna Logana, scenarzysty, dzięki któremu Gladiator miał taki, a nie inny kształt i dlatego tak bardzo się nam podobał. On i wielu innych włożyło swój wkład w zbudowanie od podstaw, począwszy od planów, poprzez stroje i rekwizyty, aż do ostatniego ujęcia, historii jednego człowieka, który był świadkiem upadku dwóch pięknych kultur.
W sposób pełny przyczynił się do zagłady pierwszej, gdy jako żołnierz armii amerykańskiej dziesiątkował Indian, zabijając kobiety i dzieci. To właśnie ich duchy odebrały spokój jego duszy, z nimi dotarł na koniec świata, do dalekiej Japonii, aby zapomnieć. Jednak tu postawiono go przed faktem, który na zawsze odmienił jego życie.

poniedziałek, 27 października 2014

Książka tygodnia - Miasto 44



Wystartowała 38 Książka tygodnia, szczegóły konkursu dostępne na stronie Kominek.
Zapraszam serdecznie i proszę przekazać dalej:

(…) Miasto 44 to powieść, która nie opowiada losów konkretnych osób, dowódców, czy też walczących w powstaniu oddziałów. Choć, punktem odniesienia całej opowieści jest szlak bojowy Zgrupowania „Radosław”, które rozpoczynało powstanie na Woli (zdobycie magazynów SS i jednolite panterki), dociera na Starówkę, aby po ewakuacji kanałami do Śródmieścia w ostatnich dniach powstania walczyć na Czerniakowie. Dzięki temu mamy zmieniające się miejsca, nastroje, emocje. 

Historia umęczonego koszmarem wojny miasta, które 1 sierpnia z uśmiechem na ustach stanęło do walki z okupantem. Miasta reprezentowanego przez bardzo młodych, młodych i trochę starszych ludzi. Wszystkim wydawało się, że potrwa raptem kilka dni i będzie po wszystkim. Jednak, jak wiemy rzeczywistość była zupełnie inna i jakże brutalna. 

I tak naprawdę Miasto 44 w jego literackiej odsłonie warto poznać dopiero po konfrontacji z jego filmową wersją. Można oczywiście zrobić odwrotnie, jestem jednak przekonany, że w tym przypadku film, a później jego literackie rozwinięcie, w tej kolejności będzie to niezwykła w swej treści i formie literacka podróż.

Pełny tekst recenzji dostępny jest tutaj – Miasto 44.

sobota, 25 października 2014

Refleksja

Niespełniony

w nienapisanych wierszach
w brakujących kawałkach puzzle
w umykającym czasie
w wypadających ząbkach
w cichej starości
w ciągłym poszukiwaniu radosnego dnia
w życiu dla innych
w życiu obok innych
w padającym deszczu z uśmiechem na ustach
w krzyku pędzącego pociągu
w złych uczynkach
w nastrojach gniewnych ludzi
w udręce samotności
w nieszczęśliwej miłości
w byciu razem, choć obok siebie
w walce z chorobą morską

człowiek...

(04.11.15)

Sylwia Grzeszczak

To co znajduję się wewnątrz tej płyty jest dokładnie moim życiem. Moją analizą świata którą później przenoszę do studia na dźwięki, na muzę którą kocham! Każdego dnia komponuję siebie. Raz jestem szalona a raz zupełnie spokojna. Ta mieszanka emocji wpłynęła na skomponowanie przeróżnych utworów.. – Sylwia Grzeszczak na temat swojej najnowszej płyty Komponując siebie, która od kilku dni dostępna jest już w sprzedaży.
Równie piękna, pogodna, dynamiczna i urzekająca, jak debiutancki Sen o przyszłości, choć z tą najnowszą na dobre się jeszcze nie zaprzyjaźniłem, jednak, choć mam przywilej słuchania z wyprzedzeniem bez wątpienia sięgnę po CD, bo jest tego warta. Bardzo podoba mi się już otwierająca płytę Księżniczka i jest to naprawdę wyjątkowo mocne, elektryzujące otwarcie!
Napisane swego czasu krótkie spojrzenie nigdy nie spotkało się z szerszym rozwinięciem, co nie zmienia faktu, że urok tej płyty wciąż nie przemija i wciąż jest mi bliska.

piątek, 24 października 2014

Marcin Ciszewski - Krüger. Szakal

Pokerowe rozdanie Marcina Ciszewskiego.

Nie pamiętam, co swego czasu pchnęło mnie ku temu, aby sięgnąć po książkę pod jakże oryginalnym tytułem, WWW.1939.com.pl. Ale cokolwiek to było i jakiekolwiek mogło mieć wtedy przesłanki dobrze się stało, że posłuchałem wtedy intuicji i nie poszedłem dalej. Dzięki temu miałem okazję poznać pierwszą powieść Marcina Ciszewskiego.
Pierwszą, ale nie ostatnią, gdyż pomijając najnowszą, którą ukończyłem czytać zaledwie kilkanaście godzin wstecz jak dotąd nie miałem jedynie przyjemności poznać smagania „Wiatru” na Kasprowym Wierchu, co rzecz jasna prędzej lub później się stanie. Zapewne prędzej, gdyż Marcin Ciszewski otworzył na polskim rynku wydawniczym szczególną w swym kolorycie literacką mozaikę osobliwości. Każda z jego powieści ma swój wyjątkowy pod każdym względem smak, formę, kształt. 
Już od wspomnianej pierwszej, po kolejne, które stopniowo zaczęły się pojawiać w sprzedaży, autor nie tylko coraz bardziej zadziwiał czytelnika, ale robił to w zaskakująco dobry sposób. U niego kryminalno-sensacyjna opowieść płynie sama nabierając stopniowo bardzo żywiołowego tempa, aż po mistrzowskie za każdym razem rozwiązanie. Tak było w wojennej serii z podpułkownikiem Grobickim na czele, tak jest również w przypadku serii książek, które w tytule łączą zjawiska atmosferyczne i osoba nadkomisarza Jakuba Tyszkiewicza.
Ten dosyć obszerny wstęp pojawia się nie bez przyczyny. W niedługim czasie Marcin Ciszewski objawi światu swojego nowego, fascynującego bohatera. Po Grobickim i Tyszkiewiczu przyszła pora na Krügera. I co ważne mamy interesującą podróż w czasie do zalążków niepodległego państwa polskiego.
U schyłku pierwszej wojny światowej na mapie Europy wyłania się powoli silna i dumna z niepodległości Polska, gdy dawni zaborcy liżą rany, a panujący zamęt stopniowo zamienia się w ład i porządek, są tacy, którzy okres „bezkrólewia” starają się wykorzystać do swoich celów. Napad na bank w samym centrum Warszawy jest szczególnym preludium dalszych coraz bardziej zaskakujących wydarzeń.

