Google+ Followers

czwartek, 14 sierpnia 2014

Kartki z podróży

Epizod IV

Lipiec i sierpień to dwa wakacyjne miesiące, to również okres, kiedy będą miały miejsce dwa spektakularne zjawiska astronomiczne. W lipcu ma dojść do bardzo specyficznej koniunkcji planet, kiedy to kilka z nich ustawi się w jednej linii, natomiast sierpień, 11 dzień tego miesiąca o godzinie 12:11, zacznie się całkowite zaćmienie Słońca i trwać będzie w pełnym cyklu prawie godzinę. Niby nic wielkiego, a jednak potężna moc zostanie nam dana, tylko nie wiadomo, w jakiej formie i czy będziemy umieli sobie z nią poradzić. I to w okresie, kiedy odliczanie do Millennium już wkrótce się zacznie, jeszcze tylko 180 dni i nastanie 2K, nastąpią dziwne dni. To pół roku może być normalnym czasem, ale każdy z nas, głęboko w podświadomości, myśli o tym, o czym już wielokrotnie słyszał.
W sumie mógłbym pojechać na Węgry, ale czy warto dla tej niespełna godziny tracić znacznie więcej czasu. Cóż, najbliższe całkowite zaćmienie Słońca będzie widoczne w Polsce w 2045 roku lub coś w okolicach tej daty. Czy taka okazja jeszcze się powtórzy? Za 45 lat z całą pewnością. Dziś usłyszałem, że koledzy mojej dobrej koleżanki Oli zamierzają jechać rowerami na Węgry, aby je ujrzeć. Chłopaki mają fantazję, ale na ich miejscu też bym tak zrobił. W pierwszej kolejności powinienem kupić sobie nowy rower, bo poprzedni komuś się spodobał i pewnej nocy wyjechał z garażu. Do Budapesztu z Warszawy jest jakieś 690 kilometrów, dlatego najpóźniej 1 sierpnia wypadałoby ruszyć w trasę i ostro pedałować. Głupio byłoby się spóźnić. A później albo ponownie pedałować albo zapakować się w pociąg i wrócić do stolicy. Tylko trzeba zabrać ze sobą przede wszystkim specjalne okulary, ktoś tu nieźle w forintach lub dolarach zarobi, aby uchronić swoje oczęta od ślepoty, gdy się zaniedba pewne wymogi.
Dotknąłem pewnego tematu, więc spróbuję go rozwinąć. Ola, a raczej Aleksandra, tak lepiej brzmi, tak lubię wymawiać to imię, to cudowna osoba. Znam inną panią, ma to samo imię, ale zasługuje, raczej nawet nie zasługuje, aby o niej wspominać. Tak jest lepiej. Aleksandra nie jest osóbką, „która wieczorem 14 sierpnia zgubiła się w Częstochowie, kiedy jest wyjątkowo dużo ludzi”. Równie piękna, miła i wesoła, jak „piękna nieznajoma”. Dopiero przed jasnogórskim szczytem, w nocy już chyba 15 sierpnia odkryłem, z kim dane mi było przez dziewięć dni pielgrzymować. Choć jest ode mnie młodsza o ładnych kilka lat, to jednak różnica wieku nie była przeszkodą w nawiązaniu tej znajomości. Było tak, jakbyśmy się znali od zawsze. Raz jeszcze w innym miejscu coś takiego mi się przydarzyło. Wtedy pojechałem na wycieczkę do Tomaszowa Lubelskiego.
Rok później, w trakcie drugiego dnia pielgrzymki, siedziałem naprzeciwko Oli, piliśmy zsiadłe mleko i nie poznałem jej. Rozmawialiśmy sobie, ona wiedziała, kim jestem, ja natomiast jakbym widział ją po raz pierwszy, sytuacja była komiczna. Straciłem rachubę, od kiedy ją znam. Nasza znajomość, to przede wszystkim okresy wspólnego pielgrzymowania, podtrzymywania się na duchu w trakcie drogi, wzajemna pomoc, dokarmianie. Traktowałem ją, jak siostrę. W zasadzie ludzie, których tam spotykam w drodze to moi „bracia” i „siostry”. Tak się przyjęło, nie ma pań i panów, jest w ten sposób chyba cieplejszy kontakt, przez dziewięć dni uczymy się na nowo życzliwości, pomagania sobie, wzajemnych, ciepłych kontaktów, aby później 16 sierpnia wrócić do swoich zajęć, biur, zakładów pracy i choć cząstkę tej atmosfery wnieść w otoczenie swoich kolegów. Ja to nazywam „ładowaniem akumulatorów duchowych”. I na jakieś pół roku wystarcza, później jest gorzej, co nie oznacza, że z marszu staję się złym człowiekiem. Gdzieś to ciepło, ten duch ze mnie ulatuje.
Tylu interesujących ludzi spotkałem na swojej drodze. Tak w trakcie pielgrzymek, jak też w innych miejscach. O nich też chciałbym napisać, może ktoś kiedyś powie, przypomni sobie, że miał przyjemność ze mną rozmawiać. Ja prosty człowiek, jakoś radzę sobie w życiu, choć już dawno wypadałoby się ustatkować, a tu nic z tego. Wiodę proste życie wiejskiego mędrca, jak niebieski ptak zawieszony pomiędzy niebem, a ziemią. Czy tak jest w istocie? Historia to zapewne osądzi. Uświadamiam sobie, że coś się we mnie urodziło. Jakiś talent, któremu muszę pomóc się rozwinąć. Może dołączę do zaszczytnego grona osób, które mojemu nazwisku dodają blasku i chwały. Tak, ale to już temat na jeden z kolejnych epizodów.
Powróćmy jeszcze do szanownej Aleksandry. Zrobiła kolejny właściwy krok, od października już będzie na trzecim roku Akademii Medycznej. A za jakiś czas Pani Doktor, jak to ładnie brzmi. Pani doktor Aleksandra O. Jestem z niej dumny. Wie, co brać z życia. Same najlepsze kawałki. Ciekawe, czy próbowała nowej czekolady Milki. To, że dobra to mało powiedziane. Nie dość, że biała, to jeszcze truskawkowa. Jak to mówią, miód w gębie. I tak jest z Olą. Mało, że mądra i inteligentna, to jeszcze piękna. A dopiero jej uroda rozkwita. Te wywody filozoficzne zakończmy pewną mądrą sentencją - Jeśli spoglądasz na miniony rok, a z oczu nie płyną ci łzy radości, ani smutku to uważaj ten rok za stracony.
Chodzi mi po głowie jedno, poważne pytanie, które chciałbym zadać Oli. Być może spotkamy się dopiero w Częstochowie, może wcześniej pojadę do niej.

Rok 2000