Google+ Followers

niedziela, 15 czerwca 2014

Kartka z Powstania Warszawskiego

Pracą, która wygrała Konkurs literacki Kartka z Powstania Warszawskiego otwieram pewien cykl dotykający Powstania Warszawskiego, w którym znajdzie się wszystko to, co jego dotyka, tak mojego autorstwa, jak też w tym przypadku osób, które udostępnią mi swoje prace do publikacji.

Autorką poniższej pracy jest Joanna Hałuszkiewicz, która w trakcie Konkursu przybrała pseudonim powstańczy, "Kania".

Alku, mimo że mam już 15 lat, trudno mi pogodzić się z tym, nie ma Ciebie z nami… Zniknąłeś po śmierci taty bez słowa. Gdybyś został, mama nie musiałaby wyjeżdżać z Warszawy. Wiem, że ona gotuje najlepiej na świecie, ale wolałabym, żeby gotowała dla nas a nie dla obcych… Gdybyś był tutaj, na pewno zadbałbyś o nas obie i mama nie musiałaby pracować. A tak zostałam sama… Może niezupełnie, bo zaopiekowała się mną pani Szymulska i dzięki temu mam ciepły kąt do odrabiania lekcji, no i mam, co jeść. W zamian przygrywam do rytmiki przedszkolakom. Lubię to, ale chciałabym być traktowana jak dorosła, a nie jak dziecko…
Cztery dni temu chciałam pomóc w sprzątaniu przedszkolnej izby. Nigdy nie widziałam, by ktoś odsuwał dywan i zamiatał pod nim, więc stwierdziłam, że najwyższa pora na to. Niepotrzebnie tylko otwierałam tę klapę w podłodze. Właśnie potem zrozumiałam, że oni wszyscy myślą, że jestem dzieckiem. Pod osłoną nocy wynosili stamtąd broń w zupełnie inne miejsce, a przecież ja wiem, że zaczęła się walka… Wiem, że są rzeczy, o których nie można mówić nikomu…

Wczoraj podeszłam bliżej okna. Akurat z kanału wyszła dziewczyna wlokąca za sobą chłopaka, który mógł być w Twoim wieku. Miał całą zakrwawioną twarz, więc gdyby nie ona, nie miałby szansy na zrobienie choćby jednego kroku. Wtem z dachu padł strzał. Widziałam tylko kobiecą sylwetkę trzymającą karabin… Strzał był celny, bo dziewczyna upadła. Próbowała się podnieść, ale brakowało jej i sił, i czasu. Wtem chłopak jakby wziął się w garść i chwycił leżącą dziewczynę pod pachy. Wiedział, że nie ma innego wyjścia… A ja stałam jak posąg. Bałam się, że jakikolwiek mój ruch zdradzi i mnie, i ich… Patrzyłam jak teraz on ciągnie ją po ziemi… Mieli, blisko, bo zaraz za rogiem był szpital (też o tym wiedziałam, chociaż niby nie miałam prawa). Czy zdążą? Czułam kropelki potu na swoim czole, a paznokcie wbijały mi się w dłonie… Tak bardzo zaciskałam pięści marząc o tym, by moje trzymanie kciuków im pomogło. Bezgłośnie modliłam się. Jeszcze kilka metrów, jeszcze parę kroków… Chłopak o oczach, których zdawało się w ogóle nie być, próbował biec. Dziewczyna, która widziała, dokąd muszą kierować swe kroki, nie mogła się podnieść… Na tę chwilę byli jednym: on był nogami, ona oczyma… Odetchnęłam z ulgą, gdy zniknęli w miejscu, w którym powinni byli zniknąć. Dali radę. Przynajmniej na chwilę TERAZ.
I właśnie wtedy znowu Alku zaczęły mnie dręczyć wyrzuty, że powinnam być z Tobą! Jestem pewna, że walczysz… Że to sprawy naszej Ojczyzny sprawiły, że mama i ja musimy radzić sobie same. Przedszkolaki mają dobrą opiekę i tak naprawdę ja wcale nie jestem im potrzebna. Pani Szymulska dała mi to zajęcie z dobrego serca, ale zamiast siedzieć bezczynnie chciałabym pomóc… Przecież na ulicy przyda się każda para rąk. Powinnam pójść Alku z Wami… Tylko gdzie Ciebie szukać? Jak Ciebie odnaleźć? A jeśli mama wróci i mnie nie zastanie?