Google+ Followers

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Kartka z Powstania Warszawskiego

Tym razem praca, która nie weszła do ścisłego finału. Jej autorką jest Agata Szumiela, która w Konkursie literackim Kartka z Powstania Warszawskiego przyjęła pseudonim powstańczy, Akacja. Zapraszam do lektury.

1 sierpień 1944r. Godz. 16.30


Ciepło ognia przyjemnie łaskotało dłonie, iskry tańczyły nad płytami kuchennymi wybijając się w górę niczym fontanna, a melodia przez niewydawana hipnotyzowała. Starałam się chłonąć całą sobą ten czas, by później z każdym detalem odtwarzać go w pamięci-od wybuchu wojny życie stało się przetrwaniem, walką o byt. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem siedzieliśmy przy piecyku, gaworząc wesoło na wszystkie możliwe tematy. Z zamyślenia, na które sobie nigdy nie pozwalam przez wzgląd na moje młodsze rodzeństwo, wyrwał mnie krzyk mamy: „Maniu, na litość boską! Placki się przypalają!”. Dzięki zmieszaniu wody, mąki i jajek powstaje ciasto, które pięknie zrumienione na piecu węglowym jest rarytasem i prawdziwą poezją dla naszych wychudzonych brzuchów. Nie ma mowy o marnowaniu pokarmu, gdybym je spaliła, właśnie takie byśmy jedli.
Wojenna gehenna zdawała się trwać w nieskończoność. Każdy dzień był ciągiem sekund, minut, godzin boleśnie mijających. Marzenia odeszły, pragnienia stanęły w miejscu, jawa stała się koszmarem, który nawiedza we śnie. Została jedna rzecz trzymająca mnie i setki tysięcy ludzi przy istnieniu - NADZIEJA. Zapał do stania oko w oko z nieprzyjacielem, pomszczenie ojca, który zginął od kuli niemieckiego żołnierza na moich oczach są motorem napędzającym mnie do działania. Odruchowo ścisnęłam dłonie, łzę spływającą po policzku otarłam tak, by mama nie zorientowała się, że coś jest nie tak. Podświadomie czułam, że zbliża się moment mojego wyjścia z domu i, że to ostatnia szansa, by móc się pożegnać. Pragnęłam temu zaprzeczyć i jednocześnie uczepić się myśli, iż będziemy wspólnie z rodzicielką i braćmi cieszyć się wolną Polską.
Nagle rozwyły się syreny w całym mieście, przerażająco głośny odgłos przeszywał każdą komórkę ciała, panika rosnąca w oczach rodzeństwa ocuciła mnie, i przywróciła zdolność racjonalnego myślenia. Zaczęło się. Powstanie i obrona Warszawy. 
Przytuliłam się szybko do dwóch kilkuletnich istot, zmierzwiłam czupryny i wyszeptałam: „Niech was Bóg ma w swojej opiece”. Matka stała struchlała, przerażona tym, co robię. W jednej sekundzie klęczałam u jej stóp i całowałam dłonie prosząc o błogosławieństwo i modlitwę w intencji nas. Powstańców Polski Walczącej. Zaciskając usta i powstrzymując szloch, objęła mnie ramionami a następnie odpięła z szyi srebrny łańcuszek z wizerunkiem Matki Boskiej i wcisnęła mi w rękę. Zważywszy na ciągły hałas alarmowy sięgnęłam szybko po torbę, w której matka trzymała zapas żywności podałam jej i wybiegliśmy z mieszkania na korytarz kamienicy, gdzie wszyscy lokatorzy ewakuowali się do piwnicy.
Moja rodzina udała się z nimi. Trzask pękających szyb okiennych niósł się echem, wybuchy bomb, eksplozje granatów z każdą sekundą uświadamiały mi, że Warszawa się nie podda! Walczy! Polska odzyska status państwa autonomicznego. Ostrożnie wróciłam do mieszkania, i mając świadomość, że mury mogą się obrócić w mgnieniu oka w pył, sięgnęłam po schowany pod deskami podłogi karabin ojca, zapas amunicji i opaskę na ramię w kolorach biało-czerwonych. To dla tych barw nie zawaham się przelać własnej krwi. Jeśli umrzeć to za to! Byłam gotowa zmierzyć się z najeźdźcą.
Ulice stolicy przypominały pole bitwy, kilkanaście minut po wybiciu godziny, „W” domy, kościoły, budynki użyteczności publicznej zmieniły się w płonące gruzowisko. Ludzie zaskoczeni wybuchem nie zdążywszy przygotować się do ucieczki przed nalotem hitlerowskich sił powietrznych, ginęli rozszarpywani na strzępy. Śmierć otaczała mnie dookoła, jej zapach mieszał się z odorem wroga.
Skulona za zgliszczami obserwowałam najbliższe otoczenie, trzymając przy skroni karabin-jedyną pamiątkę po ojcu Oficerze Wojska Polskiego. Byłam gotowa użyć go w każdym momencie, bez litości, skrupułów i wyrzutów sumienia.
Wytężyłam wzrok, wyostrzyłam wszystkie zmysły - dziesięć metrów przede mną stało dwóch gestapowców palących cygara, śmiejących się w głos. Poczułam metaliczny smak mdłości i w jednej sekundzie mój palec znalazł się na spuście broni. Nie potrafiłam strzelać, zaledwie kilka razy trzymałam w dłoni to narzędzie zbrodni. Jednak są momenty w życiu, kiedy automatycznie działamy, adrenalina pobudza ciało, krew krąży ze zwiększoną prędkością. Wycelowałam w głowę odwróconego mężczyzny, jego życie było moich rękach. Wystarczy jeden ruch i „Hande hoch!!!''-Usłyszałam za sobą, sparaliżowana ze strachu oniemiałam, czując przy głowie lufę pistoletu. Nie zwlekając na dalszy rozwój sytuacji przesunęłam palcem po wypustce broni i strzeliłam. Okupant legł Drugi zobaczywszy mnie zaczął się śmiać. Wiedziałam i byłam w pełni świadoma, że to wyrok śmierci. Jednak to obowiązek ratować ojczyznę, każda próba podjęta niezależnie od efektu końcowego jest honorem i świadectwem, że to ryzyko warto podjąć. Za każdą cenę.
Pocisk przeszywający moje serce rozrywał tkanki, momentalnie wszystko odeszło w nicość. Czując kres swojego bytu czułam dumę i wiarę, że w drugim, wiecznym życiu będę patrzeć na Polskę wolną, zgodną. Uśmiechnęłam się i wyszeptałam: „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy...”