czwartek, 23 października 2014

16 przecznic (2006)

Ta niepozorna historia, której początek nie wróżył nic godnego uwagi z każdą kolejną sceną zmieniła diametralnie moje spojrzenie na 16 przecznic. Na film akcji w najlepszym stylu, w którym Bruce Willis zaprezentował wszystko to, co w aktorstwie szczególnie zasługuje na uznanie tworząc kolejną bardzo interesującą kreację.
W sumie niby nic trudnego – pewien detektyw, który chyba najlepsze lata pracy ma już za sobą ma przewieźć świadka do sądu. Zadanie nie wydaje się szczególnie skomplikowane, choć Jack skończył nocną zmianę i nie jest w najlepszej kondycji. Mimo wszystko nie powinno być źle.
Nikt się jednak nie domyśla, że kolejne dwie godziny zmienią całkowicie losy bardzo wielu ludzi, a co za tym idzie pokonanie szesnastu przecznic dzielących posterunek policji od gmachu sądu znacznie się skomplikuje...
Z pełną świadomością mogę powiedzieć, że film ten spełni oczekiwania widzów w gatunku kina akcji. Po raz kolejny duża w tym zasługa jednego aktora, po raz kolejny Bruce Willis pojawia się w filmie, w którym to od niego tak wiele zależy i przyznać trzeba, że wciąż jest w najwyższej formie. Choć w przypadku 16 przecznic duży wpływ na to, co sam zrobi i jak postąpi Jack Mosley ma jego podopieczny, Eddie Bunker, którego Jack ma dostarczyć do sądu na rozprawę. Tu rozwój akcji rozkłada się proporcjonalnie na dwóch aktorów pierwszego planu i o ile nazwisko Willis mówi samo za siebie to Mos Def praktycznie nie mówi nic.
Czarnoskóry aktor pojawił się w filmie Włoska robota, w którym zagrał jedną z głównych ról, to jednak mam wrażenie, też nie przybliża specjalnie jego osoby. Myślę, że 16 przecznic na dobre utrwali jego nazwisko w świadomości widzów dzięki bardzo dobrej roli młodego kryminalisty.

Wataha

Wystartował pierwszy polski serial nakręcony przez stację HBO. Już sama nazwa stacji jest w dużej mierze wskaźnikiem wysokiej jakości, gdyż HBO nie proponuje byle czego i byle czego nie produkuje.
Znam dopiero pierwszy odcinek, więc trudno o szerszą analizę, jednak już ten jeden odcinek daje pogląd na to, że na dzikim, polskim wschodzie, tam, gdzie zbiega się granica Unii i dzikiego, wschodniego świata nie dzieje się dobrze. Wręcz po wybuchowym otwarciu dzieje się bardzo źle.
W rolach głównych Leszek Lichota, Bartek Topa, którego lubię i cenię, lodowata pani prokurator Aleksandra Popławska oraz Andrzej Zieliński. Serial zaplanowany na sześć odcinków, krótka, dynamiczna seria. Muzykę do serialu napisał Łukasz Targosz, jemu zawdzięczamy nuty do filmu Kamienie na szaniec, Służby specjalne i wiele innych.
Zastanawiam się, czy ocena 6 zmieni się na wyższą...

wtorek, 21 października 2014

Underworld XVIII

XVIII

czas zapomnienia
w myśli bez powrotu

ulotność spojrzeń
w dotyku Anioła

i tylko chwila
pełna blasku

i jedno życie
a obok Ona...

Józef Franczak, ps. Lalek

Przez osiemnaście lat nie potrafił odnaleźć się w ludowej "wolnej" Polsce.
Przez osiemnaście lat walczył o wolną Polskę, choć wojny dawno już nie było.
Zginął w zasadzce zorganizowanej przez Służbę Bezpieczeństwa 21 października 1963 roku.
Osiemnaście lat wcześniej rzekomo zakończyła się II wojna światowa...

Nic mądrego nie dodam, choć nie są ważne tu słowa...
Wspomnij przechodniu na ostatniego Żołnierza Wyklętego
i schyl z szacunkiem przed nim głowę.


* - grafika z bogatych internetowych zbiorów.

poniedziałek, 20 października 2014

Książka tygodnia - Kolekcjonerka perfum



Wystartowała 37 Książka tygodnia, szczegóły konkursu dostępne na stronie Kominek.
Zapraszam serdecznie i proszę przekazać dalej:

(…) I oto pojawia się „Kolekcjonerka perfum” w opowieści zawieszonej pomiędzy dwoma kontynentami, w dużej mierze również pomiędzy trzema miastami. Gdyż to, co zaczęło się w Londynie i dokonało w Paryżu, wcześniej musiało nabrać właściwego kształtu w Nowym Jorku. W pozornie uporządkowane i szczęśliwe życie Grace Munroe wiadomość o spadku wdziera się jak lawina burząca cichy blask poranka. List z kancelarii prawniczej z Paryża wraz z załączonym biletem lotniczym nie budzi wątpliwości, że wydarzyło się coś ważnego. Tylko, co jeśli Grace nigdy nie słyszała o Madame Evie d’Orsey.


