Google+ Followers

niedziela, 12 lipca 2015

Nagroda specjalna magazynu Imperium Kobiet

Po dwóch wyróżnieniach i na chwilę przed Nagrodą główną chciałbym podzielić się z Wami pracą, która poza Regulaminem zyskała uznanie magazynu Imperium Kobiet i została wyróżniona Nagrodą specjalną. I to kolejny dowód na to, że poziom konkursu był bardzo wysoki, a i tak z bólem serca kilka prac musiało zostać odrzuconych.
Warto się wczytać w słowa Moniki Piotrowskiej-Wegner.

Zastanawiałam się bardzo długo. Jeden, tylko jeden przełomowy dzień życia. Takich momentów w życiu dojrzałej kobiety jest dużo. Moment, kiedy poznałam swojego męża, czy piękny dzień ślubu, choć wyjątkowe, wydały mi się błahe i nic nie znaczące. Słaby wydał mi się także wybór szkoły czy pracy. Wtedy na myśl przyszedł mi dzień, w którym na świat przyszedł mój syn i akcja, która po czternastu latach od mojego porodu „krzyczała” z programów telewizyjnych, Internetu i wszelkiej maści gazet – „Rodzić po ludzku”.
Akcja godna podziwu! Zastanawia mnie tylko to, dlaczego od tak niedawna. Czy kiedyś rodzące kobiety były mniej delikatne… czy potrzebowały mniej intymności w tak ważnym dla nich dniu? Staram się sięgnąć pamięcią, ale nie mogę sobie przypomnieć od kiedy jest ta kampania. Wiem tylko, że kilkanaście lat obojętnie jaką gazetę brało się w ręce – „nawoływało” z niej hasło „Rodzić po ludzku”. Gdzie byliście w momencie, gdy ja rodziłam swoje pierwsze i ostatnie dziecko (nie było to sto lat temu, tylko dwadzieścia trzy).

Kobieta rodząca ma prawo do życzliwej, serdecznej opieki oraz szacunku ze strony personelu. Personel nie może traktować rodzącej niegrzecznie, lekceważąco, bezosobowo. Kobieta ma prawo do pełnej i zrozumiałej dla siebie informacji o postępach porodu, podawanych środkach.

Jak to czytam, jestem w szoku. Nie było kiedyś (w moim mieście) porodówki, gdzie rodząca byłaby sama – takie sprawy widywałam tylko w telewizji czy kinie. Na porodówce było sześć miejsc dla rodzących. Ja wśród nich. Na jednym z łóżek leżała kobieta, która chyba musiała cierpieć, bo krzyczała niemiłosiernie. Weszła położna i wydarła się na nią (do dziś to pamiętam): czego tak ryczysz jak krowa!? Zaległa cisza. Żadna z rodzących już nie krzyczała. A o szacunku personelu dla przyszłych matek można było pomarzyć. Rodziłam trzy doby! W tym czasie nikt nie wpadł na pomysł, żeby mi pomóc. Był jeden taki lekarz, w nocy. Powiedział jednak, że decyzja nie zależy od niego, lecz gdyby mógł, zrobiłby cesarskie cięcie. Szkoda, że nie miał odwagi zaryzykować. Pewnie dziś byłabym zdrowa. Przez trzy doby zmieniali się lekarze i położne, ale nikt specjalnie nie interesował się stanem zdrowia leżących tam kobiet. W tym czasie odbyło się z kilkanaście porodów, a mnie zwyczajnie trafiał szlag. Praktycznie nie spałam, nie jadłam… był tylko wszechogarniający ból… i strach… i bezsilność…

Poród jest wydarzeniem intymnym. Rodząca powinna być pytana o zgodę na obecność studentów czy stażystów. To kobieta powinna decydować w jaki sposób urodzi dziecko. Zapewnienie każdej kobiecie podobnego standardu nie może być tylko indywidualną sprawą lekarzy, położnych czy też pojedynczych placówek.

Niestety, ja nie miałam wyboru w żadnej z tych kwestii. Można sobie wyobrazić, ile razy w ciągu trzech dni i nocy byłam badana. Niejednokrotnie w godzinach rannych w moim badaniu uczestniczyło 5-8 osób. To, co wówczas czułam, naprawdę trudno opisać słowami. Ale na pewno ból, wstyd, upokorzenie. Chciałam się zapaść pod ziemię. Myślę, że
gdybym miała jakikolwiek wpływ, to wybrałabym „cesarkę”. Wtedy, w tym szpitalu, było „modne” rodzenie siłami natury. Podłączona do KTG (co uniemożliwiało swobodne ruszanie się i zmiany pozycji) słuchałam nierównego tętna mojego dziecka. Poprzez „wspaniałe”, prześcieradłowe przepierzenia obejrzałam (dosłownie) kilkanaście porodów. Wzrastała we mnie irytacja, ale również uczucie całkowitej bezsilności.
W końcu, po upływie trzech dób, urodziłam. Ogarnęło mnie niesłychane szczęście, że mój synek jest zdrowy i nic mu nie dolega. Pamiętam, jak mu się przyglądałam, patrzyłam, czy wszystko ma na swoim miejscu, liczyłam paluszki… Po porodzie trafiłam na salę siedmioosobową. Mimo zmęczenia nie mogło być mowy o śnie. Do tego jeszcze całkowity brak pokarmu. I, oczywiście, w tej sytuacji też nie znalazłam żadnego wsparcia. Nikt mi nie pomógł, mimo przewijających się lekarzy, pielęgniarek i studentów. Jedyne, co mi zaoferowali, to… glukoza. Nawet nie miałam siły z nimi dyskutować. Zresztą każda próba porozumienia i tak trafiłaby w próżnię. Synek przybrał na wadze dopiero w domu.
Za wysiłek nie do opisania przyszło mi zapłacić ogromną cenę. Dziś nie jestem najzdrowszą osobą. Lekarze neurolodzy i neurochirurdzy po dwóch latach od tych wydarzeń stwierdzili, że tak męczący poród spowodował ujawnienie się ukrytego wodogłowia. Do tego łagodna padaczka skroniowa. Co tu dużo mówić – odradzono mi kolejne ciąże. Stwierdzono, że to mogłoby być niebezpieczne dla mojego życia. W taki oto sposób mam jedynaka, ale jestem niezmiernie szczęśliwa, że chociaż tego jednego.
Prawie piętnaście lat temu, we wrześniu 2000 roku, trafiłam na stół operacyjny (normalna kolej rzeczy w przypadku wodogłowia). Mam wszczepioną zastawkę odbarczającą. Jakoś funkcjonuję. Od dwudziestu lat jestem na rencie. Gdyby nie operacja – możliwe, że dziś nie pisałabym tego tekstu. Niektórzy twierdzą, że uciekłam śmierci. A ja chciałabym, żeby za szybko znów się o mnie nie upomniała.
Ten jeden przełomowy dzień życia, w moim przypadku przeciągnął się do trzech dni. Zaważył na mojej dalszej egzystencji. Zrujnował moje marzenia o posiadaniu dwójki dzieci. Zniszczył mi zdrowie. Aż się wierzyć nie chce, że jedno zdarzenie, które nie jest niczym wyjątkowym – kobiety rodziły i rodzić będą zawsze – miało tak ogromny wpływ na całe moje życie.