Google+ Followers

poniedziałek, 8 września 2014

Normalni inaczej...

czyli, jak się mają nasze smutne gęby (za Gombrowiczem) do tych uśmiechniętych, amerykańskich twarzy.

Leżąc teraz plackiem na basenie w upalnym słońcu dostrzegam ten niesamowity, amerykański błękit. Kolor, który tylko czasem udaje się zatrzymać na dobrych fotografiach. Kolor tego samego nieba, jednak wyglądającego zupełnie inaczej, a może tylko tak mi się zdaje.
Prawdą jest, że gdy stoję na nadmorskim klifie dostrzegam jeszcze piękniejsze polskie niebo, łączące się gdzieś tam, na horyzoncie z Bałtykiem. Tu w pełnym słońcu Idaho czuje się jednak równie dobrze. Przez pewien czas miałem problem, aby się do tego przyzwyczaić – do uśmiechniętych, amerykańskich twarzy. Widok ten, choć nie szokujący, wydawał się niecodzienny.
Oto wyjeżdżam z kraju, gdzie o uśmiech przypadkowego przychodnia równie trudno, jak dajmy na to, o dwa tygodnie dobrej pogody nad Bałtykiem. Z kraju, gdzie chodzą smutni, przygnębieni, pełni trosk i kłopotów ludzie.
Może to sytuacja ekonomiczna, wielkie bezrobocie, może ostatnie pięćdziesiąt lat trudnych doświadczeń. A może to tylko nasza mentalność, smutne gęby bez wyrazu, oczywiście bez urazy.
Lecz nie jest to tylko polska przypadłość. Na lotnisku w Amsterdamie celnicy serwowali wyćwiczone do perfekcji uśmiechy numer pięć, a może osiem. U nich i innych pracujących na lotnisku trudno było dostrzec zadowolenie z życia.
I oto lądujemy w Minneapolis. Pierwsze kroki na tej ziemi, która dla milionów jest wyśnionym, wymarzonym Eldorado. Ludzie tu jacyś inni, choć przecież wciąż jestem na Ziemi. Pierwsze formalności, kilka kolejek, różne narodowości. Większość zapewne zakłopotana i zdezorientowana, choć może jest to tylko mniejszość.
Jednak życzliwość i wszechstronna pomoc jest tu na pierwszym miejscu. Bez pośpiechu, bez dziwnych spojrzeń zza okularów. Czas spędzony na lotnisku w Minneapolis, a także pierwsze dni w Sun Valley pozwalają odbierać uśmiechnięte spojrzenia praktycznie wszystkich mijanych ludzi.
„Hi, How are you?”, przez pewien czas drażniło, denerwowało. W każdym miejscu, sklepie, czasem na ulicy. Człowiek nie wiedział, jak się do tego odnosić. Przyszedł jednak dzień, ze przestało mi to przeszkadzać, a wręcz przeciwnie, z uśmiechem na ustach zacząłem pozdrawiać innych, odpowiadać z uśmiechem na pozdrowienia.
Nikt nie wyprzedza, nikt się nie spieszy. Gdy mam zamiar przejść z rowerem na drugą stronę ulicy, zanim o tym pomyślę, samochody już stoją, aby mnie przepuścić.
I tak to właśnie wygląda, życzliwość i uśmiech na każdym kroku. „Masz to w Polsce?”, obawiam się, że na to pytanie Czarka Pazury z filmu Szczęśliwego Nowego Jorku trudno odpowiedzieć pozytywnie.