Od tego momentu wszystko, co dzieje się obecnie ma istotny wpływ na to, co wydarzyło się w przeszłości. A może to przeszłość ukształtowała teraźniejszość otwierając przy tym wrota przyszłości? Jakkolwiek jest proza Kathleen Tessaro nie pozostawia złudzeń, co do tego, że „Kolekcjonerka perfum” nie jest wypadkiem przy pracy, czy powieścią napisaną w chwili próżnego uniesienia. Wspominałem Pachnidło nie bez powodu – obie książki łączy nie tylko wyjątkowa historia, ale również, a może przede wszystkim świadomość dotykania zapachów w jedyny w swoim rodzaju sposób.
 
Pełny tekst recenzji dostępny jest tutaj – Kolekcjonerka perfum.

Dalsze losy Stefana... by Rutka

1947 rok. 

Od prawie trzech lat, każdego dnia rano Stefan budzi się o świcie i próbuje cieszyć się smakiem chleba. Siadając do śniadania patrzy przez okno, za którym widzi Wisłę. Niepokonana – tak o niej myśli. A potem zaczyna się zastanawiać, czy kiedyś znów Wisła będzie w Polsce, ale nie tej ludowej, lecz niepodległej. Rozmyślanie przerywa mu dźwięk nadjeżdżającego pociągu. Czas wychodzić – trzeba odbudować to, co zostało zniszczone. Praca to dobre lekarstwo na wspomnienia. Ale one nadal wracają. Są obrazy, które mimo upływu czasu nie chcą odejść. Czasem nawet w głowie słychać dźwięk palącego się miasta i czuć ten swąd. Wspomnienie powstania wydaje się tak nierealne. To nie mogła być prawda. Gdy już zapadła cisza i nikt nie strzelał, w końcu można było się wyspać. Nie potrzebne było łóżko, czy koc. Wystarczył kawałek miejsca. A potem zaczęło się poszukiwanie, rozpaczliwe poszukiwanie znajomych twarzy. Żyło się nadzieją, że może jednak ktoś przeżył. Ktokolwiek. Mimo nakazu opuszczenia miasta Stefan postanowił zostać i przy pierwszej nadarzającej się okazji przedostać na Pragę. Nie mógł opuścić miasta, w gruzach którego leżały ciała jego towarzyszy broni. Bo przecież nie da się ich nazwać przyjaciółmi. To było tylko kilka wspólnych tygodni, które dziś wydają się złym snem. A Biedronka - kim ona była? Może to tylko zjawa, która pomogła mu przeżyć. Ale po co? 

Dalsze losy Stefana... by Tyśka

Przepłynął. Już był na wyspie. Tej samej na której poznał Biedronkę. Ona znów tam była. Czekała na niego! Odczuł satysfakcję, a nawet sukces. Znów był tak blisko niej. Znów miał szansę odnaleźć zagubione szczęście. Mógł, lecz nagle poczuł wstyd. Zawstydził się swego zachowania, swego uporu, swej chęci zemsty. Nagle zdobyta w walce z wrogiem duma, stała się niczym. Czymś tak bezcennym. Poświęcił to uczucie [miłość], by wygrać wojnę. Nie udało się. Teraz chciał wrócić. Choć w jednym przypadku odnieść sukces. Pragnął ją przeprosić. Liczył, że mu wybaczy i będą mogli żyć razem. Spędzać wspólne chwile. Zwykłe momenty, których nie mógł jej ofiarować w trakcie powstania. Patrzył na nią, a ona kierowała wzrok w jego stronę. Rzucił się do niej, by ją objąć i.. upadł. Uderzył w piach. Miejsce, gdzie przecież ona siedziała. Była. Roztrzęsiony zaczął jej szukać. Chodził w kółko. Szarpał się. Rzucał na ziemię, by po chwili podnieść się. Wymachiwał ramionami. Krzyczał. Zaczął szukać jej przy brzegu. Nic. Wbiegł do wody i szamocząc się nurkował i wynurzał. Przecież ona musiała być gdzieś blisko! Po wielu godzinach wciąż jej nie znalazł. Już zwątpił. Tak bardzo pragnął uwierzyć w ten wytwór swojej wyobraźni. Tak bardzo żałował... 

