Google+ Followers

wtorek, 22 marca 2016

Pokłosie Konkursu literackiego... Kartka z Powstania Warszawskiego

Druga konkursowa edycja już dawno za nami i choć minął już jakiś czas od ogłoszenia wyników wciąż jest kilka prac, które choć nie pojawiły się w finale wywarły na mnie wyjątkowo duże wrażenie. Poziom tej edycji był bardzo wyrównany, a ja jestem już myślami przy kolejnej edycji, która chciałbym, aby była jeszcze lepsza, jeszcze dalej dotarła. Jest trochę czasu, aby się do niej przygotować. Jednak za nim do niej dojdzie niech myśli Wasze i uczucia dotyka wszystko to, czego ja byłem świadkiem borykając się z bardzo trudnymi wyborami, która z prac jest lepsza, a która może odrobinę gorsza...
Tekst Anny Mościńskiej podrzucam do lektury, bo choć miniona edycja już dawno za nami to ja już myślę o kolejnej, nowej, bardziej zaangażowanej. Być może tekst ten zainspiruje Was do włączenie się do konkursu, który, jeśli nic się nie wydarzy wystartuje już 1 sierpnia.

Nim zrozumiałam, że piwnica została zasypana, poczułam ostry ból w plecach, który ciepłą strugą rozlewał się od pasa w dół. Nie wiem, czy byłam bardziej wycieńczona, czy wystraszona. Przecież minęło pięć dni... Przecież obiecał, że wróci po mnie... Jak mnie teraz znajdzie w tym zwalisku cegieł? Strach potęgował moje poczucie bezbronności, ale wiedziałam, że dopóki w pobliżu trwa walka, on po mnie nie przyjdzie, że on musi być tam...
Obrazy, postacie i ostatnie wydarzenia jak w kalejdoskopie zmieniały się w mojej głowie. Wiedziałam, że muszę tu przeczekać tę ofensywę i wierzyłam, że on po mnie wróci. I tylko niepokój narastał coraz bardziej. Narastał wprost proporcjonalnie do odczuwanego bólu. Wiedziałam, co to oznacza i mój strach osiągnął apogeum.
Kiedy poczułam pierwszy silny skurcz, w jednej chwili zatrzymał się dla mnie świat. Ustały wybuchy bomb i odgłosy strzałów. Gdzieś tam, w innym świecie toczyła się walka, jeździły czołgi, paliły się domy i ginęli ludzie. Tutaj, w zawalonej piwnicy, wśród gruzów i tumanów kurzu, na świat przychodziło moje i jego dziecko.
Najpierw pomyślałam, że to niemożliwe, że to nie może być prawdą. Sprowadzam na świat dziecko, które lada chwila może umrzeć. Ale im większy czułam ból, tym bardziej pragnęłam żyć. Dla siebie i dla tej rodzącej się istoty. I dla niego, który gdzieś tam walczy o dom. O nasz dom.
Nie wiem skąd przyszła siła. Może zrodziło ją to małe ziarno nadziei, że się uda, że warto zawalczyć, że jeszcze jestem za młoda, żeby umierać, że ty musisz żyć...
Kiedy cię ujrzałam i dotknęłam twojej malutkiej rączki, wiedziałam, że zrobię wszystko, żebyśmy to powstanie przeżyły. A serce mi podpowiadało, że on tu wkrótce po nas wróci i już zawsze będziemy razem.

Hania