Dalsze losy Stefana... by Setka

Stefan pogodził się już z samotnością. Warszawa płonie, przyjaciele i rodzina zostali zamordowani. Czuł narastającą bezradność. Wiedział, że nic już nie zależy od niego. Żółty piasek chrzęścił mu w zębach, wchodził do oczu, nosa, pod ubranie. Na twarzy odbijała się łuna ognia dogorywającego miasta. Nagle poczuł, że musi wstać i coś zrobić. Zerwał się na równe nogi i rzucił się w toń otaczającej go wody. Niech ona zdecyduje, co ma się stać.
Woda płynęła, wyrzucając po drodze wszystko to, czego nie potrzebowała. Między mokrymi gałęziami przy brzegu, dało się dostrzec zakrwawioną, pokrytą mułem rzecznym rękę. Ten widok zainteresował przechodzącego obok młodego chłopaka z karabinem na ramieniu, w znoszonych butach i połatanej kurtce. Podszedł do brzegu, odsunął gałęzie i zobaczył półżywego mężczyznę. Był przekonany, że topielec nie żyje, ale usłyszał cichy świst wciąganego powietrza. Udało mu się dowlec Stefana do obozu. Kąpiel w zimnej Wiśle wychłodziła jego organizm do granic możliwości, powstańcza dieta również mu nie służyła, a ponadto jedna z rzeczy dryfujących w wodzie zraniła go w rękę. Według lekarza wyglądało to na zderzenie z ostrym kamieniem. Rana była dość głęboka i wolno się goiła. Stefan leżał w namiocie próbując pokonać gorączkę. Cały czas znajdował się pod troskliwym okiem sanitariuszki, która nie odstępowała go na krok. Malina czuwała przy nim nawet w nocy. To od niej dowiedział się, że życie zawdzięcza żołnierzom NSZ pod dowództwem Konara, którzy szli na pomoc Warszawie. Po dwóch tygodniach Stefan odzyskał sprawność na tyle żeby wstać z łóżka i wykonywać lekkie prace jak na przykład zbieranie drewna na opał. Noce były coraz chłodniejsze a dni coraz krótsze. W okolicy nie było prawie Niemców. Stefan był bardzo nieufny, co do swoich „przyjaciół” z lasu. Pytany o przeszłość mówił tylko, że walczył w powstaniu i odłączył się od oddziału na Czerniakowie. Potem szukał kontaktu ze swoimi, ale byli tam sami Niemcy, więc postanowił przeprawić się przez Wisłę, ale prąd był za silny i nie pamięta nic więcej bo obudził się dopiero tutaj. Pewnej nocy w obozie zapanował straszny hałas. Żołnierze biegali, przekrzykiwali jeden drugiego, wydawali jakieś pośpieszne rozkazy. W namiocie Konara było pełno ludzi. Z przejęciem studiowali mapę rozłożoną na stole a radiotelegrafista ciągle podawał im jakieś karteczki. Wśród biegających, przepychających się ludzi Stefan ujrzał Malinę pakującą bandaże do torby. 

Dalsze losy Stefana... by Róża

...Podaj mi rękę - oto się stajesz zapatrzeniem gwiazd.*

Oczy nachodzą mu łzami, patrzy na nią i widzi łagodne rysy, czułość i delikatność. Jest niezłomna. Jego Ala. Sadza pokrywająca jej twarz, jest jak hitlerowska zagłada, w tle równająca z ziemią niezłomną Warszawę. Jednak dziewczyna jest silna, powstaje jak feniks z popiołu, jak to płonące miasto, w które wielu „patriotów“ zwątpiło. Wtedy ona unosi ku niemu swe błękitne, jak niebo z ’38 oczy, a Stefan nie wie, czy to przez łzy, czy przez wycieńczenie, widzi dyskretny cień uśmiechu, tego samego, który pamięta z pierwszego spotkania z Alicją Saską. Przybliża się, ich twarze są milimetry od siebie, młodzi chłoną swoje oddechy, tak jakby miały to być te ostatnie. Spragnione usta napotykają siebie, daje się wyczuć charakterystyczny, metaliczny posmak krwi, tej która miała być przelana za miliony, za rodaków. Impuls. Teraz spoczywają już w swych objęciach, chwila namiętności w obliczu tragedii. 

Dalsze losy Stefana... by Karol

Płonąca Warszawa. 
Obserwował ten frustrujący obraz z dziwnym spokojem. Delikatnie i powoli rozłożył się na wysepce, która jeszcze kilka minut wcześniej była jego ostatnią nadzieją. Westchnął głęboko i spojrzał w niebo. Wszystko wydawało się nierealne, tylko gwiazdy pozostały takie same. Pozwolił sobie na przyjemność zamknięcia oczu. Czuł na swojej twarzy delikatne dłonie to matki, to Alicji. Pochylały się nad nim i szeptały subtelnymi głosami, które potem zaczęły zamieniać się w krzyk. Gwałtownie otworzył oczy i usiadł. Jego braciszek szarpał go mocno za ramię, krzycząc i oskarżając o opuszczenie rodziny. Stefan próbował odepchnąć tę zjawę, ale w głowie słyszał jedynie - nigdy mnie nie zostawiaj! Przysięgałeś!. Krzyknął z przerażenia. Niespokojnie rozejrzał się, ale wszyscy zniknęli.  Pozostał tylko on i ruiny. Wokół drobnej wysepki dostrzegł niezliczone ilości trupów. Oni nie mieli tyle „szczęścia”. Wstał. Znów słyszał głosy, oskarżenia i wyrzuty. Zaczął krzyczeć, przeraźliwie krzyczeć. Biegał bez celu, ześlizgiwał się do wody, a wokół niego świstały kule. Pragnąłby któraś trafiła w samo serce, ale każdy pocisk go omijał. Wciąż dręczyło go pytanie, dlaczego ja? Nie mogąc pohamować rozpaczy i gniewu, wszedł powoli do wody. Swobodnie unosił się na jej powierzchni i nieustannie towarzyszyły mu wyrzuty sumienia. 

niedziela, 19 października 2014

Marek Edelman - I była miłość w getcie

Kiedy czytam, że ktoś spodziewał się czegoś innego czytając I była miłość w getcie to zastanawiam się czego ten ktoś szukał w tej książce sięgając po nią i czego nie znalazł po lekturze.
Przeczytana kiedyś raz, choć bez wątpienia powinien być drugi i kolejny. Sięgnąłem po nią teraz, gdy sięgałem po inną na mej półce stojącą tuż obok. Bo z nią jest tak, jak z Małym Księciem, jakże mała objętość, a jakże wielkie, przeogromne bogactwo duchowe i emocjonalne. Wychowałem się w mieście, które przed wojną było w dużej części zamieszkane przez Żydów, od zawsze, jeśli tylko mam możliwość zanurzam się w Austerii i nie potrafię zrozumieć, że tej kultury już nie ma.
Teraz, gdy myślałem, co napisać pojawiły się trzy nazwiska, trzy symbole, trzy hasła - Korczak, Szpilman, Edelman. Żaden z nich nie może powiedzieć, że przyszło mu żyć w ciekawych czasach, bo choć dwóch przeżyło czasy to były koszmarne, czasy, które nam ludziom Facebooka zupełnie są nieprzystępne. A jednak historia, którą wspomina i opowiada autor budzi szczery podziw i na taki zasługuje.
Słowa, cóż one znaczą w tej glorii męki i cierpienia tych ludzi...

Marek Edelman, I była miłość w getcie, Świat Książki, Warszawa 2009
 
Artur G. Kamiński
Więcej o książce na Lubimyczytac.pl

Dalsze losy Stefana... by Weronika Głowacz

    Jeszcze raz... Wszystko po kolei. Byłam w lesie, był ciepły jesienny dzień... Strzelali do nas.
 
Aniela próbowała odtworzyć wydarzenia, kiedy nagle usłyszała płacz...
- To chłopczyk... Jest śliczny! - powiedziała Klara, przyjaciółka Anieli ze szpitala. Razem były sanitariuszkami w czasie powstania (miały wtedy raptem po 15 lat), później ich drogi się rozeszły. Klara spędziła dwa lata tułacząc się po obozach, zostawiając w zrujnowanej Warszawie całą rodzinę. Aniela natomiast szukała sobie miejsca w nowej rzeczywistości.
- Jakie ma oczka...? - zapytała świeżo upieczona mama, trzymając w ramionach maleństwo.
- Niebieskie... - odpowiedziała Klara i przytuliła przyjaciółkę.
- Nie widziałaś gdzieś Stefana?
 
Stefan był mężem Anieli. Od pięciu lat byli razem. Poznali się w ostatnim dniu powstania. Nie można było do niego dotrzeć. Dziewczyna nie wiedziała co zrobić. Bardzo jej jednak na nim zależało. Po krótkim czasie zaczął przyzwyczajać się do jej obecności. Do tego, że jest i że może jej wszystko powiedzieć. Opowiedział jej o tym jak stracił wszystkich, którzy coś dla niego znaczyli. Nie powiedział jednak ani jednego słowa o Biedronce. Aniela była tak strasznie do niej podobna... Nawet włosy czesała tak samo. Warkoczyk na bok, do tego jakiś beret... Miała swój ulubiony, czarny, do którego kilka lat temu przypinała orzełka. Było pięknie. W lecie, przychodził po nią pod kamienicę, w której się uczyła i zabierał do domu. Trzy lata później wzięli ślub. Był to najpiękniejszy dzień w ich życiu i chociaż Stefan wyobrażał sobie, że bierze na ręce tą jedyną, to nie wierzył. Aniela miała tylko jeden problem, który dla Stefana był ogromną zaletą. Kiedy wyciągała w powstaniu dziecko, zaraz obok wybuchła bomba, a dziewczyna, choć uratowała dziecko, straciła wzrok. Szybko jednak nauczyła się poruszać po omacku i rozpoznawać osoby. Miała jednak wyobraźnię, jakiej nie mieli inni. Przyczyniło się to do tego, że zaczęła pisać wiersze... To znaczy ona mówiła a Stefan pisał. Niektóre z nich były naprawdę piękne. Na przykład ten, opisujący to co stało się w czasie powstania.

sobota, 18 października 2014

Theresa Revay - Biała wilczyca & Wszystkie marzenia świata

Książka, a może raczej zestaw dwóch powieści, które swego czasu bardzo mnie ujęły i którymi warto się również podzielić, nie są zbyt stare, więc zapewne wciąż jeszcze do zdobycia. A zwracam na nie uwagę dlatego, że dziś w księgarni natknąłem się na najnowszą powieść Theresy Revay noszącą tytuł, Ostatnie lato w Mayfair.
Kiedyś napisałem, że książka jest jak chleb, wymaga szacunku i ochrony. Dziś myśląc o dwóch konkretnych książkach stanowiących spójną całość mogę śmiało napisać, że książka jest, jak dobre, stare wino.
W chwili, gdy sięgnąłem po Białą wilczycę nie zdawałem sobie sprawy, jak dobrym winem będzie. Jak klarownym i doskonałym, takim, którego smak muska delikatnie gardło dając poczucie niebiańskiego uniesienia. Powieść, która porusza każdy zmysł, każdą strunę wrażliwej duszy człowieka.
Historia biorąca swój początek w chwili wybuchu Rewolucji Październikowej od samego początku pozwala czytelnikowi zjednoczyć się duchowo z bolesnymi doznaniami rodziny Ossolinów. Z drugiej strony na niemieckiej ziemi dojrzewa emocjonalnie młody artysta zafascynowany od samego początku fotografią.

piątek, 17 października 2014

Przemijanie czasu...

czyli wrzesień, rok później. 

Ziściło się moje małe marzenie, siostra pytała, czy mam duże? Chyba nie, bo te tak rzadko się spełniają, ale z drugiej strony, gdybyśmy nie potrafili marzyć, świat byłby szary i ponury.
Moje małe marzenie, czyli jazda samochodem po międzystanowej, wielopasmowej autostradzie. Co prawda, tylko pięć pasów w każdą stronę, ale zawsze! Jadąc, jako kierowca w większej części trasy Sun Valley – Salt Lake City czułem się super. Dla porównania, aby odległość ta była bardziej czytelna, to prawie wycieczka z Krakowa do Gdańska, ale tu, jakie widoki. Jedziesz i rozkoszujesz się wprost nieziemskim pięknem Idaho i Utah, a i samo Salt Lake City tez jest miłym miastem, choć widziałem je bardzo krótko.
Jednym z interesujących obrazków są bardzo długie składy pociągów towarowych, trzy potężne lokomotywy i liczone 99 wagonów! w najdłuższym składzie. Gdy wracaliśmy już nocą i Księżyc w pełni był naszym towarzyszem, (odwoziliśmy jednego z naszych kolegów Czechów na lotnisko, gdyż wracał do domu), jeden z takich składów zrobił sobie breaka i stanął w poprzek jednej z mniejszych dróg. Objechanie to tylko kilkanaście, a może kilkadziesiąt mil! Ale co tam, jemu jest dobrze (czytaj: towarowemu).

czwartek, 16 października 2014

Christopher W. Gortner - Przysięga królowej. Historia Izabeli Kastylijskiej

Jakąż wyjątkową przyjemność dało mi spotkanie z tą zaskakującą pod każdym względem powieścią. Z wielkim namaszczeniem odkrywałem każdy kolejny rozdział i każdą stronę tej książki. Przysięga królowej zamyka się w istocie dzieła doskonałego, któremu bez cienia wątpliwości jestem gotów wystawić najwyższą ocenę.
Nie przypuszczałem również, że hiszpańska królowa miała tak niezwykłe dokonania, które dzięki determinacji i sile woli doprowadziły do zjednoczenia Hiszpanii, a także zbudowania jej wielkiej potęgi. Choć musiało upłynąć wiele lat pełnych wojen, biedy, maksymalnych wyrzeczeń, aby można było cieszyć się pełnią triumfu. Nie należy zapominać również o tym, że było to państwo rządzone przez dwóch równych sobie władców – Izabelę Kastylijską i Ferdynanda Aragońskiego.
Historia piękna, niezwykła, ale też brutalna. Motto władców Hiszpanii mówiło o tym, że jest jeden naród, jedna wiara i jedna Hiszpania, a to sprawiło, że Święta Inkwizycja rozrosła się do niewyobrażalnych rozmiarów w morzu ognia nawracając wszystkich, którzy zbłądzili z drogi Pana.
Wielką siłą tej książki jest narracja prowadzona w pierwszej osobie. Opowieść Izabeli Kastylijskiej o niej samej i o jej rodzinie, z perspektywy lat młodzieńczych, gdy bratobójcze walki doszczętnie zrujnowały państwo i lata sukcesji tronowej, aby temu państwu, którego dobro Izabela Kastylijska ceniła ponad wszystko, przywrócić należną mu świetność i poważanie w Europie. Opowieść kobiety, która nie tylko, jako królowa siedzi dumnie na swoim tronie, ale ma też troski i zmartwienia dotyczące spraw związanych z rodziną, dba o odpowiednie wykształcenie swoich dzieci, otacza miłością swojego męża, swojego króla. Nic tutaj nie jest pozostawione przypadkowi. Ufność w Bogu potrafi uporać się z każdym problemem, choć nie każdą wygrywa się bitwę zanim nastanie pokój.

środa, 15 października 2014

Underworld XVII

XVII

zagubieni w czerwieni
onieśmieleni tacy

pełni niepokoju
zwyczajni prostacy

prości ludzie
poszukujący drogi

to oni blisko celu
który wciąż daleko...

wtorek, 14 października 2014

Konkurs muzyczny - Podziel się muzyką


Zapraszam do 32 edycji konkursu, który bardzo się Wam spodobał i to od Was zależy, po którą sięgnięcie płytę, w tym jedna gorąca nowość. W każdej edycji do wyboru są cztery – A, B, C i D. Krótkie konkursowe formy, w których wygraną płytę zastąpi inna lub określona płyta wypadnie z obiegu. Reguły są proste.

W konkursie biorą udział:


A"Offline", Guano Apes;
BGlorious, Foxes;
CWanted On Voyage, George Ezra;
DPartners, Barbra Streisand;



Szczegóły konkursu dostępne na stronie Kominek.

Barbra Streisand - Partners

Ukazała się długo oczekiwana płyta „Partners” Barby Streisand – krążek, na którym słynna wokalistka śpiewa duety z najsłynniejszymi męskimi głosami świata. Wśród zaproszonych znaleźli się tak popularni, również w Polsce, wokaliści jak Michael Bublé, Andrea Bocelli, John Legend czy Lionel Richie, ale płyta kryje również dwie największe tajemnice, których rąbek Streisand zdecydowała się uchylić już teraz.
Pierwszy to duet ze swoim synem – Jasonem Gouldem. Mimo, iż Jason pojawiał się wcześniej u boku matki na koncercie wydanym później jako DVD Back To Brooklyn (2012), jest to ich pierwsze zarejestrowane nagranie.
Drugim i chyba najbardziej intrygującym duetem na płycie jest ‘Love Me Tender’ nagrany z samym Królem – Elvisem Presleyem. ‘Współpraca’ ta nie jest aż tak nieprawdopodobna jak mogłoby się wydawać – para poznała się 40 lat temu w Las Vegas. Barbra przyznaje, że na początku nie poznała się na jego talencie, ale po latach zrozumiała z jakim geniuszem miała do czynienia. I choć w swojej karierze jej głos współbrzmiał już rewelacyjnie w niejednym duecie, Love Me Tender jest jakby stworzone dla Elvisa i Barby – jego fragmentów można odsłuchać TUTAJ.
Album Barbry Streisand Partners ukazał się 15 września w wersji cyfrowej (m.in. w iTunes), dzień później na płycie CD, a 23 września także na 2 płytach winylowych z dołączonym materiałem na krążku CD.

Muzyczna przystań: Sony Music Poland

sobota, 11 października 2014

Madam Secretary

Cóż mogę powiedzieć, w błyskawicznym tempie zyskał moje uznanie. Za mną tylko trzy odcinki z ośmiu, które stacja CBS przygotowała w pierwszym sezonie, choć jestem przekonany, że na jednym sezonie się nie skończy.
Madam Secretary to doskonały serial z najwyższej politycznej półki, gdyż miejscem pracy Elizabeth McCord jest Biały Dom, a dokładnie biurko Sekretarza Stanu. I co ważne, nigdy nie prosiła oto stanowisko, nie zabiegała o nie, choć praca analityka CIA, później praca na uczelni mogły ją w jakiś sposób do tego przygotować... poza tym, jeśli prezydent prosi, nie wypada odmówić.
Nie bez znaczenia jest bliskie skojarzenie z House Of Cards, choć to jedynie luźne, swobodne skojarzenie. Nie zmienia to faktu, że Téa Leoni wypada w tym serialu i w tej roli rewelacyjnie. I nawet głośno nie będę wspominał o jej wieku, powiem tylko jedno, oglądać i nawet się nie zastanawiać. Dynamiczny, inteligentny, dobrze pomyślany i zagrany. I tylko szkoda, że nie jest to produkt NetFlix, mielibyśmy komplet odcinków w pakiecie.
Odcinek czwarty już jutro.

piątek, 10 października 2014

Żółta karteczka

Wszyscy jesteśmy w ruchu, zmierzając w stronę przeznaczenia, którego nie wybraliśmy i nie możemy uniknąć.

Serial Touch, którego siła i szczególna mądrość nie ma i nie miała sobie równych. Dwa sezony, tylko dwa, a może aż dwa. 
O samym serialu rzecz jasna można poczytać w innym miejscu, cytaty czerpane z niego, co jakiś czas zapewne będą się pojawiać.

dla Dominki

Serial Touch

czwartek, 9 października 2014

Ania Wyszkoni

Ania Wyszkoni, artystka, którą znamy, cenimy, ale przede wszystkim słuchamy. Od piętnastu lat na polskiej scenie muzycznej, z długą listą nagród i wyróżnień. Rok 2009 zapisał się w jej dorobku debiutancką płytą noszącą tytuł Pan i Pani. Znalazły się na nim znane już przeboje, Czy ten pan i pani, Z ciszą pośród czterech ścian oraz nagrodzony Superjedynką za Przebój Roku 2011 Wiem, że jesteś tam. Debiut w kolorze platyny, co tym bardziej jest godne uznania.
Rok 2012 przynosi drugą, doskonałą, urzekającą i piękną płytę w dorobku Ani Wyszkoni noszącą tytuł Życie jest w porządku. Jedenaście ekspresyjnych, urzekających utworów, z których każdy tak naprawdę ma szansę stać się hitem. Płytę promuje singiel Zapytaj mnie o to kochany i przyznać trzeba, że jest to wybór doskonały. Muzyczna kompozycja Marka Jackowskiego, za słowa piosenki odpowiada Kora, a sam utwór w wykonaniu Ani jest balsamem dla duszy.
Długo zastanawiałem się, jakich użyć słów, aby napisać o tej płycie coś dobrego, o płycie, która dla mnie osobiście jest najlepszym polskim dokonaniem 2012 roku, przynajmniej, jak dotąd. Kształt i forma drugiej płyty to godne uwagi spojrzenie producenta Bogdana Kondrackiego, który również w dużej mierze przyczynił się do sukcesu debiutanckiej płyty Ani Wyszkoni Pan i Pani.

środa, 8 października 2014

Underworld XVI

XVI

w jednym uniesieniu
błękit nieba znaczy

w jednym uniesieniu
wszystko jest inaczej

i tylko słowo jedno
dzisiaj więcej znaczy

i tylko ono
nieba jest obrazem...

Nina George - Lawendowy pokój

Nie tak dawno ocean myśli otoczył moje serce, nie tak dawno dzięki słowom płynącym z Hopeless moja dusza wypełniła się radością i szczęściem. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że o uczuciach, miłości, tęsknocie, żalu, czy wreszcie głupocie człowieka można mówić jeszcze piękniej wypełniając duszę życiodajnym tlenem.
Chwilę czekała, abym po nią sięgnął, a kiedy to się stało uchyliwszy drzwi Lawendowego pokoju znalazłem się w zupełnie innym świecie odmieniony już na zawsze. Miłość, złudna materia przyobleczona w skryte pragnienia młodzieńczego serca, miłość wypełnia czystym pragnieniem poranne spojrzenie drugiego człowieka.
Nina George dostąpiła zaszczytu dotykania ludzkich serc w tak niesamowity i niezwykły sposób, że musi wydarzyć się kosmiczna materia bilionów słów, aby nagle w kosmosie wpadło nam w rękę dzieło na miarę Lawendowego pokoju: 

(…) Muszę być z Jeanem, bo stanowi męski element mnie samej. Patrzymy na siebie i widzimy to samo.
Z Lukiem stoimy obok siebie i patrzymy w tym samym kierunku. 

Z premedytacją nie mówię, nie piszę o tym, że on z nią, a ona z nim, bo jeszcze był on i wydarzyło się wiele lat nieszczęść. Jean Perdu miał jedno, małe pragnienie, które kiedyś zamknął w Lawendowym Pokoju. Dzięki kobiecie odkurzył po latach miłość do innej kobiety. Jego Literacka Apteka była w stanie uleczyć każdą zbolałą duszę, jednak jego dusza potrzebowała czegoś więcej. Potrzebowała wstrząsu, który przyniósł list o treści tak niezwykłej, że trzeba było rzucić cumy i popłynąć „Lulu” w górę Sekwany, aby odnaleźć spokój duszy i uleczyć skołatane serce. (Nie bez znaczenia jest fakt, że „Lulu” to barka, na której od lat prosperowała Literacka Apteka w samym centrum Paryża).

Książka tygodnia - Imperium



Wystartowała 36 Książka tygodnia, szczegóły konkursu dostępne na stronie Kominek.
Zapraszam serdecznie i proszę przekazać dalej:

 (…) Na początku miałem pewien problem z interpretacją tytułu, „Imperium”, jednak kilka rozdziałów pozwoliło mi zrozumieć, dokąd zmierzam i jak pasjonująca przede mną podróż. Nikt, a tym bardziej Lucy, nie zdaje sobie sprawy, że jedno zdarzenie z jej życia nie tylko odmieni bieg życiowej rzeki, ale też wyrwie ją samą z zakurzonego i lodowatego Kansas do świata, o którym od zawsze marzyła. Jednak zanim otworzą się przed nią nieprzebrane dobra Imperium Brytyjskiego przez chwilę znajdzie się w blasku fleszy, aby dosłownie chwilę później spaść z łoskotem na ziemię.
Ten towarzyski upadek odczuła bardzo boleśnie, jednak nie dała po sobie tego w żaden sposób poznać. Przypadek sprawił, że zaznała luksusu, przeznaczenie pisało już dla niej jednak zupełnie inne karty.
Byłem i jestem pełen podziwu dla genialnego w swej treści i formie dzieła pióra Grahama Mastertona. Znam wiele jego powieści, ale żadna jak dotąd nawet w drobnym stopniu nie dorównywała „Imperium”. I dopiero ona rozlała w sercu tak rozległy ocean uczuć, iż musiałem usilnie szukać koła ratunkowego, aby pod wpływem emocji nie zatonąć.

Pełny tekst recenzji dostępny jest tutaj – Imperium.

Graham Masterton - Imperium

Henry Carson i jego partner wygrali pierwszego gema. Kiedy zmieniali strony, rozmawiając ze sobą i ocierając twarze ręcznikami, Lucy wstała. W dalszym ciągu nie mogła złapać tchu – nie z powodu ciasnego gorsetu, ale dlatego, że właśnie przyszedł jej do głowy szalony pomysł, jak zwrócić na siebie uwagę Henry’ego Carsona. Zdawała sobie sprawę, że pani Harris tego nie zaakceptuje, nie wspominając już o Evelyn. Prawdopodobnie ojciec również nie będzie zachwycony.
(…)
Podeszła do słupka podtrzymującego siatkę i postawiła krzesło obok. Złapała za siatkę, aby sprawdzić jej napięcie, i obróciła trzy razy korbkę, żeby ją jeszcze podciągnąć.
- Co pani zamierza zrobić, panno Darling? – zapytał Barry Wentworth, idąc w jej stronę. – Takie sprawy pozostawimy obsłudze!
Lucy nic na to nie powiedziała, nawet nie odwróciła się w jego stronę. Weszła na krzesło i postawiła jedną stopę na słupku siatki.
- Chyba lepiej będzie, jeśli pani zejdzie! – zawołał Barry Wentworth.
Lucy wzięła głęboki wdech, po czym ostrożnie wysunęła drugą stopę i postawiła ją na siatce…

Słowa, po które sięgnąłem powyżej są szczególnym dowodem na to, iż Lucy lubiła stawiać wszystko na jedną kartę. Dla niej być miało znacznie większą wartość, niż obyć się smakiem, kiedy określona okazja pojawia się w zasięgu ręki. A takiej okazji nie można było przegapić, bez względu na to, jakie mogła w perspektywie przynieść okoliczności.
Oto dwie książki, które tak naprawdę nie różni wiele. Popełnił je ten sam autor, z dumą wydało to samo Wydawnictwo, nawet objętość nie stanowi większej różnicy. Choć jak już doskonale wiemy nie uciekając się do parafrazowania pewnej reklamy w tym jednym słowie mieści się wszystko.

wtorek, 7 października 2014

Służby specjalne (2014)

W jakim państwie żyjemy..?

Po wyjątkowym pod każdym względem wydarzeniu, jakim jest film Miasto44 pojawia się nowy polski film opowiadający o znacznie bliższej nam historii. Choć tak naprawdę wszystko to, o czym opowiada i czego dotyka to wciąż teraźniejszość otaczająca nas z każdej, możliwej strony.
W napisach końcowych pojawia się zapis o przypadkowej, niezamierzonej i niebranej w ogóle pod uwagę zbieżności do miejsc, osób i wydarzeń. Jednak zbieżność z tymi właśnie wydarzeniami jest jakże trafna i trudna do wyeliminowania.
Kilka lat temu PitBull dotknął do żywego służby policyjne w państwie. Był tak odważny i szczery, iż na żadnym ujęciu nie pojawił się budynek Komendy Głównej Policji, choć w wielu innych produkcjach takie ujęcia były na porządku dziennym. A jednak dla Patryka Vegi nie zrobiono wyjątku. Wtedy Despero i jego koledzy podpadli pod paragraf szczerości i mówienia wprost o tym, jak to faktycznie jest być w Polsce policjantem.
Dziś, prawie dekadę później, o całą masę niewyjaśnionych zdarzeń, dziwnych samobójstw i miliardowych malwersacji, dotarliśmy do momentu, w którym musiał pojawić się ktoś, kto temat nie tylko udźwignie, ale będzie potrafił mu sprostać i nie sprawi, że wyjdzie z tego farsa, a jedynie film, który warto będzie poznać.
O Służbach specjalnych słyszałem jakiś czas wstecz i to, co właśnie zwróciło moją uwagę, to nazwisko reżysera – Patryk Vega. Znając PitBulla zarówno w wersji kinowej, jak też serial, lepsza rekomendacja nie była mi potrzebna. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.

poniedziałek, 6 października 2014

Żółta karteczka

Atos, Portos, Aramis – trzech muszkieterów Aleksandra Dumasa było czterech. Trzej muszkieterowie nowego świata to polski kanonik, niemiecki astronom, włoski matematyk: Kopernik, Kepler, Galileusz. Kilka miesięcy po śmierci ostatniego z tej trójki rodzi się czwarty, największy ze wszystkich, d’Artagnan kosmologii, Anglik Newton. We czwórkę wywracają do góry nogami świat Arystotelesa i świętego Tomasza z Akwinu. [s. 80]

dla Dominiki


Jean D’Ormesson, Traktat o szczęściu, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011

4:30


Ci, co żyli
cierpieli i umierali,
upiorne widmo Szucha,
Montelupich, Pawiaka
ze świadomości umęczonych
braci wymazywali…

ci sami, którzy
bladym świtem na ogół
w swą ostatnią podróż
bez świadomości
drogi powrotnej
byli zabierani…